Prosto, lekko i sztampowo — „Złomiarz”, Paolo Bacigalupi

By | 21 kwietnia 2013

Cóż można napisać o „Złomiarzu”, przeczytawszy wcześniej „Zatopione Miasta”? Na myśl przychodzą trzy stwierdzenia. Po pierwsze, kolejność poznawania poszczególnych tomów cyklu dla młodzieży pióra Paolo Bacigalupiego nie ma większego znaczenia, niech więc nie rozpaczają ci, którzy zaczęli lekturę w sposób niechronologiczny. Po drugie — to ubodzie estetów — obydwie książki postawione obok siebie na półce wyglądają tragicznie, każda ma inny rozmiar i utrzymana jest w całkowicie odmiennym stylu graficznym. A wreszcie po trzecie, recenzję powieści można by w sposób zwięzły i trafny zamknąć w jednym raptem równoważniku: powtórka z rozrywki.

Śledzimy losy Nailera, nastoletniego złomiarza, który dzięki swej drobnej budowie może penetrować kanały we wrakach statków i wydobywać z nich miedziane elementy konstrukcyjne. Żyje z dnia na dzień, nie mając pewności, czy uda mu się wyrobić normę, czy będzie miał co zjeść, czy jego ojciec znów się upije i wyładuje cały potok złości na synu. Egzystencja chłopca diametralnie się zmienia, gdy po nocnym sztormie znajduje okręt pełen kosztowności i martwej załogi. Ale nie wszyscy zginęli — przeżyła dziewczyna w zbliżonym do niego wieku, wychowana w bogactwie i dostatku, pochodząca z zupełnie innego świata niż Nailer.

Akcja „Złomiarza” trzyma się utartego schematu: a to bohaterowie przed kimś uciekają, a to kogoś gonią; pakują się w kłopoty, by w ostatniej chwili wyjść z nich obronną ręką. Nailerowi i Szczęściarze, jak nazywa odnalezioną dziewczynę, towarzyszy także genetyczny mutant, łączący w sobie cechy człowieka i psa. Brzmi znajomo? Dla każdego, kto czytał już „Zatopione Miasta” — aż nadto. W młodzieżowych powieściach Bacigalupiego nazbyt widoczny jest węzłowaty schemat opowieści, w którym postacie przemieszczają się z punktu A do B, a wszelkie przeszkody mają na celu jedynie wydłużenie ich podróży i wykrystalizowanie się słusznych dla młodego czytelnika postaw moralnych. Podobnie wygląda szafowanie emocjami — w „Złomiarzu” rolę ich nośnika pełni przede wszystkim ojciec Nailera, zdający się uosabiać wszystkie najgorsze cechy, jakie przyszły autorowi na myśl.

Trudno odmówić Bacigalupiemu pisarskiego warsztatu czy umiejętnego stosowania emocjonalnych zagrywek — z całą pewnością jego powieść przypadnie do gustu grupie nastoletnich odbiorców, do których była kierowana. Dla osób starszych, czy może — z większym bagażem czytelniczym — pewne chwyty są jednak zbyt oczywiste, bohaterowie zbyt archetypiczni (nawet przemiany, które się w nich dokonują, należą do idealnie przewidywalnych), a lektura, choć przyjemna, jest koniec końców zbyt sztampowa, szczególnie tyczy się to finału opowieści. Na domiar złego wciąż nie wiadomo wiele o świecie przedstawionym i trudno oprzeć się wrażeniu, jakbyśmy oglądali go przez bardzo wąski wziernik. Czyżby dlatego, że umieszczony w centrum żywy obraz otaczają białe plamy?

Jeśli podobały się wam „Zatopione Miasta”, przy „Złomiarzu” będziecie się bawić równie dobrze. I odwrotnie — odbiorcy narzekający na słabo zarysowany świat i fabularny miszmasz ogranych motywów, mogą w ciemno powtórzyć swoje utyskiwania. Co zaś z grupą czytelników nieznających jeszcze cyklu Bacigalupiego? Jeżeli lubicie dystopie i nastoletnich bohaterów w rolach głównych, a podczas lektury najważniejsze są dla was wywoływane przez autora emocje, dajcie „Złomiarzowi” szansę. Ci, którzy liczą na coś więcej, najprawdopodobniej poczują się zawiedzeni.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi Insimilion.

  • Uch, a miałam nadzieję jeśli nie na świetną fabułę, to przynajmniej na rozszerzenie świata, który w ‚Zatopionych Miastach’ zdołał mnie nawet zaciekawić. Ale skoro mówisz, że nic z tego, to nawet mi nieszczególnie szkoda, że Mag nadal nie wysłał recenzenckiego egzemplarza, mimo zamówienia go dawno, dawno temu :P Bo brzmi to wszystko, jakby Bacigalupi napisał dwukrotnie tę samą powieść, zmieniając jedynie drobne szczegóły.

    • Powiedziałabym, że już w „Zatopionych Miastach” było więcej świata. A też liczyłam na to, że może jednak w pierwszej części autor zdradził coś więcej i potem po prostu nie chciał się powtarzać. Wydaje mi się, że nie masz czego żałować, a z tego duetu to „Zatopione Miasta” wypadają lepiej – i pod względem bohaterów, i fabuły, i emocji.

    • Miałam dokładnie takie same nadzieje. A skoro świata nie ma, fabuła prosta jak drut, postaci schematyczne, to… co właściwie stanowi główną treść tej książki? :P Znowu wyręczanie czytelnika w dochodzeniu do jakichkolwiek wniosków, by się biedaczysko nie musiało samodzielnie produkować?

    • Główną treść stanowi… hmm, wywołanie u czytelnika emocji w stylu: to takie niesprawiedliwie, że niektóre dzieci są biedne i muszą ciężko pracować na kromkę chleba, a inne dzieci rodzą się w dostatku, mają złote klamki i nic nie muszą! Oraz: jaki ten jego ojciec jest podły, łojezu!
      No i oczywiście wnioski-na-tacy też są: koniec końców ważne jest, kim jesteśmy i czy jesteśmy lojalni wobec przyjaciół, blabla, takie tam budujące wartości dla młodzieży. ;)

    • No strasznie płytko to brzmi. Takie płyniecie po wierzchu, leżące niedaleko od złotych myśli w stylu Paulo Coelho. Dobrze się stało, że ‚Nakręcana dziewczyna’ narobiła trochę szumu i przypięła Bacigalupiemu łatkę dobrego pisarza, bo gdyby debiutował u nas ‚Złomiarzem’ i ‚Zatopionymi Miastami’, pewnie wielu skreśliłoby całą jest twórczość bez mrugnięcia okiem.
      Co prawda ‚Nakręcana dziewczyna’ czeka jeszcze w kolejce… Ale ufam naiwnie, że byle co tylu ważnych nagród nie zgarnia ;o)

  • Mam już na półce „Zatopione miasta”, ale czekałam z przeczytaniem na wydanie „Złomiarza”, jak widać niesłusznie zresztą. W przyszłym tygodniu odbiorę zamówienie ze „Złomiarzem”, szkoda, że nie nie będzie pasował na półce do „Zatopionych miast”… Dzięki Twojej recenzji nie będę się już po obu książkach spodziewać cudów na kiju, ale dobrą młodzieżówkę zawsze warto przeczytać.

    • Jeśli chodzi o stawianie na półce, to jedyne rozwiązanie, jakie wymyśliłam, to… nie stawiać ich koło siebie. :D A że część tytułów i tak układam wydawnictwami/seriami, a nie autorami, to pewnie tak zrobię w tym przypadku. Naprawdę kompletnie do siebie nie pasują.
      A lektura bez wygórowanych oczekiwań ma szansę być miłym przerywnikiem między jakimiś bardziej złożonymi pozycjami – ot, taka lekka historia na wieczór-dwa. :)

  • Oj, dawno cię nie było!… Cieszę się, że znowu jesteś i piszesz. Książka, jak widzę, nie powaliła cię na kolana. Ja jeszcze jestem przed, ale nie obiecuję sobie objawień – „Złomiarza” kupiłam głównie dla Młodego Smoka, z myślą, że mu podkradnę. Coś mi się zdaje, że tym razem trzeba potraktować tę książkę jako to, czym jest – lekturą wczesnomłodzieżową (zresztą w Niemczech wystawiana była w dziale dziecięcym, żeby wszystko było jasne), ze wszystkimi tego konsekwencjami. A że warsztat autor ma dobry, nie wątpię:-)

    • O, to jak na dział dziecięcy, to nie wiem, czy trochę nie za drastyczna lektura, szczególnie druga część. Ale może dzisiejsze dzieci bardziej zahartowane są. :)