Kryminał w epoce stanisławowskiej — „Z zimną krwią”, Robert Foryś

By | 14 września 2011

Czasy panowanie Stanisława Augusta Poniatowskiego są przez współczesnych oceniane dwojako – z jednej stroni chwali się monarchę za zasługi na polu edukacji czy sztuki, z drugiej zaś gani za uległość wobec Rosji i słabość charakteru. Równie wiele kontrowersji budzi rola magnackiego rodu Czartoryskich, którzy swojego przedstawiciela osadzili na tronie w wyniku zamachu stanu, a przez lata panowania Poniatowskiego grali w polityce pierwsze skrzypce. W tych barwnych czasach toczy się akcja najnowszej powieści Roberta Forysia zatytułowanej „Z zimną krwią”.

Warszawą wstrząsnęła fala brutalnych morderstw, z pewnych względów informacje o nich są jednak poufne i mało kto został wtajemniczony w szczegóły sprawy. Rozwikłanie zagadki zabójstw i, co najważniejsze, pochwycenie sprawcy, Familia zleca rotmistrzowi Hieronimowi Woyskiemu, szlachcicowi i doświadczonemu oficerowi, w wyniku splotu wypadków zmuszonemu do opuszczenia angielskiej służby i powrotu do kraju. Woyski nie jest archetypicznym detektywem na miarę Herculesa Poirota czy Sherlocka Holmesa. Więcej działa niż główkuje, a coraz bardziej okrutne mordy nie powstrzymują krewkiego oficera od wdawania się w kolejne bójki i pojedynki czy uwodzenia dam. Jest to postać ciekawie wykreowana, pozbawiona jednak cech na tyle charakterystycznych, by mogła zapisać się w pamięci czytelnika na dłużej niż trwa lektura powieści.

Innym postaciom nie poświęcono równie wiele miejsca. Co nieco dowiadujemy się o przeszłości Stiepana Czernego, sługi Woyskiego, ale jego rozważania czy wspomnienia nie mają żadnego związku z toczącą się akcją i wydają się wciśnięte do książki na siłę. O pozostałych bohaterach wiadomo niewiele, z reguły jedynie tylko to, jak wyglądają. Wyjątek stanowią przedstawieni całkiem interesująco członkowie rodu Czartoryskich.

Akcja wartko mknie do przodu, a kolejne poczynania rotmistrza z rzadka przetykane są dłuższymi opisami czy rozmyślaniami. Prowadzone śledztwo błyskawicznie rozbudza czytelniczą ciekawość, przez co trudno rozstać się z książką aż do ostatnich stronic i poznania tożsamości mordercy. Zastanawia jedynie przydługi wstęp, co gorsza – zapoczątkowujący wątki, które nie znajdują później finału i nie są w żaden sposób istotne dla sprawy.

Gdy pod lupę wziąć styl, którym posługuje się Robert Foryś, docenić trzeba sprawną narrację oraz temperamentne dialogi, umiejętnie naszpikowane słownictwem z epoki. Widać solidne przygotowanie merytoryczne autora, z lekkością opisującego zarówno pojedynki, jak i pełne przepychu wnętrza czy bogato zdobione suknie dam. Wciąż to jednak styl rzemieślnika – rzemieślnika co prawda wprawnego, ale bojącego się wyjść poza utarte frazy czy nadużywane porównania, unikającego zabawy słowem pisanym i pozbawionego artyzmu właściwego mistrzom piór.

„Z zimną krwią” to lektura na jeden raz, do której nie ma sensu powracać. Rozrywką będzie próba rozwikłania intrygi wraz z protagonistą, ale brakuje w książce dodatkowych treści, skłaniających do ponownego czytania. Nie jest to też pozycja zdolna pozostać w pamięci na dłużej, bowiem nie może się poszczycić ani szczególnie szokującymi zwrotami akcji, ani bohaterami, którzy swą wyjątkowością wpisaliby się do grona najbardziej charakterystycznych postaci literackich. Nie umniejsza to jednak solidnej porcji zabawy czerpanej z lektury – a że wieczory stają się teraz coraz dłuższe, można poświęcić jeden czy dwa z nich na zapoznanie się z przygodami Hieronima Woyskiego.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów oraz Portalowi LubimyCzytać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *