Loading...
Literatura

Rozwiane nadzieje – „Wichry archipelagu”

„Wichry Archipelagu” to kolejna propozycja z serii Nowa Fantastyka, która oddaje w ręce czytelników powieść debiutującego autora. Pierwsza część trylogii Bradleya P. Beaulieu przenosi nas w świat malowniczych wysp Wielkiego Księstwa Anuski, rządzonych przez władczych książąt i poważane matry. Świat okrętów żeglujących w powietrzu oraz magii, pozwalającej przywoływać potężne istoty z innego wymiaru i wiązać się z nimi. Świat, który z powodów nikomu nieznanych cierpi na wyniszczenie, dotykające zarówno plony, jak i osoby – w tym członków rodzin panujących. Wreszcie – świat targany konfliktami, obejmującymi zarówno bezwzględną politykę książąt, jak i spór z tajemniczym ludem Aramanów oraz wywodzącą się z nich radykalną grupą maharratów.

Na pierwszy rzut oka powieść wydaje się niezwykle intrygująca, sprzyja temu także spokojny, z rozmysłem nabierający tempa początek. Stopniowo poznajemy realia, w których osadzona została akcja, zaś autor nie szczędzi czytelnikom opisów statków, strojów czy obyczajów. Zagłębiamy się w politykę, by śledzić powiązania między rodami panującymi na wyspach, ich gospodarcze potrzeby i idące za tym kojarzone małżeństwa, a także napięte stosunki z Aramanami i konflikt z maharratami. Bealieu wrzuca czytelnika na głęboką wodę, od pierwszych stron zasypując go egzotycznie brzmiącymi nazwami, pojęciami czy imionami. Nie jest to jednak wada – chęć zrozumienia świata przedstawionego napędza lekturę i rozbudza apetyt na spotkanie z powieścią nietuzinkową. Apetyt, który niestety nie zostanie zaspokojony.

Choć początek „Wichrów Archipelagu” rysuje się niezwykle obiecująco, to im bliżej końca, tym bardziej na jaw wychodzą wszelkie niedostatki prozy amerykańskiego pisarza. Zarysowanym konfliktom politycznym i relacjom międzyludzkim brakuje przede wszystkim solidnych podstaw, zaś światu – głębi i spójności. Próba wykreowania Wielkiego Księstwa Anuski na modłę XVIII-wiecznej Rosji sprowadza się zasadniczo do picia litrów wódki i dorzucania od czasu do czasu kilku rosyjskich słów do dialogów. To zbyt mało, by mówić o rozbudowanych realiach. Równie dobrze bohaterowie mogliby operować wtrętami chińskimi czy duńskimi – nie ma to żadnego wpływu na fabułę czy inne elementy powieści, które w najlepszym przypadku wypadają po prostu nijako.

Niewiele lepiej ma się sprawa z Aramanami, o których wiadomo bardzo niewiele. Dlaczego w tym ludzie o naturze raczej stoickiej wyodrębnili się maharraccy terroryści? Skąd konflikt maharratów z Kałakowem, skąd wzajemna nienawiść? Próżno szukać na to satysfakcjonującej odpowiedzi. Dużo lepiej wypada system aramańskiej magii, która wydaje się przemyślana i wyjaśniona od początku do końca. Nie można już powiedzieć tego o umiejętnościach poruszających się w eterze matr – autor ani słowem nie wspomniał o tym, skąd ich niezwykłe zdolności i dlaczego jedynie kobiety z rodów panujących parają się tą sztuką.

Również bohaterowie nie zachwycają. Troje głównych postaci – książę Nikandr, jego narzeczona Atiana oraz kochanka z ludu Aramanów, Rehada – nie budzą żadnych emocji, a tego powinno się oczekiwać po uwikłanych w miłosny trójkąt osobach o sprzecznych dążeniach. Ich motywacje nie zostały nakreślone w sposób pełny czy wiarygodny, często więc odnosi się wrażenie, iż robią coś jedynie dlatego, że autorowi było to potrzebne do skierowania fabuły na określone tory. Trudno przejąć się losem postaci, których się nie rozumie, co sprawia, że nieszczęścia, które na nich spadają, nie poruszają czytelnika. Na tym tle pozytywnie wyróżniają się jednak tajemniczy chłopiec Nasim i jego opiekun Aszan, ale im z kolei autor poskąpił miejsca na kartach powieści. Pozostałe postaci drugoplanowe zostały potraktowane po macoszemu i przedstawione jednostronnie, poprzez jedną czy dwie charakterystyczne cechy.

Na szczęście „Wichry Archipelagu” mają też jedną mocną stronę, dzięki której doczytanie powieści do końca nie będzie wiązało się z wielkim wysiłkiem. To plastyczny język autora, docenić go można zwłaszcza przy opisach związanych z magią i z żeglugą. Przedstawienia wędrówek w eterze i przyzywania hezanów oraz podróżowania podniebnymi statkami stoją na dość wysokim poziomie, nietrudno więc wyobrazić sobie rejs wśród chmur albo spotkanie z duchem ziemi czy ognia. Szkoda tylko, że przy końcu powieści autor zgubił gdzieś dotychczasowy rytm narracji – nagle wszystko dzieje się zbyt szybko i zbyt chaotycznie, brakuje wyważonego tempa akcji z początku czy środka książki, zaś za nawałem wydarzeń nie idzie w parze budowanie napięcia.

„Wichry Archipelagu” najkrócej można opisać jako powieść o zmarnowanym potencjale. Choć wydawać by się mogło, że jest w niej i interesujący świat, i godna uwagi fabuła, to gdy przyjrzymy się lepiej, zobaczymy książkę-wydmuszkę, która tak naprawdę niczego odkrywczego do literatury nie wnosi. Nie skreślajmy jednak ani autora, ani cyklu. Jest jeszcze nadzieja. Fabularne podwaliny pod kolejny tom zostały już położone w zakończeniu „Wichrów Archipelagu”, teraz więc wystarczyłoby, by Beaulieu dopracował postaci bohaterów i w logiczny sposób uzupełnił wiedzę dotyczącą uniwersum. Za co gorąco trzymam kciuki.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka oraz Portalowi LubimyCzytać.

  • Co do konfliktów zbrojnych, to w pełni się zgadzam. Autor niby coś tam bąka o napiętej sytuacji między możnymi rodami, ale skąd to się wzięło, to już wyjaśnić nie raczył. Za to jeśli chodzi o głębię i spójność świata, to pozwolę sobie się nie zgodzić. Ale to może dlatego, że dla mnie o owej głębi stanowiła magia, geografia i kultura Aramanów, a ta rosyjska stylizacja była tylko dodatkiem (choć, Bogiem a prawdą, masz rację, że wypada nijako).
    Jak już przy Aramanach jesteśmy, to chyba czegoś w Twoim tekście nie rozumiem: kiedy piszesz o „wzajemnej nienawiści”, to masz na myśli wszystkich Aramanów, czy tylko maharratów? Bo jeśli to pierwsze, to zgodzić się nie mogę. Niechęć była, owszem, ale nie nienawiść. Mi osobiście ten układ przypominał stosunek to mniejszości żydowskiej sprzed wieków: niby oni nic nam nie robią, ale żyją we własnych, zamkniętych społecznościach i według własnych zasad, a to niepokojące – na pewno coś przeciw nam knują.
    Co do matr, to masz rację, że autor niewiele wyjaśnia, ale odniosłam wrażenie, że talent wcale nie zależy od przynależności do panującego rodu. Po prostu tylko panujące rody mają dostęp do iglic i tylko ich członkinie sprawdza się pod kątem odpowiedniego talentu. Ale to tylko takie moje gdybanie.;)
    Też mam nadzieję, że w kolejnych tomach autor poradzi sobie lepiej. Szkoda byłoby zmarnować potencjał tej opowieści.:)

  • Z tą nienawiścią miałam na myśli faktycznie maharratów, o których wyodrębnieniu się wspominam zdanie wcześniej. Ale może faktycznie trochę niejasno to zabrzmiało, poprawię. :)
    Jeśli chodzi o kulturę Aramanów, to przyznaję Ci rację – wypada dużo lepiej od tej „rosyjskiej” i ogólnie nie można się do niczego doczepić. Aramańską magię zresztą całkowicie doceniłam. ^^ Jednak jako że w moim odbiorze głównym bohaterem był mimo wszystko Nikandr, to zabolało mnie to zepchnięcie kultury księstw do „napijmy się wódki!” (plus jeden udany taniec, gwoli sprawiedliwości ^^), a na tle kultury Aramanów tym bardziej obnażone jest płytkie ukazanie Lądowców.
    No, ale jest to luka, którą – przy dobrych chęciach i staraniach autora – da się jeszcze załatać, dlatego mimo wszystkich niedociągnięć czekam na kontynuację. :)