Warszawscy wpychacze

By | 12 lipca 2011

Od roku nie pisałam nic o drogowych perypetiach. Ale że w moim przypadku w wakacje drastycznie wzrasta czas, który spędzam za kółkiem, pora na kolejną porcję spostrzeżeń.

Tak się złożyło, że przez kilka dni przyszło mi pojeździć trochę po Warszawie. Wcześniej starałam się tego unikać i przemieszczałam się po stolicy jedynie wtedy, kiedy wracałam do Łodzi i koniecznym było wydostanie się z miasta. Dlaczego, choć kocham prowadzić, unikam warszawskich ulic? Głównie dlatego, że tramwajem czy metrem dojeżdżam do większości miejsc, w których bywam, szybciej, a dodatkowo nie muszę się martwić o miejsce parkingowe, którego pewnie w okolicy i tak by nie było. Ale w wakacje ruch jest nieco mniejszy, postanowiłam więc zaryzykować i do paru miejsc samodzielnie dojechać.

Pierwsze spostrzeżenie? O rany, jacy ci warszawscy kierowcy są niezdecydowani! Jedzie taki jeden z drugim, zamiast do przodu, to na boki – i śmiga przez wszystkie pasy tam i z powrotem, by być u celu dwie minuty wcześniej. Oczywiście wpychają się przede mnie z szybkością błyskawicy, a zastosowania kierunkowskazu chyba nie byli w stanie przyswoić. Każdy odstęp większy niż dwa metry między mną a kolejnym pojazdem jest dla nich niemym zaproszeniem do wtrynienia się tam. Jako że – złośliwość losu – trawa jest zawsze zieleńsza po drugiej stronie stoku, a auta na sąsiednich pasach zdają się przemieszczać szybciej niż na tym, którym się aktualnie jedzie, władcy dróg szybko nudzą się i odbijają naprzemiennie to w lewo, to w prawo.

Część z tych manewrów spowodowana jest pewnie faktem, iż pasy ruchu mają tendencję do nagłego urywania się i pojawiania. Najbezpieczniejszym z nich jest pas środkowy – masz szansę przejechać nim kilka przecznic, przy czym i tak miejscami będzie stawał się a to lewym, a to prawym. Ci, którzy w małym palcu mają topografię miasta, wiedzą zawczasu, który pas gdzie się kończy i jakiego powinni się trzymać. Inni muszą uprawiać wpychologię. Co ciekawe, jeden z takich wpychaczy, który wskoczył w małą dziurę przede mną na którymś ze zwężeń, nawet przyjaźnie zamrugał światłami w przepraszającym geście. Odruchowo rzuciłam okiem na rejestrację – oczywiście, nikt miejscowy.

Inną niespotykaną przeze mnie nigdzie indziej na taką skalę cechą kierowców stolicy są niezwykle ciężkie buty, które przyduszają ich stopy do pedału gazu. Każdy, kto miał wątpliwą przyjemność trochę ze mną pojeździć, wie, że nie należę do tych wlokących się, wręcz przeciwnie – tymczasem na warszawskich trójpasmówkach wyprzedza mnie prawie każdy, w tym wyścigowe wersje maluchów. Nie żeby mi to przeszkadzało, niech sobie pędzą. Ciekawe tylko, dokąd tak wszyscy się spieszą i jakim cudem mieszkańcy innych miast są w stanie gdziekolwiek dotrzeć o czasie, jeśli na równie szerokich drogach jeżdżą dwa razy wolniej.

Mimo to, czuję, że gdyby konieczność zmusiła mnie do częstszego siadania za kierownicą w Warszawie, szybko bym przywykła do tych manier. W stolicy przynajmniej stosunkowo rzadko można natknąć się na drogowe sieroty, których to z kolei w Łodzi jest całe mnóstwo. Tak więc z deszczu pod rynnę. Raju dla zmotoryzowanych jeszcze nie odnalazłam.

  • Warszawscy kierowcy nie są niezdecydowani. Oni są bardzo zdecydowani, że MUSZĄ DOJECHAĆ DO ŚWIATEŁ PRZED TOBĄ. Bo inaczej pęknie żyłka w okolicach tyłka no i przykrość. A tak poza tym – business as usual: jeden wlecze się lewym, drugi siedzi Ci na zderzaku, trzeci nie zauważył jeszcze, że ma w aucie kierunkowskazy. Niektórym przydałby się ostrzegawczy strzał w potylicę, jednak nie mając takich możliwości pozostaje wziąć głęboki oddech (lub piętnaście), nastawić ulubioną stację lub włączyć muzyczkę, która popieści ucho środkowe i po prostu dojechać do celu.

    • Jako że od bodaj dwóch lat mam zablokowany odtwarzać cd na jednej płycie, która utknęła w środku i ani nie wylezie, ani wyjąć się jej nie da bez rozebrania połowy wnętrza pojazdu, to z tą muzyką niestety nie jest tak różowo. ;) Na szczęście od roku prawie że nie jeżdżę po Warszawie, zdarzyło się może ze trzy razy, więc nawet się na kolejne narzekania nie nazbierało. Wciąż tramwaje i metro wygrywają i nie zapowiada się na zmianę tego stanu rzeczy.

    • U mnie na chwilę obecną wygrywa rower. No chyba, że jadę grać lub śmigam gdzieś dalej niż kilka km, wtedy hopla w Madzię i dzida. Karta pusta, ale może rozważę ponowne naładowanie – zbiorkom ma jedną ale za to poważną zaletę: możliwość czytania.

    • A co do jednej płyty zablokowanej w odtwarzaczu – „500 Hundred Miles” Proclaimersów? :P

    • No na rowerze niestety niewygodnie się czyta (albo to moja wymówka do nieposiadania w Warszawie roweru :D).

      Płyta – „Hybrid Theory” Linkin Park. Jeździ się przy niej całkiem dobrze, nie powiem, zwłaszcza że częściej niż raz na dwa miesiące jej nie włączam, ale że obecnie słucham raczej dość odmiennych rzeczy, to chętnie bym ją wymieniła na utknięcie czegoś innego.

    • Rower daje radę choć rzeczywiście w niektóre miejsca jeździ się nim słabo. Infrastruktura leży i kwiczy, dyskretnie popuszczając pod siebie. Ale np. do pracy to najlepszy środek transportu – mam ledwie 6 km, jedzie się szybciej niż zbiorkomem (dodam tu, że z najbliższego przystanku trzeba dreptać ponad kilometr), śmigam przez Pole Mokotowskie czyli jeszcze dochodzą miłe doznania estetyczne (zarówno wzrokowe jak i olfaktoryczne – wiesz, drzewka, trawa, kwiatki, taka sytuacja) a i mogę sobie wmawiać że zrzucam brzucholca.

      A Linkin Pork nie znoszę, przepraszam.