Tysiąc powodów, by przeczytać tę powieść ― „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, David Mitchell

By | 22 stycznia 2014

„Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, David MitchellRzadko się zdarza, by pisarz, którego twórczość już się poznało, podczas drugiego spotkania potrafił równie mocno zaskoczyć czytelnika, co przy lekturze pierwszej powieści. Po „Atlasie chmur”, oczarowującym kompozycją, językiem i postaciami bohaterów, wydawało mi się, że David Mitchell już niczym mnie nie zadziwi. Tymczasem „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, choć utrzymuje równie wysoki poziom literacki co najbardziej znana książka brytyjskiego autora, okazała się równocześnie wielką niespodzianką.

Pierwszym zaskoczeniem dla każdego, kto nie zapoznał się wcześniej z żadną recenzją utworu Mitchella, będzie brak elementów fantastycznych. „Tysiąc jesieni…” to powieść historyczna osadzona na przełomie XVIII i XIX wieku w Dejimie, faktorii handlowej należącej do Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Punkt wymiany towarów w porcie nieopodal Nagasaki jest jedynym miejscem, w którym żyjąca w izolacji Japonia może stykać się z europejską kulturą; oczywiście nie bez obostrzeń i ograniczeń, mających na celu utrzymanie Kraju Kwitnącej Wiśni z dala od wpływów Zachodu. Przybywającym do Dejimy Holendrom nie wolno więc wwozić żadnych pism czy przedmiotów mających związek z wiarą chrześcijańską ani otwarcie uczyć się miejscowego języka ― porozumienie między nacjami zapewniają jedynie japońscy tłumacze.

Na okres pięciu lat do faktorii przypływa Jacob de Zoet, niezamożny kancelista, dla którego jest to jedyna szansa na zbicie majątku, powrót do ojczyzny, a następnie poślubienie ukochanej Anny przy aprobacie przyszłego teścia, niegodzącego się na zięcia-biedaka. Mężczyzna szybko przekonuje się, że do odniesienia sukcesu nie wystarczą ciężka praca i inteligencja; władze Dejimy to chciwi kombinatorzy i oszuści, szukający sposobności na jak najszybsze wzbogacenie się cudzym kosztem. Nie oznacza to jednak, że Mitchell szlachetnym Japończykom przeciwstawia w powieści niegodziwych Holendrów; każda naród ma swoje przywary i uprzedzenia. Rodacy de Zoeta okrutnie obchodzą się z niewolnikami, z kolei mieszkańcy Wschodu nierzadko przedkładają honor i tradycję nad logikę i dobro jednostki. Autor nie potępia ani nie wybiela nikogo ― prezentuje raczej różne punkty widzenia i wielokulturowy obraz (na arenie pojawią się także Anglicy), robi to jednak bez pogardy czy bałwochwalczego zafascynowania egzotyką.

Okładka brytyjskiego wydania w twardej oprawie - moja ulubiona

Okładka brytyjskiego wydania w twardej oprawie – moja ulubiona

Choć tytuł może sugerować dominację jednego bohatera, szybko się okazuje, że także to wrażenie było mylne. Na kilkaset stron przyjdzie odbiorom opuścić Jacoba, by lepiej poznać historię japońskiej akuszerki Aibagawy oraz tłumacza Ogawy. Można powiedzieć, że to relacje między tymi trzema postaciami stanowią główną oś utworu, co jednak dość oryginalne, bohaterowie więcej czasu spędzają z dala od siebie niż podczas wzajemnych interakcji. Mimo to ich więzi zdają się niezwykle silne i szczere. Największe uznanie budzi fakt, jak niewiele tu schematyczności i przewidywalności. Chociaż w pierwszych zarysach sytuacja ― fascynacja de Zoeta egzotyczną kobietą czy jego przyjaźń z łamiącym dla niego kilka zasad tłumaczem ― wydaje się wskazywać utarty szlak, jakim potoczy się fabuła, jest to niczym innym jak tylko przemyślaną grą z czytelnikiem. Zaskoczenie, miast maleć, narasta wraz z lekturą kolejnych rozdziałów. Opowiadając historię obyczajową, Mitchell udowadnia, że jest w tym prawdziwym mistrzem.

Pisarz świetnie radzi sobie nie tylko z kreacją fabuły, lecz także z sylwetkami bohaterów. Ich poczynania przez cały czas korespondują z rysem charakterologicznym, a przy tym znajdują idealny balans między tym, by zaciekawiać, a jednoczesnym zachowaniem pozoru realizmu i prawdopodobieństwa. Gdy czyta się emocjonalny epilog, trudno zaprzeczyć, że tak właśnie zachowałby się Jacob do Zoet. Jednocześnie smuci los, jaki Mitchell raz po raz gotuje swoim postaciom. Nikogo nie oszczędza, nikogo nie wyróżnia ― co jeszcze mocniej pogłębia więź między nimi a odbiorcą. Także drugi plan może poszczycić się osobnikami wyróżniającymi się z tłumu, których mimo egzotycznych mian trudno ze sobą pomylić.

Równie ważnym elementem powieści są realia świata przedstawionego. W okresie, w jakim toczy się akcja, w Japonii trwa sakoku ― polityka izolacjonizmu, umożliwiająca jedynie prowadzenie handlu w ograniczonym zakresie, ale poza tym zakazująca kontaktów z innymi nacjami. Europejczycy mogli cumować wyłącznie w porcie Dejimy, sztucznie usypanej wyspy przy mieście Nagasaki, a wzajemna styczność obu światów ograniczona była wieloma zakazami, za których złamanie najczęściej groziła kara śmierci. Opowieść Mitchella rozpoczyna się w trudnych dla Holandii czasach, gdy handel nie jest już w rozkwicie, a kontakt z ojczyzną bywa znacznie utrudniony. Wydarzenia opisywane przez pisarza, choć oczywiście w dużej mierze fikcyjne i zainspirowane jedynie prawdziwym przebiegiem wypadków[1], korespondują z ówczesnymi realiami. Widać, że cztery lata spędzone przez Brytyjczyka na pracach nad książką (oraz osiem lat pobytu w Japonii) zostały dobrze wykorzystane; autor zaskakuje dbałością nawet o najdrobniejsze szczegóły ― jak sam przyznawał w wywiadzie[2], pisanie jednego zdania potrafiło zająć mu pół poranka z uwagi na pracę badawczą, jaką musiał w tym celu wykonać.

Dejima - obraz z 1820 roku (źródło: http://en.wikipedia.org/)

Dejima – obraz z 1820 roku (źródło: http://en.wikipedia.org/)

Wyzwanie stanowił także język powieści. David Mitchell zadbał o to, by bohaterowie „Tysiąca jesieni…” nie mówili ani trudnym do zrozumienia dla współczesnych czytelników odbiciem osiemnastowiecznej mowy, ani też by nie wywoływać dysonansu zbyt nowoczesnym słownictwem czy konstrukcjami, dając tym samym kolejny popis wirtuozerii pióra. Polski odbiorca powinien być wdzięczny także tłumaczce, Justynie Gardzińskiej (autorce przekładu również „Atlasu chmur”), potrafiącej idealnie oddać niełatwy styl pisarza.

Choć realia i czasy powieści mogą wydawać się wielu czytelnikom obce i nieprzyjazne, nie wolno zapominać o tym, iż „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” traktuje przede wszystkim o ludziach. Ich motywacje i słabości niewiele się po dziś dzień zmieniły, dzięki czemu odbiorcom łatwo winno przyjść uchwycenie uniwersalnego charakteru tej historii, w której nieszczęśliwa miłość splata się z samotnością, a wyrzuty sumienia i poczucie winy konkurują z zachłannością i ambicją. Wyprawa do dalekiej, egzotycznej Dejimy urzeknie również każdego, komu bliskie są zachwyty nad stylistycznym kunsztem Davida Mitchella. Aż dziw, że ma na on na swoim koncie dopiero dwie nominacje do nagrody Bookera i ani jednej wygranej!

W skrócie:
+ Fantastyczny styl Mitchella
+ Zgrabne połączenie historii i fikcji
+ Wyraziste sylwetki bohaterów
+ Dbałość o szczegóły realiów
+ Rewelacyjne tłumaczenie
– Chwilami tęskno za Jacobem
Ocena: 9
Dane:
  • Tytuł: Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta (The Thousand Autumns of Jacob de Zoet)
  • Autor: David Mitchell
  • Wydawnictwo: MAG
  • Rok wydania: 2013
  • Liczba stron: 626
  • ISBN: 978-83-7480-399-1

[1] Źródła: http://en.wikipedia.org/wiki/Sakoku ; http://en.wikipedia.org/wiki/Dejima ; http://en.wikipedia.org/wiki/Phaeton_Incident#Nagasaki_Harbour_Incident
[2] Źródło: http://www.npr.org/templates/story/story.php?storyId=129321886

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi Insimilion.

  • Agata

    A ja wciąż znajduję tysiąc powodów by nie przeczytać :P A raczej tysiąc innych książek, bo nowego Mitchella już mam, ale nie może się dobić do kolejki. Okładka angielskiego wydania jest świetna!

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Doskonale rozumiem, mam tak z tysiącem innych książek. :D

  • http://bibliozerca.blogspot.com/ slavkomir

    „Na kilkaset stron przyjdzie odbiorom opuścić Jacoba, by lepiej poznać
    historię japońskiej akuszerki Aibagawy oraz tłumacza Ogawy.”

    A mnie wkurzał właśnie ten przeskok z Jacoba na Ogawę, tak jakby Mitchell nie mógł po bożemu stosować narracji naprzemiennie. Miałem przez to wrażenie, że autor zapomniał o swoim bohaterze. Ale książka fajna, choć dla mnie wątki dziejące się na Dejimie znacznie ciekawsze.

    http://bibliozerca.blogspot.com/2014/01/krotkie-dzieje-wesoej-kompanii-i-jacoba.html

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Mitchell chyba po prostu nie lubi typowych zabiegów narracyjnych, jeśli mogę tak uogólnić po dwóch jego książkach. :)
      Początkowo też byłam na niego trochę zła opuszczeniem Jacoba, ale potem wprowadził całą historię ze świątynią i mi przeszło, Najwyraźniej Jacob nie robił w tym czasie niczego równie ciekawego, więc może i dobrze, że autor go na siłę nie wciskał.

  • http://kapryfolium.pl/ Jezebel_Kapryfolium

    No to mam dylemat – wieczorem zabrać się za „Tysiąc jesieni…” czy może „Ektenię” Strzeszewskiego…? Obie chyba równie pilne. Twoja recenzja niby trochę pomaga… a może po prostu robi mi w głowie większy zamęt :D Ach, te problemy pierwszego świata.

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Najpierw za Mitchella! :D „Ektenię” rozgrzebałam jakoś w grudniu, ale potem jednak wygrało „Tysiąc jesieni…”. Ale teraz chyba wreszcie do niej powrócę.

    • http://kapryfolium.pl/ Jezebel_Kapryfolium

      No dobra, przekonałaś mnie :P

  • http://www.krimifantamania.blogspot.com/ Agnieszka Hofmann

    To jedna z tych książek, które przyciągnęły mnie nazwiskiem autora (to tak a propos Twojego wpisu sprzed paru dni o pobudkach sięgania po książki). Działka tematyczna zupełnie niemoja, ale postanowiłam się przemóc. Mimo nawet całkiem sporych dobrych chęci też czeka w kolejce… :-)

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Mnie też autor przyciągnął, właściwie to nawet nie sprawdzałam, o czym będzie książka, żeby dać się zaskoczyć. I potem przez pół powieści spodziewałam się fantastyki, a tu kolejna niespodzianka. Trzymając się schematu, nawet nie sprawdzam, o czym są kolejne książki Mitchella, poczytam w ciemno i niech zaskoczy mnie jeszcze kilka razy. :)

  • Megapodius

    Uważam, że ksiązka była dobra, ale sam nie wiem dla czego nie widzę w niej rzeczy az tak genialnych, które wszycy inni widzą.

    • http://bibliozerca.blogspot.com/ slavkomir

      Nie no, genialna to jednak zbyt dużo powiedziane. Trochę tu chyba działa magia nazwiska. Bo jak Mitchell to musi być super extra zarąbista. Ale ogólnie to fajna lektura.