Gdy dalszy związek nie ma sensu — trudna sztuka porzucania seriali

By | 2 grudnia 2014

W związkach z kulturą jestem raczej stała w uczuciach. Jeśli poczuję więź z jakąś serią, to zostaję z nią na dobre i, powiedzmy, trochę gorsze. Potrzebuję naprawdę silnego impulsu, by definitywnie rozstać się z tytułem, w który zainwestowałam już czas i emocje. Do którego w jakiś sposób się przywiązałam. Musi więc być naprawdę źle, kiedy mówię: dość.

I nie inaczej, tylko naprawdę źle, było z ostatnim obejrzanym przeze mnie odcinkiem The Big Bang Theory (mowa o epizodzie 8×08). Ci z Was, którzy zakończyli swoją przygodę z serialem wcześniej ode mnie — a wiem, że to dość spora grupa — pewnie zapytają: czemu dopiero teraz. Spieszę więc z wyjaśnieniem — tak źle, jak jest teraz, nie było nigdy wcześniej. Wraz z ósmym sezonem produkcja wzniosła się na wyżyny bycia nieśmieszną i żenującą, bohaterowie już dawno potracili charaktery, nawiązania do geekowskiej popkultury właściwie zniknęły, a jednocześnie z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej kurczyła się moja tolerancja i cierpliwość. I w tej samej chwili, gdy Sheldon powiedział Amy „I love you too”, ja powiedziałam TBBT „I don’t love you anymore”.

I pomyśleć, że kiedyś ten serial naprawdę mnie bawił nawiązaniami do popkultury…

Choć związki bez przyszłości warto kończyć jak najszybciej, zawsze coś w środku boli mnie, gdy podejmuję tę nieodwracalną decyzję i wykreślam serial z listy oglądanych. Jest nieco łatwiej, gdy przypominam sobie wówczas o tych produkcjach, których w porę nie porzuciłam — flagowym przykładem jest tu How I Met Your Mother, kończone jedynie z poczucia obowiązku — a przez które potem ubolewałam jeszcze bardziej, zmuszona do oglądania potwornego finału, rozpamiętując liczbę godzin straconych przed ekranem i emocji wykrzesanych z siebie na daremno. Przypominam też sobie o tytułach porzuconych — i o tym, że w perspektywie nigdy tych decyzji nie żałowałam.

Najłatwiej jest mimo wszystko z porzucaniem komedii. Daję szansę pierwszym odcinkom, a jeśli nie bawię się dobrze — żegnamy się na zawsze. Pamiętam, że po skończonej przygodzie z moimi najukochańszymi Scrubs długo (i koniec końców bezskutecznie) szukałam produkcji, która zapełni tę pustkę. Zaczęłam od powszechnie chwalonego i zgarniającego rokrocznie stosik nagród Emmy i Złotych Globów Modern Family. Wytrzymałam — a i to wyłącznie z przyzwoitości — przez pierwszy sezon. Potem się rozstaliśmy. Następne było 30 Rock — w tym przypadku miałam dość już po trzech odcinkach. Równie szybko poszło z Cougar Town. Większą szansę dałam Episodes — sezony nie straszą długością, więc zaliczyłam pierwszy i drugi. Podczas pierwszego bawiłam się całkiem nieźle, a punktowanie różnic między brytyjską a amerykańską telewizją, choć niekiedy przaśne, bywało i celne. Ale potem było już tylko gorzej, w związku z czym, gdy trzeci sezon wrócił na antenę, ja byłam już w innym związku. Z New Girl. Bardzo chciałam ten serial pokochać, choćby dla przeuroczej Zooey Deschanel. Próbowałam przez dwa sezony. Po szóstym odcinku sezonu trzeciego (kiedy wiodącym pomysłem scenarzystów zdawały się przeskoki między „główni bohaterowie są razem” a „główni bohaterowie nie są razem” — widziałam to już zbyt wiele razy) — odpuściłam. Nie byliśmy dla siebie stworzeni. Na koniec sięgnęłam po Community. Serial polecany przez tzw. wszystkich. Że dla geeków, że taki zabawny, że postacie tak dobrze napisane. Pierwszy sezon i jego finał, który można streścić jako „główny bohater nie wie, czy wybrać pannę A czy pannę B, więc wybiera pannę C” rozczarowały mnie jednak na tyle, że się pożegnaliśmy. A szkoda, kilka elementów było naprawdę sympatycznych, a kilka cudownie groteskowych i przerysowanych. Ale nie mam już sił na kolejne klony tych samych wątków, nawet jeśli niektóre gagi są zabawne. Ostatecznie wśród emitowanych na bieżąco seriali już nawet nie szukam komedii dla siebie. Nadrabiam stare, dobre, brytyjskie seriale, poczynając od wiecznie aktualnego Keeping Up Appearances.

Chciałam pokochać ten serial. Nie wyszło.

Chciałam pokochać ten serial. Długo próbowałam. Nie wyszło!

Z dramatami sprawa wygląda zupełnie inaczej. W tym przypadku prawie nigdy nie porzucam po kilku odcinkach, a i samo pożegnanie się z danym tytułem wymaga więcej siły ducha i przekonywania samej siebie o słuszności podejmowanej decyzji. Zaczęło się od Prison Break — serialu, za którym niegdyś skoczyłabym w ogień. Pierwszy sezon, proszę państwa, toż to było mistrzostwo suspensu, twistów i cliffhangerów. Nawet pierwsza połowa sezonu drugiego dawała radę, a bezkompromisowości w pozbywaniu się lubianych przez widzów postaci mogliby scenarzystom pozazdrościć twórcy innych seriali. Finał sezonu drugiego wydał mi się jednak tak absurdalnie głupi, że zainspirował mnie do podjęcia historycznej decyzji — pierwszego w życiu porzucenia serialu. Do dziś nie wiem nawet, jak całość się zakończyła. Początkowo tlił się gdzieś we mnie cień nadziei, że serial zaliczy jeszcze zwyżkę formy, że do niego wrócę, zachęcona entuzjazmem innych fanów. Ale nigdy do tego nie doszło, i pewnie już nigdy nie dojdzie.

Niedługo później porzuciłam Heroes. Ten serial miał po prostu pecha, ponieważ oglądałam go w miarę równolegle z pierwszymi sezonami The 4400. I wciąż w głowie kołatało mi się, że za dużo tu zrzynki z lepszego w mojej ocenie tytułu, za dużo podobnych motywów czy mocy bohaterów. Po pierwszym sezonie pożegnałam więc Heroes, a jeśli dobrze kojarzę utyskiwania na zakończenie, nie ma powodów, bym miała do niego wracać.

Na kolejne porzucenia musiałam jednak czekać znacznie dłużej. Przede wszystkim dlatego, że z każdym kolejnym rokiem lepiej dobierałam seriale, lepiej znałam swój gust, a jednocześnie miałam coraz lepszego nosa do wybierania tytułów. Koniec końców przyszedł jednak ten moment, gdy musiałam porzucić serial zupełnie nie dla mnie. Serial kultowy, przez wielu może uważany za najlepszą produkcję telewizyjną wszech czasów mowa rzecz jasna o Twin Peaks. Po bardzo dobrym pierwszym sezonie nijak nie potrafiłam jednak zapałać entuzjazmem do sezonu drugiego. Uznałam więc, że nie ma sensu męczyć się tylko po to, by zaliczyć uznany tytuł. Bardzo podobnie wyglądała sytuacja z tegorocznym True Detective. Choć większość widzów rozpływa się w achach i ochach nad produkcją HBO, ja pozostaję niewzruszona. Owszem, doceniam chłodnym okiem i grę aktorską, i muzykę, i zdjęcia, ale kompletnie nie poruszyła mnie ani fabuła, ani klimat. Rozstaliśmy się z lekkim ukłuciem żalu na dwa odcinki przed końcem pierwszego sezonu.

Czasami można doceniać, a mimo to porzucać

Czasami można doceniać chłodnym okiem, a mimo to nie czuć więzi i porzucać.

Seriale wybitnie nietrafione i z tego względu wymagające porzucenia zaliczyłam w ostatnim czasie jedynie trzy. Pierwszy to Almost Human. Za nasze rozstanie po części ponosi winę stacja Fox, emitująca odcinki w losowej kolejności, po części zaś moje zamiłowanie do prozy Isaaca Asimova, który te same schematy wykorzystał już kilka dekad wcześniej i zrobił to o wiele lepiej. Drugim tytułem był Intelligence, który zaczęłam oglądać wyłącznie z sympatii do Josha Hollowaya, ale nie wystarczyło jej, bym została z niezbyt odkrywczym proceduralem na więcej niż pierwsze cztery odcinki. W obu powyższych przypadkach miałam zresztą niezłego nosa, gdyż obydwie produkcje po pierwszym sezonie zdjęto z anteny. Trzecim wspomnianym przypadkiem porzucenia został Outlander. Tym razem rozstanie nastąpiło w rekordowo szybkim tempie — zaledwie po pilocie, przez który i tak brnęłam z trudem. Nie wahałam się nawet przez chwilę, od razu było widać, że nie ma między nami żadnej chemii i z tej mąki chleba nie będzie. Czasem tak po prostu bywa.

Może ktoś się ze mną nie zgodzi — ale wychodzę z założenia, że każdy powód porzucenia jest dobry. To nie musi być wcale najgorszy serial na świecie. Ba, to w ogóle nie musi być zły serial! Wystarczające jest stwierdzenie, że oglądanie go nie sprawia mi frajdy. Nie bawi mnie (a tego oczekiwałam). Nie smuci mnie (a tego oczekiwałam). Nudzi mnie (a tego nie oczekiwałam). Temat się wyczerpał, scenariusz się pogorszył, bohaterowie się zmienili, i tak dalej, i tak dalej. Jest w przyrodzie tyle produkcji — a przecież nowe wciąż powstają, zdawałoby się, że wręcz lawinowo! — że zawsze będzie czym wypełnić pustkę po porzuconym tytule.

Czasami serial pokazuje mi to, co już dobrze znam, o jeden raz za dużo

Czasami serial pokazuje mi to, co już dobrze znam, o jeden raz za dużo.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mimo wszystko moja lista seriali porzuconych jest dość krótka, gdy zestawić ją z serialami, które obejrzałam do końca. Jak wspominałam, porzucanie nigdy nie jest dla mnie łatwe, nawet jeśli jest ze wszech miar słuszne. Mam jednak nadzieję, że uda mi się zhardzieć. Że nauczę się większej łatwości porzucania — i to nie tylko seriali, bo przecież czasem i film, i książka, i komiks zasługują na porzucenie. Ale o tych związkach — może innym razem. Dziś zostawiam siebie i Was z myślą: nie bójmy się porzucania!

5 thoughts on “Gdy dalszy związek nie ma sensu — trudna sztuka porzucania seriali

  1. kenaz

    ” The Big Bang Theory (mowa o epizodzie 8×08)”

    no to dobrze że 8×10 nie widziałaś. Jest jeszcze gorzej.

    Niektóre seriale rzuciłem nawet nie wiem kiedy. Po prostu… zapomniałem :) np. New Girl, Modern Family

    Reply
    1. Oceansoul

      Nawet nie będę próbowała sobie tego wyobrazić. Choć oczywiście strasznie mi szkoda, że tak się stało.

      Zapomnieć o serialu chyba mi się nie zdarzyło. Ale wiesz, ja kompulsywnie prowadzę wszelkie spisy, kalendarze i tabelki, więc to pewnie dlatego. ;)

  2. Danio

    Mnie TBBT jakoś nigdy nie śmieszył, Sheldon i spółka mnie raczej irytują swoim sposobem bycia. Zawsze gdy ktoś o nim mówi myślę sobie w głowie – „po co ktoś miałby to oglądać, skoro może sobie po raz kolejny powtórzyć IT Crowd?”. :P
    HiMYM za to na początku mi się podobał, pierwsze sezony naprawdę śmieszyły lecz potem raczej scenarzyści się zastanawiali jak to wszystko maksymalnie wydłużyć niż jak rozśmieszyć widza, więc rozstałem się bez żalu, a nawet z ulgą bo w pewnym momencie ten sitcom też mnie zaczął niesamowicie wkurzać.
    Prison Break – a co z aktorstwem? Nie irytowało? :P Sam chciałem sobie obejrzeć ten pierwszy sezon, ale to właśnie opinie o bardzo słabym aktorstwie mnie odrzuciły. I przy okazji, skoro nie masz nic przeciwko stricte serialom akcji (bo wcześniej też pisałaś coś o Nikicie) to ja z całego serca polecam 24. Kocham Jacka Bauera, uważam że jak dotąd w TV nie pojawił się lepszy serial sensacyjny (albo nie wiem o jego istnieniu). Polecam po stokroć!
    Almost Human – wiem że jest to serial odtwórczy, no ale co ja poradzę gdy właśnie pojawiła się ta wspomniana więź i uwielbiam dwójkę głównych bohaterów. Plus nawet odtwórczy i lekki cyberpunk – to dalej cyberpunk! :) Ogromna szkoda że Fox pożałował kasy na drugi sezon, albo nie przejął tego jakiś Netflix na 6 odcinków by dokończyć wątki…
    Co ostatnio porzuciłem: Mentalista – za mało głównego wątku, za dużo nudnych śledztw, po 30 obejrzanych odcinkach trudno było to przyznać ale w końcu się udało – pomimo całej sympatii do Bakera, serial za często bywał nudny.
    Sposób na morderstwo – porzucone po 5 odcinkach, nawet sympatyczne ale nie na tyle by poświęcać temu czas. + Te retrospekcje z morderstwa były kiepsko zrobione, ile razy można oglądać to samo?
    Czarna Lista – po prostu słabe, nie mam pojęcia dlaczego obejrzałem aż 6 odcinków. ;)

    To chyba mój pierwszy komentarz na blogu więc jeszcze dodam ogólną uwagę – za rzadko piszesz. :P

    Reply
    1. Oceansoul

      Witam w mych skromnych progach. :) Wciąż planuję pisywać częściej, ale potem jakoś tak wychodzi, że orientuję się nagle, iż minął właśnie miesiąc od poprzedniego wpisu. Ale pracuję nad tym!

      IT Crowd mam na liście, więc na pewno nadrobię.

      Aktorstwo w Prison Break… Z perspektywy prawie 10 lat, które minęły, odkąd oglądałam ten serial, pamiętam dobrze właściwie tylko kilku aktorów drugiego planu – Robert Knepper, Peter Stormare, William Fichtner – i to zdecydowanie były dobre role. Do tej pory bardzo lubię widzieć ich na ekranie, ale w mojej głowie zawsze będą właśnie „z Prison Break”, gdzie widziałam ich po raz pierwszy. Pozostali nie zostali w mojej pamięci; ale tak, drugi plan był na pewno aktorsko lepszy niż pierwszy.

      O Nikicie to nie mogłam być ja, nie widziałam (ani serialu, ani filmu) i raczej nie planuję. Z tytułami sensacyjnymi stoję raczej na bakier. W Prison Break rajcowała mnie intryga, tajemnica, napięcie, a nie akcja sama w sobie. 24 kojarzę, ale do tej pory nie było mi po drodze. Może kiedyś. :)

      Dobry cyberpunk też chętnie bym obejrzała, najchętniej w realizacji właśnie jakiejś stacji premium albo Netflixa. Fox jakoś tak za często coś psuje. No i niech to nie będzie procedural, bo ja ogółem mam problem z tym formatem. ;)

    2. Danio

      Faktycznie, o Nikicie pisała Wiedźma, w krótkim odstępie czasu odkryłem kilka fajnych blogów, więc nie bardzo ogarniam co się gdzie pojawiło, sorki. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *