TOP 5: Nieoczywiste powody, by sięgnąć po dany tytuł

By | 18 stycznia 2014

Na pierwszy rzut oka temat może brzmieć trywialnie. No bo nad czym tu dywagować ― czytamy i oglądamy to, na co mamy ochotę, co ma spore szanse, by się nam spodobać. Czy to jednak rzeczywiście aż tak proste? Choć każdy z nas ma jakieś ulubione gatunki czy konwencje, po które sięga najczęściej, to równocześnie niewielu konsumentów kultury ogranicza się tylko do nich. Czy to z chęci urozmaicenia, czy z braku tego, co lubi się najbardziej, gdy jest to wyjątkowo wąska nisza. Czym się więc kierujemy, dzieląc filmy na te, które potencjalnie chcemy obejrzeć, oraz na te, których nie włączymy nawet za dopłatą? Dlaczego jedne książki kupujemy w ciemno, a innych nawet nie wypożyczamy z biblioteki? Liczę na to, że powiecie mi o tym, czym sami się kierujecie, a tymczasem ja postaram się wskazać swoje powody, które skłaniają mnie czasem do zmierzenia się z dziełem na pierwszy rzut oka wcale niepasującym do moich preferencji.

TOP 5: Nieoczywiste powody, by sięgnąć po dany tytuł

1. Ignorancja

top5-5.1To jeden z moich ulubionych powodów. Nikogo pewnie nie dziwi fakt, że chętnie sięgamy po filmy i książki dotyczące naszych zainteresowań. Co jednak z dziełami traktującymi o całkowicie obcych nam dziedzinach, niekiedy nawet i tych, od jakich zwykliśmy stronić? Przyznaję, że jeszcze nie tak dawno temu zdarzało mi się z góry zakładać, że jakiś tytuł po prostu nie jest dla mnie. Bo przecież co ja wiem na ten temat. Bo pewnie będę się nudzić. Tymczasem już wielokrotnie się przekonałam, że nie tylko ignorancja nie przeszkadza mi w cieszeniu się naprawdę dobrym filmem czy książką, lecz niekiedy wywiera efekt wręcz przeciwny; oczywiście omijany przeze mnie wcześniej temat nie staje się automatycznie moją nową pasją, ale po interesującym spotkaniu kulturalnym często budzi się we mnie odruch skorzystania z Google, Wikipedii czy innych stron i sprawdzenia, ile w tym wszystkim było fikcji, a ile faktów; coś z tego zawsze w głowie zostanie. Niewiedza pozwala też dać się zaskoczyć, gdy dana powieść, film czy serial oparte są na kanwie autentycznych wydarzeń. Przeżyłam to choćby dzisiaj, oglądając „Kapitana Phillipsa” ― w pierwszym odruchu klasyfikowałam go jako produkcję nie dla mnie, bo czy kiedykolwiek obchodzili mnie somalijscy piraci albo bieżące sprawy polityczne? Ano nie. Szybko jednak uświadomiłam sobie, że na skutek ignorancji mogę lepiej cieszyć się poznawaniem fabuły niż osoby doskonale znające przebieg wypadków, dzięki czemu przez ostatni kwadrans seansu siedziałam w fotelu jak na szpilkach. A potem błyskawicznie znalazłam stronę porównującą filmowy scenariusz z autentycznym przebiegiem wypadków, o czym w przeciwnym razie pewnie nie chciałoby mi się czytać. Dlatego choć wcześniej zdarzało mi się szerokim łukiem omijać dziedziny, w których nie czułam się pewnie albo które wydawały mi się nieinteresujące, tak teraz częściej ryzykuję z obcymi dla mnie tematami.

2. Renoma

top5-5.2Jak mogliście zauważyć i w tym roku, i w ubiegłych latach, mam nawyk śledzenia wielu nagród branżowych. Rzecz jasna zdaję sobie sprawę z tego, że wszelkie stowarzyszenia czy komisje nie są wyroczniami i ich wyborami nie warto kierować się ślepo, a każdy z nas pewnie jest w stanie z marszu wymienić tuzin pomyłek dotyczących przyznania Oscara, Emmy, Hugo, Nobla czy innego spośród licznych wyróżnień otrzymywanych przez dzieła kultury, to częściej niż rzadziej stanowią one dla mnie jakąś podpowiedź i inspirację, z czym warto się zapoznać. Tak, daję się łapać na te okładkowe hasła w stylu „Powieść noblisty” czy „Zdobywca pięciu Złotych Globów”, tak samo jak ulegam rankingom, w jakich obok nieznanych mi pozycji znajdują się te, które już poznałam i uważam za wartościowe, zakładając, że pewnie i pozostałe mają szansę trafić w mój gust. To, co nazwałam w tym przypadku renomą, nie ogranicza się tylko do bieżących wyróżnień. W przypadku dzieł sprzed dekad czy wieków mówi się tu często o „klasyce” czy statusie „kultowości”; jeśli więc znajomi o dobrym guście mówią, że „to kultowy film, trzeba zobaczyć” ― ulegnę, choćby po to, by przekonać się na własnej skórze. Powieść napisana przez autora, którego zdaniem speców wstyd nie znać? O ile nie jest to Orzeszkowa, pewnie też dam się skusić. I jak na razie zazwyczaj dobrze na tym wychodzę, a stosunek trafnie dobranych tytułów do wpadek wypada zdecydowanie korzystniej na rzecz tych pierwszych.

3. Przekora

top5-5.3No dobrze, wiemy już, co uzasadnia sięganie po dzieła potencjalnie godne uwagi, wartościowe i trafiające w nasz gust. Ale niech odezwie się ten, kto nigdy z premedytacją nie obejrzał złego filmu i nie przeczytał złej książki. Choć wszyscy ostrzegali i odradzali. Choć średnia na portalach oscylowała w okolicach dna, a recenzenci nie pozostawiali na tytule suchej nitki. Choć podskórnie czuliście, że to strata czasu, może nawet dręczyły Was lekkie wyrzuty sumienia. A jednak przekornie to robiliście. Czasem po to, by z czystym sumieniem móc coś skrytykować i nie usłyszeć „no jak możesz tak mówić, skoro nie czytałaś/nie widziałaś” ― też dałam się złapać w tę pułapkę i tym sposobem zaliczyłam niegdyś lekturę trzech tomów „Zmierzchu”, by zawsze móc stwierdzić, że podjęłam wysiłek zapoznania się z danym tworem przed zjechaniem go z góry na dół. Z przekory oglądam też raz czy dwa razy do roku jakiś straszliwie głupi film ― niby wiem, że będzie zły, ale niekiedy po prostu przychodzi taki moment, że nie ma się siły i ochoty nie tylko na nic wybitnego, ale nawet zwyczajnie dobrego czy strawnego. Wtedy dokarmiam wewnętrznego kulturalnego masochistę, licząc na to, że trauma płynąca z tego doświadczenia nieprędko skłoni mnie do jego powtarzania. Aż do następnego napadu przekory.

4. Nazwisko

top5-5.4Nie ukrywam, że do niektórych nazwisk mam słabość. Pisarze, aktorzy, reżyserzy, ale niekiedy i tłumacze, scenarzyści, producenci. Ulubieni (współ)twórcy skłaniają mnie zarówno do pierwszego, jak i do powtórnego sięgania po wiele wytworów kultury. Niekiedy zdarza się nawet, że decyduję się na tytuł zupełnie nie w moim guście, ale nie mogę się oprzeć sprawdzeniu, co robi tam ta czy inna osoba. Czasami oczywiście potem tego żałuję ― jak po seansie „Pięknych istot”, w których zagrali Jeremy Irons i Emma Thompson, czułam więc wręcz obowiązek obejrzenia ― ale na szczęście nie jest to regułą i pozwala dotrzeć także do dzieł bardzo dobrych, tyle że mniej popularnych; w ten sposób trafiłam choćby na świetne, choć szerzej nieznane „The Heart of Me” z Heleną Bonham-Carter czy „Pierwszą miłość, ostatnie posługi” Iana McEwana, debiutancki zbiór jednego z moich ukochanych autorów. Miło od czasu do czasu zapoznać się z czymś, czego prawie nikt nie widział czy nie czytał, i dać się zaskoczyć. Prawie każdy twórca, nawet wśród tych najbardziej znanych, ma na swoim koncie jakąś perełkę, którą trzeba odkryć na własną rękę. Ulubione nazwisko to tez wcale nie taki zły powód, by sięgać po wytwór kultury, jaki w przeciwnym razie ominęlibyście szerokim łukiem, zwłaszcza gdy motywuje do wychodzenia poza typowe dla siebie horyzonty. Nie słuchajcie, gdy ktoś będzie się śmiał, że oglądacie jakąś ambitną produkcję dla przystojnego aktora w roli głównej. Lepiej w ten sposób niż wcale, a przy okazji można wynieść z takiego spotkania znacznie więcej, niż początkowo się zakładało.

5. Okazja

top5-5.5Ostatnia kategoria, ale wcale nie tak mało istotna. Przypadki w dużej mierze rządzą naszym życiem, dlatego nawet jeśli zwykle starannie komponujecie listę tytułów, z jakimi macie zamiar zapoznać się w najbliższym czasie, warto czasem dać się porwać przypadkowi. Może przysiąść się do domownika oglądającego film, jakiego sami byście sobie nie puścili? Może idąc do kina na najbliższy seans tylko dlatego, że akurat jesteście w okolicy? A może kupując książkę, która akurat pojawiła się w taniej księgarni i nawet jeśli się Wam nie spodoba, to nie będzie to żadna dotkliwa strata finansowa? Sięgając po coś w ciemno, tylko dlatego, że akurat była okazja, można trafić na dzieła wpisujące się w poczet Waszych ulubionych. Jeden z pierwszych seriali sf, który przypadł mi do gustu, „The 4400”, zaczęłam oglądać tylko dlatego, że akurat leciał w telewizji (w tych dawnych czasach, kiedy jeszcze zdarzało mi się oglądać telewizję); na „Burn After Reading”, pierwszy obejrzany przeze mnie film braci Coen, poszłam do kina przypadkiem; podobnie losowo przeczytałam niegdyś choćby „Nowy wspaniały świat” Huxleya czy „Przekleństwa niewinności” Eugenidesa, nie kojarząc wówczas za bardzo nazwisk autorów, ale księgarnia akurat sprzedawała te książki za grosze ― i okazało się, że to wyśmienite lektury. O ile więc przez większość czasu dalej polegam na swoich listach i planach, to od czasu do czasu nie mam nic przeciwko skorzystaniu z okazji, jeśli akurat zapukała do moich drzwi.

Przekonują Was te powody? A może nie dajecie się omamić renomie, nazwiskom, okazjom, przekorze ani ignorancji?

  • Bacha85

    W sumie z każdego z powyższych powodów zdarza mi się korzystać. Najczęściej decyduje sentyment do nazwiska, po filmy z niektórymi aktorami/aktorkami sięgam w ciemno, nie patrząc na tematykę. Książki ukochanych pisarzy również witam otwartymi ramionami.
    Z drugiej strony, mam sporo uprzedzeń, do filmów, czy książek. Ot tak! z niewytłumaczalnego NIe, bo nie. Czasrm staram się przełamać, ale nie często.
    Z okazji korzystam również, nawet jak ta okazja nazywa się: wymieniam się za tę książkę, a ona krótka, więc w sumie jeszcze zdążę przeczytać”.

    • O, a na przykład do czego masz takie uprzedzenia ‚nie bo nie’? Konkretny autor/reżyser, gatunek, tematyka? Czy zupełnie losowo do jakiegoś tytułu?

    • Bacha85

      Zasadniczo nie czytuje współczesnych romansów, choć wyjątki się znajdą, zdecydowanie unikam horrorów, zarówno książkowych, jak i telewizyjnych. Mam jakąś niewytłumaczalną awersę do Stephena Kinga na przykład. Młodzieżówki też jak już czytam, to te starsze.
      Ogólnie, jak tak myślę, to wychodzi, że jestem masakrycznie wybredna :D Z książek napisanych w XX i XXI wieku czytuję głównie fantastykę i klasyczne kryminały, tak skupiam się na tymi starszymi pozycjami i autorami, którzy już od lat nie żyją.
      Choć czasem się przełamię…

    • To ja mam przede wszystkim jakąś nieuzasadnioną obawę przed oglądaniem westernów. Chociaż planuję się przemóc, głównie dlatego, że wiele tytułów z tego gatunku uchodzi za wybitne (=>renoma). ;)
      Kinga czytałam tylko „Dallas ’63”, nie był to żadną miarą horror, raczej powieść obyczajowa oparta na koncepcji fantastycznej, z bardzo zgrabnym ukazaniem lat 60. Tak więc ten tytuł mogę polecić. Za jakieś inne pewnie kiedyś się zabiorę, ale to jeszcze nieprędko.

  • Joi

    U mnie poza wymienionymi przez Ciebie powodami dochodzi jeszcze chęć wspierania debiutantów czy pisarzy, których cenię. W sensie – jak już kupuję książkę/płytę, to dobrze się czuję z faktem, że sprzyjam debiutantowi czy ulubionemu pisarzowi/wykonawcy. Więc są to podwójnie dobrze wydane pieniądze :D A druga rzecz, to to, że lubię czytać utwory pisarzy, którzy pomimo swojego geniuszu w Polsce są prawie nieznani. Wszystkimi wymienionymi przez Ciebie powodami również się kieruję, np. przekora skłoniła mnie do obejrzenia „Zębów” ^^ Nie żałuję, bo okazał się idealnym odmóżdżającym obrazem na wieczorek filmowy ze znajomymi.

    • Ja się z kolei trochę obawiam debiutantów. Self-publishingu unikam jak ognia, zwłaszcza jak przypomnę sobie znajomych blogerów, z którymi jeszcze potem wykłócali się ci debiutanci. Ale jak poleca ich marka, której ufam – na przykład wśród wydawnictw jest to Powergraph – to też wspieram i kupuję. :)

  • Megapodius

    U mnie występują wszystkie wymienione powody. Czasem się tez łączą. Na przykład jeżeli w książkach przecenionych widze coś takiego jak zbiór szestastowiecznych chińskich opowiadań fantastyczno-krymilnanych to kupuję coś takiego z samej ciekawosci.
    Dośc często zdarza mi się też nazwisko i renoma. Czasem też zdarza mi się że po prostu czegoś nie chcę poznać z blizej nieokreśllonego powodu. Jako przykład moge podać Skyrim.

    • Kurczę, pewnie też się kiedyś skuszę na to „Polowanie na czarownice”, jak nadejdzie sezon na masochistę. ;)

    • Joi

      „Polowanie na czarownice” ma świetny klimat, mnie się BARDZO podobało! :)

  • Agata

    Wszystkie powody dotyczą też mnie, Dodałabym jeszcze opinie znajomych blogerów, którzy często namówią mnie na coś, na co wcześniej nie zwróciłabym uwagi, co mnie nie interesuje. Podatna na wpływy jestem :P

    • Ja ostatnio jakoś tak mniej, mam wrażenie. A nawet jak coś mi się spodoba, to zapisuję tytuł z tyłu głowy i przypominam sobie o nim dopiero, jak trafia się „Okazja”. :D

  • Joly_fh

    Ignorancja – to raczej powód do nie sięgania, niż sięgania po dany tytuł („nie interesuje mnie to”). Choć owszem, może się dobrze przysłużyć. Ja mam podobne doświadczenia jak te, które opisałaś: kiedy wybierałam się na Rush miałam jaką taką wiedzę o Formule 1, ale nie aż tyle lat wstecz. Wiedziałam co prawda kim był Niki Lauda, ale nie miałam pojęcia o Jamesie Huncie. No i dzięki temu siedziałam jak na szpilkach, totalnie zawładnięta emocjami.
    Nazwiska to chyba najczęstsza przyczyna sięgania po tytuł – każdy ma jakiegoś pisarza, aktora, reżysera, piosenkarza, do którego ma słabość i obejrzy/przeczyta/posłucha tylko dlatego, że to ON/ONA.

    • Ja miałam przed „Rush” wiedzę jeszcze mniejszą, właściwie to zerową (tak mniej więcej na poziomie ‚F1 polega na tym, że goście w szybkich autkach jeżdżą w kółko’). A film mnie zachwycił. Ignorancja coraz częściej skłania mnie właśnie do choćby pobieżnego poznawania jakichś nieznanych wcześniej osób, wydarzeń czy tematów, trochę na zasadzie ‚może tak głupio nic o tym nie wiedzieć, to chociaż film obejrzę, czegoś tam zawsze się dowiem (a jak mnie wciągnie, to może potem poczytam więcej na ten temat)’.