TOP 5: Co mnie wkurza w wydaniach książek

By | 11 stycznia 2014

Po tygodniu przerwy wracamy do możliwości cotygodniowego konstruktywnego narzekania. Długo nie mogłam się zdecydować na temat ― i to kusi, i to nęci! Padło jednak na literaturę, o której ostatnimi czasy trochę tu zapomniałam (czy raczej tak bardzo dałam się ponieść nowym tematom, że brakło dla niej miejsca). Książki same w sobie to hasło zbyt szerokie, zacznę więc od przyjrzenia się ich wydaniom ― mając na myśli przede wszystkim aspekty wizualne (aspekty merytoryczne weźmiemy pod lupę kiedy indziej, niech Was nie niepokoi ich brak).

TOP 5: Co mnie wkurza w wydaniach książek

1. Okładki niepasujące do treści lub po prostu brzydkie

Wydawałoby się, że koncepcje takie jak „piękno” i „brzydota” są tylko kwestią gustu. To, co podoba się jednemu, nie przypadnie do gustu innemu. A mimo to pewnie każdy z nas potrafi wskazać ileś okładek ze swojej biblioteczki, które nie spodobałyby się prawie nikomu (a na nieliczne wyjątki składają się twórca dzieła, wydawca i ewentualnie ich rodziny). Są też oficyny, którym czytelnicy mogą notorycznie powtarzać „lubimy Wasze książki, ale czy ich okładki naprawdę muszą być takie paskudne?!” ― na próżno. Nieco mniejszym grzechem są zaś okładki może i niebrzydkie, ale kompletnie niepasujące do danej książki (że przypomnę choćby liczne głosy fanów noblistki Alice Munro, którą wciąż wydaje się u nas w stylistyce godnej mało ambitnych romansów).

Na stronie goodreads.com znajdziecie różnorakie listy książek - w tym kilka spisów pozycji z najbrzydszymi okładkami. Powyżej drobna próbka

Na stronie goodreads.com znajdziecie różnorakie listy książek – w tym kilka spisów pozycji z najbrzydszymi okładkami. Powyżej drobna próbka

2. Grzbiety od sasa do lasa

Raz w prawo, raz w lewo. Raz z ramką, raz bez. Raz wyżej, raz niżej. Raz najpierw tytuł, potem autor; a raz odwrotnie. Logo wydawnictwo raz na górze, raz na dole, raz tak, raz siak. Można by tak wymieniać i wymieniać. Jeśli Wasze biblioteczki są dość pokaźnych rozmiarów i zaczniecie ustawiać koło siebie książki z jednego wydawnictwa, szybko się przerazicie. Czy naprawdę tak trudno się zdecydować na jednolity wygląd? Oczywiście, nikt nie oczekuje, że przez dwadzieścia lat istnienia na rynku dana oficyna nie zmieni czegoś w designie swoich pozycji, to mogłoby być nawet niewskazane. Ale już grzbiety w jednej serii wydawniczej ― zwłaszcza gdy z założenia ma ona stanowić obiekt pożądania bibliofila ― mogłyby być traktowane z większą dbałością.

Wybrane pozycje Uczty Wyobraźni i przykład na grzbietową dezorientację - w lewo, w prawo, wyżej, niżej, większy napis, mniejszy, autor na górze, na dole, etc...

Wybrane pozycje Uczty Wyobraźni i przykład na grzbietową dezorientację – w lewo, w prawo, wyżej, niżej, większy napis, mniejszy, autor na górze, na dole, etc…

3. Zmiany koncepcji w obrębie serii

Kolejny przypadek, gdy logika podpowiada jedno, a doświadczenie wskazuje na coś zupełnie odwrotnego. Znacie to uczucie, kiedy każda książka z kilkunastu napisanych przez jednego autora jest z zupełnie innej bajki i nijak się one koło siebie nie komponują? Pół biedy, gdy utwory jednego pisarza wydaje kilka oficyn (choć i tu nieliczne przypadki pokazują, że jak się chce, to da się zachować choćby ten sam rozmiar, co konkurencja, na czym skorzystają wszyscy). Gorzej, gdy jedno wydawnictwo cierpi na koncepcyjną nadpobudliwość i nijak nie może się zdecydować ― oprawa miękka, twarda, z obwolutą, bez, ze skrzydełkami, bez, mała, duża, średnia… Ach, tyle kuszących opcji! Dajmy więc każdą po kolei, w końcu kto nie lubi grochu z kapustą na każdej półce!

Jedno wydawnictwo, jeden autor, trzy różne koncepcje. Dodam jeszcze, że podobne zmiany w obrębie jednego cyklu to u nich również norma

Jedno wydawnictwo, jeden autor, trzy różne koncepcje. Dodam jeszcze, że podobne zmiany w obrębie jednego cyklu to u nich również norma

4. Typografia? Zapomnij

Nie trzeba mieć jakiegokolwiek pojęcia o fontach, interliniach czy marginesach, by po otwarciu książki potrafić stwierdzić, czy daną pozycję czytać się będzie dobrze, czy fatalnie. Choć wiele wydawnictw podejmuje na tym polu znaczne wysiłki, by przyswajanie ich pozycji było prawdziwą przyjemnością, inne, co najmniej tak samo liczne, kompletnie te aspekty ignorują. Ile razy natknęliście się na tekst, który odrzucał was na pierwszy rzut oka małymi, słabo czytelnymi fontami, nie takimi marginesami, małą ilością światła? Ja już nawet nie zliczę. Największy problem mam niestety z pozycjami starszymi, sprzed kilku dekad, gdzie blada i mała czcionka prawie zlewa się z żółtawym papierem. Moje oczy chcą wtedy uciec jak najdalej, byle nie musieć tego czytać. A przecież treść nierzadko na tę lekturę szalenie zasługuje!

Czy tylko ja prawie nie widzę tego tekstu?!

Czy tylko ja prawie nie widzę tego tekstu i czuję się zmęczona na sam jego widok?!

5. Usilne dzielenie na tomy oraz czas oczekiwania na kontynuacje

Kiedyś był to grzech najczęściej jednego wydawnictwa. Obecnie, niestety ― popełnia go coraz więcej oficyn. Z jednej strony mamy więc firmy, które potrafią przygotować piękne wydanie zbiorcze, prezentujące się zjawiskowo, a przy tym wcale niekosztujące majątku (np. ostatnia wersja „Ziemiomorza”), a inni w tym czasie zaserwują wam kilka cienkich broszurek, każąc czekać na kolejne akurat tyle czasu, byście zdążyli zapomnieć, co tak właściwie czytaliście, po czym policzą za nie znacznie więcej, niż nakazuje przyzwoitość. Podobnie niekorzystnie potrafią zaskakiwać przerwy między tomami podzielonymi zgodnie z wolą autora. Co oczywiste, nie czepiam się tu książek wydawanych na bieżąco, których twórca jeszcze nie napisał; ale na przykład trwająca już niemal dwa lata zwłoka w publikowaniu stworzonego przeszło pięćdziesiąt lat temu i dawno przetłumaczonego cyklu „Gormenghast” to jakiś absurd. Stwierdzicie, że w takim razie nie kupujecie, póki na rynku nie będzie wszystkich części? Rozsądne. Tyle że potem wydawcy powiedzą Wam, że dalszych tomów nie będzie wcale, skoro pierwszego nikt nie kupił…

Cykl Robin Hobb w oryginale wydano w trzech tomach, u nas - w sześciu. Nie mówcie, że to było konieczne - dla przykładu obok gruba książka, która nie gryzie

Cykl Robin Hobb w oryginale wydano w trzech tomach, u nas – w sześciu. Nie mówcie, że to było konieczne – dla przykładu obok gruba książka, która nie gryzie

A co Ciebie wkurza?

  • Co do punktu 2. – jakby nie patrzeć, to poprawieni zrobiony grzbiet na zdjęciu ma tylko jedna pozycja: Wieki świateł. I jest kupa wydawnictw, która robi to źle (mag świetnym przykładem). Bo chodzi o to, żeby książka położona twarzą do góry miała czytelny grzbiet – niestety mam wrażenie, że redaktorzy techniczni nie mają o tym pojęcia!
    Mnie chyba najbardziej bolą okładki filmowe (ale to już inna para kaloszy). A co do zmiany okładki – Pieśń lodu i ognia. O ile tomy 1-3 jakoś tworzyły całość, to oba czwarte (jak to okropnie brzmi, ale za granicą też dzielą) już jakoś tak koślawiej, nie bardzo współgrały. Z kolei tomy piąte zachowały nagle oryginalną okładkę (tak mi się zdaje) ale połowicznie, bo 2 część tomu piątego ma swoja okładkę, a nie skopiowaną 5.1 w innym kolorze (sztylecik a nie monetka). I dodatkowo 5.1 oraz 5.2 mają podtytuły, które tym razem się nie odnalazły w piątym wydaniu (gdzie 3.1, 3.2, 4.1 i 4.2 je mają). I chyba zagmatwałam to wszystko,a le może ktoś mnie zrozumie ;)
    Ogólnie tak jakby wydawca nie potrafił zrozumieć, że cykl chcemy mieć w jednakowej szacie graficznej….
    A typografii sprzed dekad to bym się nie czepiała tak bardzo, wtedy to chyba szło po kosztach.

    • Chyba powinnam osobno napisać o samych okładach, to faktycznie temat-rzeka. Filmowe faktycznie w większości są brzydkie, choć akurat Martin miał tak brzydkie pierwsze wydanie, że na tym tle nawet te filmowe wypadły znośnie.
      Ale zmiana okładek/rozmiarów w obrębie jednej serii to jest naprawdę straszna rzecz. I w 90% przypadków wydawca bezczelnie informuje, że możesz sobie kupić raz jeszcze pierwszy tom, jak chcesz mieć spójnie… (Zrobił tak na przykład Albatros w przypadku Folletta).
      Typografii czepiam się akurat najmniej ze względów estetycznych, a najbardziej z praktycznych, serio fatalnie mi się to czyta. Przykład na zdjęciu skrajny, racja, ale niestety równie mikry rozmiar i mało światła ma na przykład seria arcydzieł Agory (sprzed kilku lat raptem).

    • „(Zrobił tak na przykład Albatros w przypadku Folletta).”
      Bo w ogóle Albatros jest chamski. I sie obraża jak sie coś czytelnikowi nie podoba :)))

      Fabryka Słów – im można dużo zarzucić, ale wydając Pana Lodowego Ogrodu zadbali o to, żeby czwarty tom pojawił sie w wersji pasującej do starych wydań i do nowych. To samo zrobił teraz MAG z serią „Niecni dżentelmeni”.
      Z kolei wnerwili mnie cięciami budżetowymi na niektórych seriach. Taki Jakub Wędrowycz: miałem wszystkie w miekkiej oprawie ze skrzydełkami, nowe tomy wydają bez skrzydełek… co jest dużo gorsze.
      I jeszcze te drogie „zintegrowane okładki”, które są miekkie a kosztują tyle co twarde u innych wydawnictw. I nie pasują do pozostałych książek danego autora…

    • Tak, Albatros kojarzy mi się właśnie z najbardziej bezczelnymi odpowiedziami kierowanymi do swoich klientów. Niezbyt pozytywne skojarzenie. ;)

      Z PLO to chyba jakiś wyjątek ze strony FS, kojarzę ich kilka serii, które oprawę zmieniały w trakcie (tak z głowy – powieści Anety Jadowskiej choćby). W Magu z kolei obawiam się dalszych tomów wspomnianej Robin Hobb, które mają mieć zupełnie inny format niż te stare, z mojego zdjęcia. No ale nikt nie jest doskonały…

    • Tom Piotrowski

      A mnie szlag trafia że wydawca i tu głównie Fabryka słów której mam większość książek przestała wydawać pozycje w twardej oprawie.

      Jeszcze na początku swojej działalności dawali wybór twarda/miękka

      a teraz miękka[że po 2 otwarciach książka wygląda jak szmata[/zintegrowana[ni to twarda ni to miękka taki nijak]

      Ale trzeba pochwalić jedno wydawnictwo REBIS tu WIELKI szacunek za serię Asimowa [Roboty i Fundacja] oraz książki Philip K. Dick. Wydanie w twardej oprawie, okładki wyglądają ekskluzywni i po zdjęciu papierka [ten okładeczki ochronnej] ładna srebrna okładka z Symbolem.

      A pamiętacie jeszcze z czasów zamierzchłych nie kojażę teraz wydawnictwa. Ale serie Dzieł Tolkiena Okładki zielonkawe wyglądająca jak stare i ekskluzywne ze złotymi napisami

      http://zazie.com.pl/wp-content/uploads/2012/06/tolkien.jpeg

      Do dzisiaj nie zeszło z nich te pozłocenie.

    • Harashiken

      Stare wydanie Pieśni to porażka, okładki robione najprawdopodobniej w paint i to na 10 calowym laptopie trzymanym na kolanie. Ale naprawdę nie ma się co dziwić, Zysk lubi się tak popisywać i nie tylko tak.

  • Harashiken

    Taaa znam ten ból, Kodeks Deepgate – różna stylizacja każdego tomu, Koło Czasu któremu swojego czasu poświęciłem cały post i szatkowanie książek na niepotrzebne części jak lubi na przykład FS (cztery cieniutkie tomy Kossakowskiej, dzielenie Brett’a). Jakby się przyjrzeć mojej biblioteczce pewnie znalazłbym więcej takich przykładów.

    Z przykładem w typografii to chyba przesadziłaś ;) Patrząc na czcionkę i papier to jakiś twór z lat 70/80, a wtedy wydaje mi się często nie zwracano na takie detale uwagi, teraz jest już dużo lepiej :) Co to w ogóle za tytuł? Bo rzuciło mi się hasło „Robert Jordan” w tekście.

    Czekanie 2 lata na przetłumaczenie ostatniego tomu i 4 lata na przedostatni tom jednego z największych i najlepszych cyklów fantasy? A jedyne co wiadomo to plotki, że miało być wydane, że już wydają, że niedługo wydadzą, bo prawa do cyklu należą do wydawnictwa, które w głębokim poważaniu ma czytelników i nie raczy nawet odpisywać na maile?

    A tak poza tematem, ta nowa Le Guin to twarda oprawa czy miękka?

    • Zgadzam się, że przykład dałam skrajny, ale po prostu najlepiej widać, o co mi chodzi. A mam sporo książek sprzed paru lat, w których też jest nadźgane na potęgę (np. część książek Agory czy seria arcydzieł Zielonej Sowy). Na zdjęciu jest akurat „Komu bije dzwon” Hemingwaya.

      Le Guin w twardej. Na szczęście. :)

  • Ewa Serenity Iwaniec

    Przede wszystkim zmorą mojej biblioteczki są różne formaty książek, przez co bardzo ciężko coś solidnego wykrzesać, bo albo jest wysoka, a węższa na przykład, albo niska a szersza. O ile łatwiej by to wszystko było ułożyć, gdyby książki miały podobny format?

    • Dlatego u mnie część książek musi leżeć. Co wygląda źle i jest niefunkcjonalne, gdy chce się wyjąć coś z samego spodu, ale cóż zrobić. Zostaje opcja regału na wymiar z różną wysokością półek, ale to niestety nie takie proste.

  • Z tym dzieleniem tomów to niby można się zgodzić, że wyjdzie grubaśne itd. ale z drugiej strony Rebis wydał serie „Pamięć, Smutek i Cierń” prawie nieposzatkowaną (tylko 3 tom wyszedł w 2 kawałkach, ale w końcu pierwsze polskie wydanie miało ich aż 4) – ot tomy były większe (nie mogę dokładnie sprawdzić, bo moje wydanie leży w Polsce…), czyli jednak się da. I czytało się całkiem dobrze jak na takiego „pustaka”.

    • No właśnie zastanawia mnie, jak to jest, że jedne wydawnictwa mogą nie dzielić (i najwyraźniej opłaca im się to i finansowo, i ‚technicznie’ dają radę), a inne robią odwrotnie. Przyznaję też, że nie spotkałam się do tej pory z żadnym sensownym wytłumaczeniem, dlaczego się dzieli, podobnie jak nie widziałam pozytywnych opinii czytelników na ten temat. Wielka zagadka…

    • Ogólnie Rebis jest moim mistrzem pod względem jakości i wyglądu okładek. nawet autora potrafią jakoś utrzymać w jednym stylu – patrz Anne Rice: 3 mroczne cykle w podobnej formie, na półce wygląda świetnie.

    • „Dla kasy” to mało sensowne wytłumaczenie? :P

    • Dla kasy jest bardzo dobrym wytłumaczeniem, ale w moim odczuciu więcej kasy płynie wtedy, kiedy czytelnicy – zwłaszcza ci, którzy kupują książki na kilogramy – nie narzekają. A przynajmniej narzekają mniej niż więcej. No cóż, widocznie moje wydawnictwo, gdybym takie miała, szybko by zbankrutowało. :D

    • Czytelnicy ponarzekają, a potem chęć przeczytania i tak zwycięży i kupią dwie książki zamiast jednej. Nie mamy tak silnej woli, by zbiorowo i konsekwentnie „głosować portfelem” :P

  • Kasia Roszczenko

    Mnie najbardziej irytują właśnie grzbiety książek – raz w jedną raz w drugą :/ Czekanie na kontynuację również jest denerwujące. Obecnie czekam na już chyba ze dwa lata na kolejną 5 część serii a łącznie ma być ich 9!

    • A najgorsze, jak w połowie wydawania jakiejś przeciągającej się serii wydawnictwo stwierdza: to może jednak spróbujmy z innymi okładkami/rozmiarami. Więc nie dość, że czekasz, to potem najlepiej kup po raz drugi to, co już masz…

  • Agata

    Okładki – dramat :/ Mnie denerwuje jeszcze niestaranna korekta. Nie jakiś jeden błąd na całą książkę, ale zdarzają się pozycje tak najeżone błędami, że aż zastanawiam się czy ktoś to w ogóle sprawdzał.

    • O tym też kiedyś napiszę. Nawet dwukrotnie zdarzyło mi się pisać do wydawnictw, które puszczały książki z całą masą błędów (jedno nowe na rynku, a drugie z najwyraźniej niedouczonym korektorem) – ale obydwa mnie zignorowały (choć oferowałam ich dokładne wskazanie). Tak więc niektórzy nie powinni po prostu brać się za wydawanie książek.

  • Megapodius

    Dzielenie na tomy było najbardziej irytujące przy Cyklu Barokowym, ale „honorową” nagrodę w tej dziedzine powinien uzyskać Zysk, któremu udało sie zrobić z kilkunastu tomów Koła czasu około dwudziestu. Jeszcze w przypadku Uczty Wyobraźni poza grzbietami wkura to, że czasem jedne okładki nie pasują do całej reszty, a czasem (nie wiem na jakej zasadzie) pomimo tworzenia oryginalnych okładek do większosći ksiązek czasem pozostają oryginalne. Z okładek wkrurza też dawanie okładek z innych cykli i ksiązek na polskie wydania. Okładki do Martina sa oddzielnym tematem da dyskusję (Cociaż csieszę się że ostatnio wykorzystali grafikę Simonettiego) Do polskich wydań Świata Dysku można zastosować odwrotność punktu 3, ponieważ przy Straży Nocnej powinien się pojawić jakiś nowy projekt, bo teraz Świat Dysku jako jedyny pozstaje w szacie graficznej Prószyńskiego dawniej używanej dla całej fantastyki, ale porzuconej jakiś pięć lat temu, która dodatkowo zmusza do zmieniania rozmiarow oryginalnych okładek, jak właśnie przy Strazy Nocenej wzorowanej na Rembrandcie, a Polsce pocietej na pół i w części zasłoniętej. Jezeli mogli tam zmienić format (jako jedynaj książce w cyklu) to mogli i całą resztę. Najwiekszym problemem są jednak różne formaty (jak przy wznowieniu ślepowidzenia i w zapowiedzi Echopraksji Wattsa) oraz typografia.

    • Ja cierpliwie czekam, aż się Martin jakiegoś porządnego, jednolitego wydania doczeka. Choć nie wiem, na ile to możliwe w Zysku, mam stosunkowo mało ich książek, a większość z nich jest raczej brzydka (takie okładki do wznowień Amberu… brr!).

  • Dla mnie praktycznie kazda okladka opatrzona zdjeciem jest kiepska. Tym bardziej, ze to zazwyczaj takie sobie, niezbyt artystyczne fotografie z jakas dziewuszka czy chlopakiem, jak sie domyslam udajacym glownego bohatera. Zmora glownie ksiazek Young Adult i tych ostatnio zekranizowanych. Rynek wydawniczy powinien wspierac bardziej dobrych rysownikow, zamiast przecietnych fotografow, tym bardziej ze w naturze czytelnika jest pewna niechec do przesadnej doslownosci (lepsza totalnie abstrakcyjna okladka rysunkowa, niz fotka)

    Punkt 2 i 3 to dla perfekcjonisty, ktory chce miec wszystko pieknie ulozone na polce, zwyczajna zmora. Mozna dojsc wrecz do wniosku, ze wydawcy sami czasami nie pamietaja jak wydali poprzednia czesc serii, albo sa zwyczajnie zlosliwi ;). Ale moze chodzi o cos innego: w ksiegarnii marketing robi okladka ksiazki, to ona ma za zadanie przykuc wzrok czytelnika – moze wydawcy sie obawiaja, ze jesli beda wydawac ksiazki w jednym, jednostajnym stylu, to w koncu czytelnik tak sie z nim oswoi, ze przestanie je zauwazac na polkach?

    4. Topografia wspolczesnym wydawcom sluzy po to, aby z ksiazki, ktora wydana w starym stylu liczylaby moze 200 stron, zrobic 500. Niby fajnie kupic sobie wieksze tomicho, ale jak 3 zdania zajmuja cala strone i potem sie targa taka ceglowke,a nieprzeklada sie to de facto na jej zawartosc „energetyczna”, to mozna sie poczuc odrobine oszukanym.
    Druga sprawa – kroj czcionki ma ogromne znaczenie dla odbioru. Zdarzylo mi sie na studiach korzystac z podrecznika wydrukowanego czcionka maszynowa (doslownie wygladal jakby to byl maszynopis) – teoretycznie powinnam go przeczytac, ale fizycznie nie dalam rady, po kilku stronach zupelnie tracilam watek, zainteresowanie i cierpliwosc. Jesli wydawca nie wie, jak wydac ksiazke tak, zeby jej forma nie zniechecala czytelnika (ktory moze sobie nawet nie zdawac sprawy, ze powodem jego znuzenia nie jest kiepska narracja, a wybor czcionki), to de facto oszukuje swoich autorow. W koncu pisarz dostarcza content, baze bez ktorej nie ma czego wydawac, dostaje zas za to mniej od wydawcy – placac tym samym niejako za dobry marketing, redakcje, korekte i wydanie, ktore maksymalnie ulatwi odbior dziela, pomoze w jego sprzedazy i rozpowszechnieniu wsrod czytelnikow. A czesto gesto nie dostaje nic z powyzszej listy.

    Co do 5. to ja bym sie troche bala kupowac od wydawcy, ktory sie tak bawi z czytelnikami. Bo a nuz nagle stwierdzi, ze za malo mu dochodu jakas seria przynosi i przestanie ja wydawac, lekcewazac zupelnie czytelnikow, ktorzy zainwestowali we wczesniejsze tomy i chca wiedziec co dalej? Brrrr, na szczescie ja nie jestem wielka fanka ksiazkowych serii.

    • Z abstrakcyjnych okładek bardzo podobają mi się te w wydawnictwie Karakter (http://www.karakter.pl/ksiazki/filtruj/literatura-piekna), choć pod względem treści to raczej pozycje nie dla mnie. Ale na półce wyglądałyby cudnie. ;)

      Niechby ten wygląd zmieniali, jasne, ale koniecznie w trakcie serii wydawniczej/cyklu? Wiem, że mówię to jako bibliofil, a nie ekonomista, ale po prostu mierzi mnie to strasznie.

      Krojami fontów za bardzo rozpieścił mnie czytnik – nie dość, że mają bardzo dobre czcionki przygotowane z myślą o takiej formie, czyli stosunkowo małej stronie, to jeszcze można je dowolnie zmieniać. Brakuje mi takiej opcji w papierowych książkach. :D

      Niewielu jest wydawców, którzy nie mają na sumieniu przerwanych serii. ;) Obecnie chyba tylko MAG robi, co może, by choćby po latach dokańczać napoczęte cykle.

    • Czytnik… odkąd mam Kindla czytam na nim nawet książki które stoją u mnie fizycznie na półkach. Idealne czcionki, rozmiar, a ostatnio jeszcze odkryłem możliwość poprawienia ebooków: do calibre jest plugin dzięki któremu mamy wyjustowany tekst + dzielenie i przenoszenie dłuższych wyrazów jak w tradycyjnej książce – fajna sprawa. Do tej pory spotkałem to tylko w „Cieniorycie” Piskorskiego, wszędzie indziej sam musiałem o to zadbać.

    • O, możesz się podzielić nazwą pluginu/jakimś linkiem do niego? Bardzo się przyda. :)

    • wszystko o dzieleniu wyrazów w ebookach znajdziesz tutaj:
      http://swiatczytnikow.pl/jak-podzielic-wyrazy-w-e-bookach-kf8-lub-epub/

      jeśli lubisz ładną typografie także w internecie to jeszcze może zainteresują cie te wtyczki do wordpressa:
      – Hyphenator (autor Benedict B) – konfiguracja jest prosta, trzeba wybrać język i wpisać klasę css w której są teksty (albo można podejrzeć w źródle albo edytować plik themesa)
      – Sierotki – do wiszących spójników na końcu.

      w razie problemów mogę pomóc :)

    • Dzięki wielkie, sprawdzę w wolnej chwili. :)

  • Moreni

    1. Muehehe, o okropnych okładkach to są nawet specjalne strony, np. taka polska http://najgorsze-okladki.blogspot.com/ czy taka angielska http://lousybookcovers.com/ . Przy niektórych kwiatkach to, co pokazałaś jako próbkę to szczyt estetyki.;)

    2. Nie jestem jakąś szczególną fetyszystką grzbietów, właściwie uważam, że jednolitość powinna obowiązywać tylko w obrębie danej serii. Reszta to już nieistotne. Maga i UW pobronię sobie o tyle, że jak można było przeczytać na forum wydawcy, w momencie wydawania „Wieków Światła” wizja graficznej strony serii dopiero się kształtowała.Aczkolwiek później już można było to ujednolicić.

    3. Eee tam, czepiasz się.;) O ile powieści nie tworzą jednej trylogii czy serii, to niech sobie będą różnie wydawane. A co jeśli jedna książka autora pasuje tematycznie do jednej serii wydawniczej, a inna do drugiej? Pchać do jednej i słuchać marudzenia czytelników, ze są zawiedzeni, bo nie na temat?

    4. Też nie lubię starszych wydań ze względu na słabą czytelność tekstu. Ale ostatnio bardziej doskwiera mi problem odwrotny – szerokaśne marginesy i wielkie litery. Jestem ostatnią osobą, jaka krytykowałaby duże litery, ale gdy tekst zajmuje coś koło 1/3 strony, to jednak coś jest nie tak.

    5. Tu mam trochę zagwozdkę, bo uważam, że dzielenie tomu na pół może być uzasadnione. Na przykład taki Rothfuss w wydaniu rebisowym – średnio sobie wyobrażam książkę ponad 1300 stron w ich standardowym formacie, w miękkiej oprawie. To samo z Magiem i ostatnim tomem „Eragona” – tu za rozbicie na tomy winę ponosi po części zachodni wydawca, który za licencję na ostatnią część policzył sobie ponoć znacznie więcej, niż za części poprzednie (a o ile takie Ziemiomorze czy UW za ok. 60 zł jeszcze ktoś kupi, to Paoliniego już raczej nie). Z resztą mam wrażenie, że w większości wydawnictw nie jest to częsta praktyka, tylko w jednym zdaje się być powszechna.

    • ad.2. „Wieki światła” jeszcze jakoś tam rozumiem, ale tam prawie każdy grzbiet jest z innej parafii (jak popatrzymy choćby na odległość nazwiska autora od górnej krawędzi – np. na Swanwicka, Sheparda i Strossa ze zdjęcia). Dla mnie to zwykłe niedbalstwo, niczym nieuzasadnione.

      ad.3. Tyle że to wszystko to właśnie jedna seria wydawnicza, co chwila zmieniająca wygląd. Tak samo wygląda w Albatrosie sprawa Kinga (kiedyś był większy, teraz jest mniejszy, choć design okładek został taki sam), Folletta (zmienili format książek w trakcie wydawania trylogii! szlag mnie trafił, oczywiście miałam już pierwszy tom, a teraz zgodnie z odpowiedziami wydawnictwa mam go sobie kupić drugi raz, jeśli ma pasować do drugiego i trzeciego). Rebis trochę podobnie robi z Salamandrą, niektóre książki są w miękkich oprawach, inne w twardych (nieliczne były w takich i w takich), niektóre nagle z obwolutą – ale dlaczego, skoro to niby jedna seria wydawnicza?

      ad.5. Tyle że to rozbicie na tomy wychodzi przecież drożej, więc nie rozumiem, czemu ktoś miałby nie dać 60 zł, bo woli dać dwa razy 35-45 (jeden tom Rothfussa ma okładkowo cenę 45 zł, Eragona nie sprawdzę, bo się wyprzedał)? Te strony też mnie nie przekonują, mam na półce „Mgły Avalonu” – stron 1352, format wcale nie jakiś ogromny (tzn. nie jak Ziemiomorze, tylko np. jak książki Powergraphu), nic im nie dolega, cena okładkowa 62 zł (w Arosie po 37 zł!). Czyli jak się chce, to się da.

    • Moreni

      ad.2. Też zauważyłam te wysokości napisów od sasa do lasa, ale przyznam, że niespecjalnie mi przeszkadzają. Za to raz dawanie na górze tytułu, a raz autora już owszem, ale to chyba ostatnio się nie zdarza.

      ad. 3. A to zwracam honor.:) I nie tylko Rebis z Salamandrą (szczerze mówiąc, po twrdookładkowej Salamandrze w ogóle nie widać, że to Salamandra. Może właśnie o to chodzi, żeby pewnych tytułów nie wiązać za mocno wizualnie z serią, ale żeby w niej były, bo większość książek autora już jest?), Czarne swoją serię reportaży też wydaje raz w twardych, a raz w miękkich okładkach (i chyba w różnym formacie, ale głowy nie dam), czego już kompletnie nie rozumiem, bo logo serii zawsze jest mocno widoczne (więc argument, którego użyłam w odniesieniu do Rebisu odpada), a i grubość nie ma znaczenia (bo dla solidności wydania można by grubsze książki dawać „na twardo”, ale tak nie jest)…

      ad. 5. Ale zauważ, że „Mgły Avalonu” miały twardą oprawę (było też wydanie w miękkiej w latach 90tych chyba, ale literki ma tak małe, że dla mnie jednak dyskwalifikujące przy kupnie. No i po kilku czytaniach grzbiet pewnie zwinąłby się w rogalik – widziałam to na przykładzie „Bastionu” Kinga). A co to by było, gdyby Rebis wydał pierwszy tom Rothfussa w miękkiej, a drugi w twardej oprawie? Też kupa ludzi byłaby niezadowolona. Nie twierdzę, że rozbijanie na częśći to rozwiązanie idealne, chcę tylko powiedzieć, że akceptowalne w niektórych przypadkach.

  • bookfa

    Wkurza mnie tytuł i autor na grzbiecie pisane raz z góry na dól a raz odwrotnie. kiedy szukam czegoś na półce dostaję oczopląsu. Irytuje mnie też, że wydanie, które cały cywilizowany świat klasyfikuje jako pocket, w Polsce jest po prostu „wydaniem w miękkiej oprawie” i kosztuje dwa razy tyle co klasyczny pocket za granicą. Doszliśmy do cenowego absurdu.

    • Moreni

      Hm, tej uwagi o wydaniach pocket trochę nie rozumiem. Przecież i w Polsce rozróżnia się wydanie w miękkiej oprawie (mające ok. 20cm wysokości) od wydań kieszonkowych, o połowę mniejszych i o połowę tańszych. Chyba, ze istnieje jakieś wydawnictwo liczące sobie trzy dyszki za ksiązeczki ok. 10 centymetrowej wysokości i z maluteńkim, ciaśniutki upchanym tekstem?

  • Co do Uczty wyobraźni – jeszcze te opisy na tylnej części okładki, kapitaliki! :/

    Piąty punkt – przez takie praktyki przestałem w ogóle kupować książki Fabryki Słów. Taki Malowany człowiek… Nikt mnie nie przekona że to objętość jest winna podziałowi (oni tak twierdzą). Dla mnie to po prostu bezczelne dojenie czytelnika. Działanie na krótką metę, stracili na pewno sporo czytelników (no może nie czytelników a klientów…).

    W Albatrosie okładki robi chyba ich szef, raz sie przyglądałem spinie do jakiej doszło na ich fanpage. Jeden z ich czytelników żalił sie na tragiczne okładki książek Kinga (i słusznie, bo to masakra jest), na szybko zrobił nawet swoje wersje paru ich nowych tytułów (dużo lepsze choć wymagające dopracowania). Oczywiście panu Andrzejowi sie to bardzo nie spodobało :) Ba, nawet się obraził i powiedział, że nie będzie już odpowiadał czytelnikom na fanpagu. Ot, taka ciekawostka :D
    Dlatego dla mnie jak King to tylko Prószyński lub ebooki. A co do Prószyńskiego: przez wiele lat odwrócony grzbiet robili, ale przynajmniej spójne te ich wydania są (i sie nie łamią).

    • Z Kinga Albatrosu mam tylko Mroczną Wieżę (tę w boksach, spodobały mi się), a do tego TO i Bastion, jak King jeszcze wychodził w takim większym formacie (wydania z 2011 roku). Teraz wydają go w mniejszym, więc chociaż wcześniej rozważałam jeszcze jakieś tytuły, to ostatecznie nie kupię, skoro nie będą mi do tych już posiadanych pasować (a za chwilę Albatros pewnie znów zmieni zdanie).

    • Eh te „To” i „Bastion” :[ Za skóre mi zaszli tym. Jedną mam w nowym wydaniu a drugą z 2011. Ta z 2011 jest dużo lepsza. Lepszy papier, lepsza okładka (czarny grzbiet a nie biały!), większy format…
      Tragiczna jest tak zwana seria „z kropką”, albo pierwsze wydanie „Wilków z Calla”, bo ma zdjęcie z jakiegoś photo-stocka które zostało wykorzystane w co najmniej paru innych książkach… o tym że nie pasuje do treści nie wspomnę… ;) (to zresztą im sie często zdarza).

      Jak widzę projekty okładek to tak sobie czasem myślę: czy naprawdę szefom danego wydawnictwa żal zapłacić jakiemuś studentowi lub początkującemu freelancerowi te 500 zł za przyzwoity projekt? Jeśli sami zrobić nie umieją…

      Ale warto też wspomnieć o fajnych projektach: niektóre z Fabryki Słów (często efekciarsko i czasem kiczowato, ale zawsze profesjonalnie i pasują do książek – no, z wyjątkami ;) nie trawię koncepcji „samotna postać na białym tle”).

    • Z Fabryki podoba mi się to nowe wydanie „Pana Lodowego Ogrodu”, ale jakoś tak stwierdziłam, że poczekam jednak na twardą oprawę, bo ta zintegrowana nie do końca mnie przekonuje (głównie tym, że kosztuje tyle, co twarda, a w sumie jest miękka :D).

    • Nikt nie powinien robić okładki za 500 zł, to psucie rynku.

    • Z jednej strony trudno mi się nie zgodzić, z drugiej – sama wiem, jak bardzo psuję rynek (sektor niby inny, ale zależności i skutki podobne) i jak bardzo nie mam innego wyboru. Aktualnie w wielu zawodach jest takie nasycenie rynku, że to niestety wybór ‚robisz za 500 zł albo pięciu innych chętnie weźmie’, a gdzieś też trzeba zbierać doświadczenie, żeby móc w przyszłości dyktować warunki…

    • Jak najbardziej rozumiem. Problem w tym, że to błędne koło, bo kiedy już dorobisz się pozycji pozwalającej dyktować warunki, potencjalny pracodawca powie „dziękujemy pani, ale mamy kogoś, kto nam to zrobi za 500 zł”.

    • Jasne, że psucie, ale co zrobić? Student najczęściej nie musi zapłacić rachunków i chętnie dorobi te 500 zł na piwo i nie jeden zleceniodawca to wie. Co gorsza, jest szansa że projekt będzie lepszy od tworów z Albatrosa.

      Okładka… wścieknąć to sie można jak zleceniodawca mówi że za 500 zł to on może mieć u jakiegoś studenta strone na WordPress… :/

  • 1. Niestety z pierwszej ręki wiem, że twórcy okładek najczęściej nie czytają książki przed narysowaniem/posklejaniem grafiki, która będzie ją zdobić (albo i „zdobić”). Wystarcza mi rozszerzony blurb i ewentualnie jakiś fragment.

    2. Ludzie z MAGa niby wzięli do siebie narzekania czytelników i od pewnego czasu zwracają na te nieszczęsne grzbiety książek z UW uwagę, ale tego, co stoi na półce już naprawić nie sposób. Ale pal licho grzbiety, mnie się nie podoba większość tych tanio wyglądających ilustracji okładkowych, nieprzystających do „kolekcjonerskości” serii (chlubne wyjątki stanowią „Opowieści sieroty”, książki McDonalda i jeszcze pewnie kilka, ale niewiele).

    3. Nie ogarniam, jak można w ogóle wpaść na tak antylogiczny pomysł :P

    4. Z tym się akurat spotykam rzadko. Może dlatego, że jeśli w ogóle czytam starsze pozycje, to na czytniku (świetne rozwiązanie tego problemu, polecam :P). Choć drażni mnie układ tekstu na stronach… cóż, znów w UW :P A ten przykład na zdjęciu wygląda tak, jakby ktoś to na maszynie pisał, literka po literce :D

    5. Logiczne – po co czytelnik ma płacić raz, skoro może to zrobić kilkukrotnie? :D Oj, wkurza, bardzo wkurza.

    Ciężko w tym okrutnym świecie być estetą, nieprawdaż? :P

    • Oj ciężko, ciężko. I jeszcze jak się gdzieś odezwiesz, to co chwila wyskakuje internetowy mędrzec z formułką „ale to treść się liczy!”, tak jakby to jakieś wykluczające się opcje były.

  • Właściwie już wszystko zostało powiedziane, beznadziejne i żenujące okładki (mało graficznych, dużo dosłownych, ze zdjęciem to grzech główny jeśli chodzi i stronę czysto wizualną. Jezebel napisała, że graficy nie czytają książek przed opracowaniem okładki i to jest prawda. Redakcja wielokrotnie już pytała mnie w trakcie tłumaczenia, czy mogłabym „opisać głównych bohaterów”. Do tego blurb z okładki i gotowe. Ilustrator rzucony na głęboką wodę tworzy dzieła uniwersalne, pasujące do co drugiej książki i w efekcie do żadnej.

    Typografia: tak, tak i jeszcze raz tak! Czuję się zmęczona na sam widok nabździanych maczkiem sznureczków, nie mam ochoty tego rozszyfrowywać, powiem więcej, wysiadają mi przy tym oczy. To prawda, że w czytniku można to sobie regulować i to jeden z plusów czytania e-booków. Mam jednak całą masę starszej literatury, niedostępnej w wersji elektronicznej, na zżółconym papierze, z naćkanym tekstem. I przyznam, że mimowolnie odwlekam lekturę takich książek. Coraz częściej wybieram oczny komfort.

    Samowolne dzielenie całości dzieła jest praktyką niemalże kryminalną i kompletenie dla mnie niezrozumiałą, dowodzącą krótkowzroczności wydawnictw. To nie jest tak, że da się czytelnika wycyckać dwa razy. Czytelnik rozeźlony odwróci się w końcu od wydawnictwa i poszuka alternatyw. Vide: mój ostatni nabytek. Chciałam czekać na polskie wydanie książki „Golem i dżinn”, widząc w zapowiedziach Fabryki rachityczny ogryzek, kupiłam wydanie niemieckie.

    Co mnie jeszcze wkurza? Ciężar. Rozumiem, że książka w twardej oprawie waży więcej niż broszurowa. Ale są wydania w miękkich okładkach wydrukowane na tak ciężkim papierze, że dzieło takie waży niejednokrotnie więcej niż w twardej. Nie powiem, ile razy taki kloc spadł mi na twarz podczas czytania na wznak…

    Temat jakości tłumaczeń, rozumiem, jest długi i szeroki jak Wołga, i chyba nie tu jego miejsce. Ale jest, i jest wkurzający.

    • O, masz rację z tym papierem. Dukaja drukują na takim dość lekkim papierze, dzięki czemu grubaśny „Lód” jest lżejszy niż niektóre cieńsze od niego książki.

      O tłumaczeniach postaram się kiedyś napisać coś oddzielnego, ale pozbieram jeszcze trochę doświadczeń. Ogółem to trudna sprawa, co widzę zresztą po sobie – z jednej strony chcą samych doświadczonych, co jest dobre dla książek, z drugiej świeżaki, jak ja, też chcą dostać szansę na pracę w zawodzie, a równocześnie się czegoś nauczyć, do czego trzeba praktyki, a z trzeciej wszyscy tylko patrzą, jak ciąć koszty i tłumaczenia, i korekty, i redakcji. I teraz bądź tu mądry i wybierz, jak z tego wybrnąć…

    • Temat tłumaczeń zasługuje na osobne rozpatrzenie, ba, całego bloga można by o przekładach prowadzić i nigdy nie zabrakłoby wątków… I to nie jest tak, że rynek dzieli się na tłumaczy z doświadczeniem i tłumaczy bez, tylko na tłumaczy, który wiedzą, o co chodzi w przekładzie i tych, którzy nigdy nie powinni parać się tym zajęciem. Wiadomo, że każdy kiedyś zaczynał i ja sama jestem wdzięczna ludziom, którzy nie tylko dali mi szansę, ale i zaufali na tyle, by powierzyć mi niełatwe zadanie. Doświadczenia zbiera się tylko tłumacząc. Optymalnie jest tak, kiedy początkujący tłumacz ściśle współpracuje z dobrym i doświadczonym redaktorem – można się od takiego naprawdę sporo nauczyć. Są osoby obdarzone wrodzonym talentem, są też tacy, który myślą, że skoro znają język (nawet na świetnym poziomie), to automatycznie mogą tłumaczyć, a to nie jest tożsame.
      Smutne jest tylko to, że nawet ludzie z branży, którzy właściwie powinni wiedzieć, w czym rzecz, nie przywiązują wagi do jakości przekładu…
      A rynek jest, jaki jest: pełen młodych wilczków, desperatów, ignorantów, ale i tłumaczy dobrych, choć z niedużym doświadczeniem, bo nie potrafili się przebić. Zaś klucza, według którego rozdziela się tłumaczenia w wydawnictwach, nie sposób zrozumieć…

    • O zaangażowanych redaktorów też niestety niełatwo. Miałam szczęście trafić na jednego, który wziął mnie ‚z ulicy’, na podstawie próbek, świeżo po studiach, już sześć książek dla niego przetłumaczyłam. Ogółem wydawnictwo bardzo profesjonalne, masa korektorów i wieloetapowego, wnikliwego przygotowywania tekstu do druku. Ale miałam też wysłane 50 maili do wydawnictw, na które nawet nikt nie raczył odpowiedzieć i sprawdzić, czy w ogóle do czegokolwiek się nadaję. Jak również miałam kontakt z tymi, którzy do przekładu i korekty uwagi nie przywiązują wcale, właściwie to jest im wszystko jedno, kto i jak to zrobi, może być tłumacz, może być osoba, która ‚zna angielski’, i tak wszyscy dostaną grosze.
      Może za kilkadziesiąt lat uzbiera mi się materiału na książkę na ten temat. ;)

    • Tak, dobry redaktor to skarb. Zdarzało mi się współpracować ze świetnymi fachowcami, z którymi można było podyskutować i którzy byli niesłychanie kompetentni. Ale bywa, że nie dostaję od redaktora nawet jednego maila, choćby z najmniejszym zapytaniem…
      A już kwestia komunikowania się z wydawnictwami, zwłaszcza kiedy się czegoś od nich chce (w ich oczach, bo przecież propozycja współpracy jest obopólną korzyścią), to osobny temat. Najczęstsza odpowiedź to zero odpowiedzi. Zero reakcji, jakby nie było nigdy zapytania. Wrrrr…