TOP 5: Co mnie wkurza na blogach książkowych

By | 28 grudnia 2013

Pora na mocne uderzenie. Hejt dotyczący kultury może budzić emocje i kontrowersje, dziś spróbujmy jednak pójść o krok dalej i przyjrzeć się środowisku, które w jakimś stopniu wszystkich nas dotyczy ― nie tylko twórców blogów, lecz także ich komentatorów i czytelników, nawet jeśli sami nie blogują. Spojrzałam więc na książkowe blogi (w tym oczywiście i na własny) krytycznym okiem, by stwierdzić, co mnie w nich najbardziej denerwuje.

TOP 5: Co mnie wkurza na blogach książkowych

top5-2.1

1. Przepraszam, czy tu recenzują?
Szukacie na blogu recenzji czy choć krótkiej opinii o ostatnio przeczytanej książce, a tu atakuje was wszystko, byle nie treść: kolejne zdjęcia stosików, najlepiej minimum raz w tygodniu (jakby ktoś wierzył autorowi czy autorce, że przeczyta te 20-30 tomów do czasu publikacji kolejnej fotki w kolejnym tygodniu), konkursiki (obowiązkowo z banerkami, które potem inni muszą u siebie zamieszczać, dzięki czemu każdy blog wygląda jak choinka ― patrz punkt 4.), od czasu do czasu jakieś zdjęcie kota czy chomika, a na święta pierogi i choinki. Sami blogerzy nie do końca ponoszą winę za ten stan rzeczy ― czasem nawet rozumiem ich postawę, wystarczy bowiem szybkie porównanie tego, ile komentarzy zbierają wpisy „o niczym”, a ile te treściwe, których przygotowanie z pewnością kosztowało autora więcej czasu i wysiłku. Może więc lepiej cyknąć kolejne zdjęcie albo napisać o tym, co mnie wkurza, by przyciągnąć więcej zainteresowanych, niż dumać nad sensem pięćsetstronicowej powieści? To kusi, przyznaję, mnie też (chyba żadnego mojego tekstu nie przeczytało tyle osób, ile obejrzało zdjęcia mojej biblioteczki). Na razie staram się patrzeć na to z przymrużeniem oka, ale czy taka właśnie przyszłość czeka wszystkie blogi kulturalne pragnące popularności na poziomie tuzów blogosfery?

top5-2.2

2. Bo to genialna książka była
Im więcej opisanych książek, tym więcej zainteresowanych czytelników ― to dość logiczne, liczniejsze grono odbiorców ma wówczas szansę znaleźć coś dla siebie. Rekordem, na jaki trafiłam kiedyś w odmętach internetu, były regularnie pojawiające się co drugi dzień recenzje pięciu książek, składające się niemalże w całości z napisanej nieco innymi słowami noty z tylnej okładki, a do tego krótkiego zdania w stylu „Genialne, polecam!!!”. Logika podpowiada, że lektura takich nic niewnoszących „recek” mało komu wydawałaby się przyjemna i niosąca ze sobą cenne informacje ― ale gdzie tam! Blog popularnością bił na głowę wszystkie blogi literackie, które sama czytuję regularnie. Tak, Wasze też. Staramy się, nierzadko poświęcamy dużo czasu na wnikliwą lekturę, a potem przelanie naszych myśli na papier ― tylko po to, by gros czytelników i tak ominął nasze teksty ze wzruszeniem ramion i powędrował tam, gdzie każda książka jest „genialna”, a recenzja składa się z opisu fabuły. Bo te nasze to są za długie. Albo czasem trafi się mądre słowo, które trzeba by sprawdzić w słowniku, a komu by się chciało. No i po co, skoro można sięgnąć po opinię będącą odpowiednikiem fast foodu, i to nawet nie takiego serwowanego w McDonald’s, a w jakiejś podejrzanej budzie, gdzie wszystko ma smak gołębia. I czy to nie wkurza?

top5-2.3

3. Ta ostatnia korekta
Wydawałoby się, że w dobie wszechobecnej autokorekty ― w edytorach tekstów, w przeglądarkach ― większość błędów odejdzie do lamusa. W pewnym sensie jest to prawda i trudno natrafić na blog z „rzabą” czy „żeką”. Problem w tym, że obecność autokorekty rozleniwia część piszących do tego stopnia, że ucieszeni brakiem owej „rzaby” nie szukają już żadnych innych omyłek w swoich tekstach. Oczywiście, nikt z nas nie jest profesorem Miodkiem, każdy czegoś nie wie, każdy coś przeoczy. Gorzej, gdy osoby piszące o literaturze ― czyli z założenia ten oczytany kwiat polskiej blogosfery ― popełniają wpadki na poziomie gimnazjalistów, mają absolutnie zerowe pojęcie o interpunkcji lub w jednym zdaniu trzykrotnie umieszczają słowo „książka”, jak gdyby synonimy były iście szatańskim wymysłem. Zdaję sobie sprawę z tego, że trudniej wykrywać błędy we własnych tekstach ― wystarczy więc umowa z ulubionym blogerem i wzajemne czytanie swoich wpisów przed publikacją. Wreszcie, aby unikać pewnych najczęstszych wpadek, nie potrzeba wcale ślęczeć nad tomiszczami słowników czy nudnymi, rozwlekłymi publikacjami językoznawców. Taką wiedzę można w tej chwili zdobywać całkowicie nieinwazyjnie, choćby polubiając odpowiedni profil na Facebooku, który kilka razy dziennie zaprezentuje rzucającą się w oczy grafikę z przekreślonym „wziąść”. Mogłabym pewnie wymyślić jeszcze kilka innych porad ― tylko po co, skoro ci, których to dotyczy, pewnie i tak tego nie przeczytają i nie wezmą sobie do serca.

top5-2.4

4. Kolorowe kredki w pudełeczku noszę
Jak słusznie zauważają najpopularniejsi blogerzy, blogi są brzydkie. W internecie jest tak mało ładnych blogów, że z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że Twój i mój też są brzydkie, jeśli zestawić je z najurodziwszymi stronami. Oczywiście trudno oczekiwać od każdego piszącego, by znał się na designie, a od niszowego blogera z garstką czytelników, by już na wstępie inwestował w drogie szablony. Również nie spełniam ani pierwszego, ani drugiego kryterium. Miło jednak, kiedy widać, że bloger przynajmniej się stara, by jego strona nie wyglądała jak kolorowanka nadpobudliwego przedszkolaka ― tu jakieś ogromne logo, które przewija się w nieskończoność, do tego jeszcze większe zdjęcie, masa pierdółek, w które i tak nikt nie klika, wychodzące poza kolumny kolorowe banerki wszelkich możliwych rozmiarów, reklamy konkursików i wyzwań, najczęściej brzydkie jak noc, pstrokate, niepasujące ani do siebie nawzajem, ani do całościowego wyglądu bloga. Efektu choinki dopełnia fatalna typografia i fonty z różnych parafii, często te o wyjątkowo kiepskiej czytelności. Dobrze, że przynajmniej migające gify zostały już tylko na nielicznych onetowych blogaskach.

top5-2.5

5. Pojawiam się i znikam
Macie grupkę swoich ulubionych blogerów, czytacie każdy ich wpis, często komentujecie, na blogu czujecie się wyjątkowo dobrze. Aż tu nagle autor bądź autorka z dnia na dzień postanawiają zniknąć. Nie, nie tylko przestają pisać ― automatycznie zapadają się pod ziemię, jakby obrazili się na internety całego świata. Nie dość, że najczęściej próżno można wypatrywać jakichś ostrzeżeń czy pożegnań (nagły roczny wyjazd na Antarktydę pewnie każdy by zrozumiał i usprawiedliwił, ale jawna niechęć poświęcenia kilku minut osobom, które bloga lubiły i wspierały długi czas, już trochę boli), to dodatkowo delikwent całkowicie rezygnuje ze swojego internetowego życia. Przestaje blogować? U siebie też już go nie zobaczycie, co automatycznie prowadzi do wniosku, że dotychczas wchodził z wami w dyskusję jedynie po to, byście złożyli mu rewizytę i napisali coś u niego ― bo chyba trudno uwierzyć w to, by z dnia na dzień przestał mieć cokolwiek do powiedzenia na temat swej dotychczasowej pasji albo przeciął w domu wszystkie kable sieciowe? Co ciekawe, im krócej i mniej intensywnie blog żyje, tym większa szansa, że nagle i niespodziewanie wyparuje ― można być więc względnie spokojnym o losy ulubionych blogerów piszących już od kilku lat. Prędzej bez pożegnania odejdą od Was ci, którzy dopiero zaczęli. A co z tymi, którzy jednak po jakimś czasie wracają? Z obserwacji wnoszę, że prędzej czy później znikną znowu, nie przywiązujcie się więc do nich dla własnego dobra. Blogerzy bywają okrutni!

A co Ciebie wkurza?

  • Harashiken

    Przepraszam za moje stosiki i moje nagłe zniknięcie :(

    • Nie stękaj, tylko wracaj do pisania! ^^ Pewnie nie tylko ja bym się ucieszyła. :)

    • harashiken

      Tak może jeszcze z 2-3 inne osoby też, ale co poradzę, że ostatnio ani pisanie ani czytanie mi nie idzie? Odkładam to ciągle na później, weny nie ma i tak zlatuje dzień za dniem, może jakieś noworoczne postanowienia czy coś, zobaczymy, ale nic nie obiecuje.

      Btw. Gravatar wcześniej u Ciebie działał, czemu teraz nie praży?

    • Działa, jeśli się zalogujesz do Disqus, wtedy pobiera on avatar z Gravatara. W przypadku niezalogowanych niestety tego nie robi.

    • Harashiken

      Utrudniasz jak zwykle ^^

  • Świetny tekst. I widzę siebie taka migającą sobie z blogiem (blogami) i piszącą wciąż od nowa… Na usprawiedliwienie mam miasto fabryk i magazynów z bardzo romantyczną Dębową Doliną i mało romantyczna pracą w magazynie…
    Blogi książkowe czasami mnie przerażają – czytam tylko kilka, czasami szukając czegoś nowego albo trafiając tam przypadkiem. Zapomniałaś jeszcze o punkcie „Same nowości i wszędzie to samo” ;)

    Z innej beczki, o tych powrotach, to z Arieen reaktywowałyśmy BookHunters (nie wiem czy miałaś okazję widzieć)

    • Nie wiedziałam, ale już Was znalazłam i dodałam do śledzonych. :) Powodzenia i wytrwałości po powrocie!

    • Dziękujemy bardzo i zapraszamy po więcej ;)

  • Agata

    Ptk. 1 i 3 czuję się winna! :) Przyznaję się do stosików, to moja zmora, targam książki z biblioteki, a później 1/3 oddaję nieprzeczytaną. Mam nadzieję, że rozprawię się z tym wkrótce. Do punktu 3 też się przyznaję. Choć czytam swoje teksty kilka raz to i tak czasami pewne zwroty brzmią tak, że tylko zębami zgrzytać (mam też straszny problem z przecinkami). Mnie również irytuje znikanie bez słowa.raz się zdarzyło tak, że blogerka, którą regularnie odwiedzałam zniknęła bez słowa i było to bardzo przykre.

    • Ja się strasznie broniłam przed stosami, ale ostatnio doszłam do wniosku, że duże ilości książek mimo wszystko ładnie wyglądają, więc przynajmniej na fanpage’u będę je pewnie od czasu do czasu pokazywać. ;)
      A błędy potrafią się paskudnie ukryć, nie mam pojęcia, jak one to robią. Zdarzyło mi się już czytać jakiś swój wpis pół roku po publikacji i poprawiać w nim coś, czego nigdy wcześniej nie zauważyłam. :D

    • Agata

      Fajnie wyglądają te stosy, jakoś lubię je układać, bo przynajmniej wiem co muszę przeczytać i oddać :P
      Ja jak czytam swoje teksty sprzed kilku miesięcy, to czasem mam ochotę jakiś skasować, nie mówiąc już o tym, że zdarza mi się zmienić zdanie o książce lub filmie :)

  • Bacha85

    Heh :) Fajny taki kulturalny flejm :D

    Punkt 4 szalenie mnie irytuje, Jakieś kosmiczne czcionki, dziwaczne tła i wielość wszystkiego, co sprawia, że blog jest zupełnie niejasny. Brrr! Mój niedawno przeszedł totalną graficzną metamorfozę, ale podobnie, jak poprzednio staram się pilnować, by kolorów nie było zbyt wiele i nie gryzły się zbytnio. Banerków unikam, jak tylko mogę, mam ewentualnie zakładkę konkursową, gdzie wrzucam linki, gdy biorę udział w jakichś konkursach.

    Punktu 1 jestem winna i to w całej okazałości, choć moje stosiki, są w nieco innym gatunku, zdobyczne- ot prezentacja, tego jakie tytuły pojawiły się w rodzinnej biblioteczce. (Próbowałam, by działały, jak wyrzuty sumienia, że kupuję zbyt wiele książek, ale poległam…). Cóż ja po prostu lubię moje książki ;) Po za tym lubię urozmaicenie na blogach :D

    Punkt 3 to też bolączka, staram się zawsze z kilka razy przeczytać post przed wrzuceniem, ale i tak często coś przeoczę.

    A co mnie wkurza?

    Podkłady muzyczne na blogu, niby rozumiem, że mają budować klimat, ale nieodmiennie mnie irytują!
    I nawiązując do punktu 2- recenzje, będące głównie streszczeniem książki, ja rozumiem, że trzeba jakoś odnieść się do fabuły, ale często spotkałam długie recenzje, w których raptem pierwszy i ostatni akapit, był czym innym niż streszczeniem- chyba nie o to chodzi?
    Bałagan, taki nieco inaczej pojęty niż w punkcie 4. Chodzi mi o sytuację, gdy kojarzę, że na jakimś blogu widziałam fajną recenzję, ale nie zdążyłam jej przeczytać i próbuję ją odnaleźć, a tu problem, bo brakuje jakiegokolwiek prostego odwołania, jakiegoś spisu treści, odnośnika, czego gdzie szukać. Często tak jest z konkursami, gdzie zostawiam sobie jakiś na później, bo weny brak, a potem go znaleźć nie mogę, nie przewijając kilku (nastu?) „starszych postów”.

    • O, podkłady faktycznie są straszne. A do tego filmy, które włączają się same i nagle któraś zakładka (tylko która z np. 20?) zaczyna mi sama grać…
      Nawigacja też często kuleje, racja. Czasami to wina niefunkcjonalnego designu/szablonu, a czasami jakiś taki wewnętrzny chaos i np. brak intuicyjnych tagów czy kategorii i trudno dokopać się do innych postów.

  • Arieen

    1. Hmm, możliwe, że blogerzy po prostu dostosowują się do publiczności. Podobno są takie dziwne osóbki, które nie dość, że wzdrygają się przed przeczytaniem tekstu dłuższego niż na dwa akapity, to jeszcze uważają to za powód do dumy ( i wpisują w komentarzach tl:dr, abyś czasem nie przegapił ich obecności na twoim blogu – nie wiem czy się z tym zetknęłaś u siebie?). Nie zrozumiem chyba nigdy sensu fotografowania stosików i robienia z tego osobnego wpisu. Wiadomo, że – szczególnie osobie pracującej, mającej ledwo kilka godzin na dobę faktycznie dla siebie – trudno jest regularnie czytać 3-4 książki tygodniowo i z każdej napisać odpowiedniej długości sprawozdanie. Ale myślę, że można się podeprzeć ciekawszym contentem, podlinkować czasem do jakiegoś ciekawego filmiku, strony, przydatnego narzędzia, czegoś co może zainspirować w jakimś stopniu czytelników. Nawet jakiś wybór literackich newsów zaprezentować. Ale skoro czytelnikom nie przeszkadza, że bloger idzie na łatwiznę, a co więcej premiują takie zachowanie tym, że komentują więcej, to czemu się tu dziwić? Nie ma co ukrywać, każdy kto coś tworzy, chce widzieć jakieś zainteresowanie swoją pracą, znać opinie publiki – na dłuższą metę to może być dołujące, gdy wpisy, o których wiesz, że są dobre i wnoszą coś nowego, w które włożyłeś najwięcej pracy, to jednocześnie te, które cieszą się najmniejszym zainteresowaniem odbiorców.

    2. Może po prostu autorzy blogów tego typu czują nieodpartą pokusę, aby wrzucać jak najwięcej wpisów i opisywać jak najwięcej książek – a że realnie nie mają czasu, aby się z nimi wszystkimi zapoznać i podjąć krytyczną analizę, to zadowalają się krótkimi pseudo recenzami i bezpiecznie polecają wszystko jak leci (szczególnie, jeśli stosiki rosną przede wszystkim dzięki hojności wydawców, wszak nie wypada być niewdzięcznym i krytykować). Prawdopodobnie czytelnicy, skoro wystarcza im taka recenzja, wcale po te książki nie sięgną, więc mała szansa, że ktoś się połapie, iż blogerzy nie mają zielonego pojęcia o ich treści. Przypomina mi się taka zabawna książeczka, którą czytałam jakiś czas temu, zatytułowana bodajże „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?”. Zdaje się, że to mogłaby być ulubiona lektura niektórych internetowych recenzentów ;).

    3.To dość drażliwy temat, bo nawet profesjonalnym korektorom zdarza się przepuścić pomniejsze błędy,a niekiedy nawet duże byki. A im ktoś płaci, żeby takowych w tekście nie było. Faktycznie warto, aby każdy bloger miał kogoś, kto zerknie na tekst przed publikacją i spróbuje wyłapać błędy stylistyczne, ortograficzne, nawet interpunkcyjne. Ale też nie ma co odgrywać gramatycznego nazistę jak się jakiś mniej oczywisty błąd w tekst wkradnie i robić z tego afery (nie mówię o tobie, ale zaskakująco wiele osób wynajdując malutki błąd, czy literówkę znajduje w tym powód do sprowadzenia autora tekstu/postu/komentarza na ziemię i uświadomienia mu, że po polsku to on pisać nie potrafi, a tak w ogóle to straszny z niego analfabeta). Co innego oczywiście, gdy autor bloga w nosie ma jakąkolwiek korektę i co napiszę, to od razu publikuje, nie poświęcając nawet 5 minut na ponownie przejrzenie swego tekstu.

    • Niewiele mogę dodać, dotarłam właściwie do takich samych wniosków. Nikt mi nigdy nie napisał „tl:dr”, ale to dlatego, że mnie bardzo mało osób czyta, a te, które czytają, wolą na całe szczęście inny typ bloga i nie boją się długich tekstów.
      Dodam tylko, że też mi się zdarza rozmawiać o książkach, których nie czytałam, tyle że raczej na żywo. Ba, czasem nawet mam na ich temat jakąś opinię (choć zazwyczaj to uzasadnienie „dlaczego nie zamierzam jej przeczytać” albo „dlaczego zamierzam”). Aż mnie zaciekawiło, co może być w takim poradniku, może kiedyś z ciekawości zerknę. ;)

    • Arieen

      Polecam ;). To taki poradnik, nie poradnik, raczej troszkę bardziej satyra ;], choć niektóre rady są jak najbardziej do zastosowania.

  • MistrzuWszechświata

    Wszystko fajnie, ale akuraz jedzenie w podejrzanych budach jest zwykle najlepsze :)

  • Moreni

    No, doczekałam się bardziej interesującego hejtu.;)

    1. Winna! Co prawda z choroby stosikowej już raczej wyzdrowiałam (ten jeden miesięcznie zamieszczam raczej z kronikarskiego obowiązku, ale już nie lecę z aparatem do każdej kupionejwypożyczonej książki, żeby natychmiast wrzucić fotkę na blogaska), ale ostatnio recenzji na moim blogu dużo mniej. Z jednej strony to kwestia braku czasu, bo praca i inne pasje też się go domagają, ale z drugiej… jakoś tak coraz trudniej mi znaleźć książkę, na temat której miałabym do powiedzenia coś sensownego… A i moje teksty wydają mi się coraz bardziej suche i nic nie wnoszące.

    2. To mnie akurat wkurza, ale po prostu na takie strony nie zaglądam. Za to coraz trudniej znaleźć mi blog, na którym byłoby coś dla mnie interesującego (ostatnim takim odkryciem była Funtastyka).

    3. Tu się tylko poskarżę na korektę Worda – bo czasem okazuje się, że człowiek czyta coś zupełnie innego niż napisał.

    4. Tu się zgodzę, ale to głównie dlatego, że lubię umiarkowanie minimalistyczne szablony (poza tym wiem, że mam absolutnie fatalny nagłówek, ale jeszcze nie wymyślałam żadnego, który by mi się w stu procentach podobał, mimo kilkunastu projektów).

    5. Ostatnio płakałam, że nie mam co czytać, bo moi ulubieni blogerzy poznikali.;) I jest to jeden z powodów, dla których nieufnie podchodzę do świeżo zakładanych blogów – człowiek się przywiąże, polubi, a tu puf! i nie ma.

    • Też się ostatnio coraz częściej łapię na tym, że bardzo nie chce mi się pisać recenzji kolejnej książki, bo to prawie ciągle to samo. ;) Tak więc podejrzewam, że będzie ich u mnie mniej, a więcej innych treści, do których mam więcej zapału (zwłaszcza do hejtowania :D).

    • Arieen (bookhunters)

      Ja miałam 2-letni detoks od recenzowania czegokolwiek – i dobrze mi to zrobiło ;). Podoba mi się u ciebie Oceansoul, że nie ograniczasz się tylko do książek, a jest trochę i o filmach i serialach – myślę, że to zdrowe dla ciebie jako autora, no bo ile można czytać i produkować tekstów na temat czytania, a i blog robi się ciekawszy ;). Dobry hejt, szczególnie jako przyczynek do dyskusji też nie jest zły. Choć wydaje mi się, że to nadużywana etykietka, kojarząca mi się raczej z czymś ala „Angelina Jolie to gruba krowa”, a nie podpartą argumentami krytyką.

    • Zgadzam się, zwłaszcza że przez ponad dwa lata pisałam właściwie tylko o książkach, aż w pewnym momencie zorientowałam się, że coraz częściej nudzi to i mnie, i czytelników. W grudniu zaczęłam eksperymentować, próbować nowych tematów, co okazało się bardzo ożywcze (choć na początku miałam pewne wątpliwości, np. czy ja w ogóle umiem pisać o filmach – ale potem doszłam do wniosku, że nawet jeśli nie w pełni, to nie ma lepszej metody nauczenia się, jak po prostu zacząć to robić i rozwijać się w trakcie).
      Pojęcie ‚hejtu’ traktuję raczej z przymrużeniem oka, z argumentów rezygnować nie planuję. To taki ‚konstruktywny hejt’ będzie. ;)

  • Michał Oleksa

    U mnie raczej dobrze. Stosiki, co 3 miesiące, częściej recenzje, z bannerków się już wyleczyłem i cały czas staram się utrzymać bloga w porządku.
    Co do bannerów, denerwuję mnie, kiedy na danym blogu znajduję się taki z konkursu, który zakończył się już z miesiąc temu, duże logo również nie daje spokoju. Mi r w oczy rzuca się też kolorystyka. Nie może być zbyt jaskrawa.
    Pozdrawiam bardzo serdecznie Michał

    • Też kojarzę takie niezdjęte, nieaktualne bannery, ale na szczęście coraz rzadziej na nie trafiam. Ale dziwię się ludziom, którzy umieszczają u siebie te paskudztwa. ;)
      Co do kolorów, to sama długie lata miałam raczej ciemne (czarne, granatowe, brązowe) i średnio czytelne blogi; musiało minąć dużo czasu, bym się wreszcie zdecydowała na jasne tło i ciemną czcionkę. Ale lepiej późno niż wcale. :)

  • Megapodius

    Niestety jestem pokazowym przykładem do punktów 2 i 3 (Jakoś ostatni większosć refleksji na temat przeczytanych ksiązek zbliża się), Najgorsze są jednak podkłady muzyczne i to, że (ogółnie) dużo recenzji tej samej książki wygląda tak samo (chodziło mi to to, że w przypadku jakiejś nowosći wszyscy mają dokładnie takie same spostrzeżenia tak samo opisane)

    • Te powtarzające się recenzje faktycznie potrafią męczyć. Bardzo rzadko czytam więcej niż dwie recenzje jednego tytułu, a bywa tak, że niektóre premiery pojawiają się po kolei na wszystkich blogach. Sama się zresztą do tego przyczyniam, ale cóż zrobić, skoro do recenzji właściwie tylko nowości przysługują.

  • Ja lubię oglądać u innych stosiki :D Albo zdjęcia regałów z książkami. Recenzji szukam raczej na lubimy-czytać niż na blogach… w blogach ciekawe jest jednostkowe podejście do książek i jakieś zaprezentowanie tego (ja na blogach szukam duszy, jakkolwiek to brzmi) – chociaż jak trafię na jakiś dłuższy fajny tekst, który np. rozbija na różne składowe książkę i analizuje to (kiedyś szukałam z uporem maniaka czegoś o Lisbeth Salander i w sumie wszędzie to samo, może o pewnych rzeczach po prostu nie da się powiedzieć jeszcze więcej – a może jednak, nie trafiłam na dość autorskie podejście :)).

  • Megapodius

    Pochwlane recenzje Katrzyny Michalak. Wystarczy za wiele punktów.

  • Mnie nie tyle denerwuje, co smuci dosyć skromna różnorodność, jeśli chodzi o recenzowane tytuły. Jak słusznie zauważono w poprzednich komentarzach, często zdarza się, że niektóre nowości są maglowane po kilkanaście razy na niemal każdym z możliwych blogów. W ogóle wśród blogerów panuje tendencja, żeby koncentrować się na powieściach nowych (pewnie to wynik faktu, że nową pozycję można otrzymać od wydawnictwa, z którym się współpracuje) – w mojej opinii cała rzesza wartościowych utworów przepada tylko dlatego, że nie doczekała się wznowień.

    • No niestety, staroci do recenzji nie dają. Sama widzę po sobie, że choć czytam też wiele innych książek, to nie mam już czasu i siły, by pisać recenzje wszystkiego, co pochłonę i co warto polecić, a siłą rzeczy jak coś przyszło od wydawnictwa, to ma pierwszeństwo. Ale coraz mocniej ograniczam teraz wszelkie egzemplarze recenzenckie, po części właśnie po to, by móc pisać też o innych książkach i czytać mniej nowości, a więcej starszych pozycji.

  • Wiem, że stary wpis, ale całkiem aktualny. Trafiłam na niego przypadkiem i muszę niestety się z tym zgodzić. Ciężko jest znaleźć ciekawy, elegancki blog, gdzie dominują recenzje napisane na poziomie. Szkoda, że ludzie prowadzą blogi po to, żeby zebrać jak najwięcej komentarzy, które niewiele wnoszą, a nie dlatego, że chcą podzielić się przeczytaną lekturą.

  • Ja raz na miesiąc wstawiam stosik, wybaczcie ci, którzy tego nie lubicie :D
    Mnie denerwują ciągłe tagi (zwykle byle jakie) i zapowiedzi, ja mam na swoim koncie jedną, ponieważ było kilka świetnych pozycji, na które czekałam już od jakiegoś czasu. W każdym razie irytuje mnie też monotonność blogów pod względem czytanych książek. Jest premiera- i już na żadnej witrynie nie znajdziesz nic innego.