TOP 5: Co mnie wkurza w tłumaczeniu tytułów filmów

By | 1 lutego 2014

Z dzisiejszym tematem pewnie każdy z nas zetknął się już wiele razy. Mimo to wciąż jest on poruszany dość regularnie i omawiany na różne sposoby. O okropnych czy głupich przekładach tytułów na polski można by mówić godzinami i wymienić ich setki, dlatego dziś postanowiłam wskazać wam, jakie zabiegi denerwują mnie szczególnie mocno. Zabiegi dystrybutorów z reguły, a nie tłumaczy, dodajmy, więc nie tyle chodzi tu o zastanawianie się, jakim cudem ktoś prostego tytułu nie zrozumiał ― bo na pewno zrozumiał ― a raczej na próbę, z reguły nieudaną, domyślenia się, dlaczego ktoś mógł pomyśleć, że właśnie na produkcję pod takim, a nie innym tytułem, widzowie pójdą chętniej. Czy aby na pewno?

 

TOP 5: Co mnie wkurza w tłumaczeniu tytułów filmów

 

1. W jakim języku jest ten tytuł?

Nie ma, ale to nie ma dla mnie niczego gorszego w tytule, niż te wszystkie paskudne próby łączenia ze sobą polskiego i angielskiego. Nie potrafię przywołać z pamięci ani jednego przykładu, kiedy takie stawanie okrakiem między zostawieniem oryginalnego tytułu a tłumaczeniem go skończyło się dobrze i nie brzmiało kuriozalnie. Proszę państwa dystrybutorów ― no albo tłumaczymy, albo nie. Albo zakładamy, że oryginalny tytuł mówi widzowi wystarczająco wiele, albo nie. Jeśli nie ― to tłumaczmy go, a nie cudujmy. Mój ulubiony przykład z tego segmentu to zdecydowanie „Captain America: The First Avenger” przetłumaczony na „Captain America: Pierwsze starcie”. O co chodziło dystrybutorowi? Nie mam pojęcia. Przecież w kinie i tak pewnie każdy prosił o bilet na „Kapitana Amerykę”, taki też tytuł przeczytamy na okładkach komiksów. Skoro jednak ktoś uznał, że to brzmienie angielskie jest bardziej rozpoznawalne dla fanów ― dlaczego równocześnie z „First Avenger” zrobił „Pierwsze starcie”? Kierując się tą logiką, to jakiś cud, że „Avengers” nie weszli na nasze ekrany pod tytułem „Starcia”. Albo „Drugie starcie”. Albo i „Ostateczne starcie”, żeby było bardziej dramatycznie. Do tej grupy zaliczam także wszystkie tytuły, które zgrabną kropką próbują oddzielić obydwie wersje językowe. I tak dostaliśmy ostatnio „Zniewolonego. 12 Years a Slave” i nieomalże ― „American Hustle. Jak się skubie w Ameryce”; na całe szczęście w tym drugim przypadku wykreślono ostatecznie ten polski dopisek, ale ktoś jednak przez chwilę myślał o tym zupełnie poważnie, skoro takie informacje przedostały się do widzów. Swoją drogą, ciekawi mnie też, co decyduje o tym, których tytułów nie tłumaczymy wcale. I ilu fanów Jamesa Bonda potrafiło poprawnie wymówić „Quantum of Solace”, kupując bilety.

„Captain America: Pierwsze starcie” „Zniewolony. 12 Years a Slave”

2. Nie może być za krótko!

Wydawałoby się, że w prostocie siła. Guzik prawda. Jeśli tytuł jest za krótki ― dystrybutor już śpieszy z pomocą i chętnie doda coś od siebie, najlepiej wyraz wyciągnięty z kapelusza. Cenne miejsce na plakacie nie może się marnować! Trzeba dopisać coś od siebie, nie może być przecież tak, że „Larry Crowne” zostaje ― my mamy „Larry Crowne ― uśmiech losu”. Nie może też zostać „Philomena”, kto na to pójdzie! Musi być „Tajemnica Filomeny”. Zaintrygowani? Jeśli tak, koniecznie idźcie też na „Tajemnicę Zielonego Królestwa”; oryginalne „Epic” na pewno było za krótkie. „The Proposal” (czyli oświadczyny) został „Narzeczonym mimo woli” (ile liter!), a „Ocean’s Eleven” zyskało dopisek „Ryzykowna gra”. Proste „Aliens” to „Obcy ― decydujące starcie” (choć jak wiemy, wcale nie było ono takie decydujące, ale kto by się tym przejmował), „Cast Away” to u nas „Cast Away ― poza światem”, a proste „Home” zostało dramatycznym „Home ― S.O.S. Ziemia!”. Tak, z tymi wszystkimi kropkami, myślnikami i wykrzyknikami, żeby lepiej do widza dotarło.

„Tajemnica Zielonego Królestwa” „Obcy ― decydujące starcie”

3. Zmiana pola skojarzeń, czyli wymyślajcie, co chcecie

Oczywiście, od czasu do czasu trafiamy na tytuł, który trudno przetłumaczyć dosłownie. Idiomy, gry słów, nawiązania ― zgodzę się, że pewnie nie jest łatwo poradzić sobie z nimi. Dlaczego jednak skojarzenia dystrybutora okazują się najczęściej chybione, a u widzów budzą jedynie uśmiech politowania, choć pewnie spece od marketingu śmiali się z własnych dowcipów? I dlaczego te skojarzenia niszczą także te tytuły, które dałoby się przetłumaczyć bardziej dosłownie? I tak zamiast „Free Birds” mamy „Skubanych” (naprawdę to kogoś rozbawiło?), zamiast „Reality Bites” ― „Orbitowanie bez cukru” (nie wiem, czy dobrowolnie poszłabym na film o tak głupim tytule), a zamiast „Fight Clubu” ― „Podziemny krąg” (długo myślałam, że to będzie film o okultystach… serio!). W marcu do kin wchodzi zaś „Witaj w klubie” ― i gdybym nie wiedziała, że to odpowiednik „Dallas Buyers Club”, to pewnie założyłabym, że to jakaś kolejna głupia komedia, a nie dramat o chorych na AIDS. Przetłumaczenie „Despicable Me” na „Jam nikczemny” również wydało się zbyt ograne ― zróbmy więc „Jak ukraść księżyc”, tak żeby przy okazji streścić widzowi fabułę filmu. Hmm, nie pasuje nam do sequela? Nazwiemy go „Minionki rozrabiają”, a co! Absurd nie zna granic!

„Podziemny krąg” „Jak ukraść księżyc”

4. To była ekranizacja?

Gdy popełni się błąd, nie warto trzymać się go za wszelką cenę (choć dystrybutor pięciu części „Szklanej pułapki” raczej by się ze mną nie zgodził…). Jeśli jednak coś nie jest najgorsze i funkcjonuje już w powszechnej świadomości ― po co to zmieniać? Skoro i tak robimy z tytułami filmów, co chcemy, czemu nie zawsze wprowadzamy je do kin pod takim samym tytułem jak książka, na której zostały oparte? To po raz kolejny prztyczek w nos dla widzów mniej zorientowanych, którzy nie spędzają masy czasu na internetowych poszukiwaniach i nie zawsze wiedzą, że mowa o tej samej fabule czy serii, tyle że pod innymi tytułami. I tak amerykańską ekranizację powieści Stiega Larssona „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” możemy obejrzeć pod tytułem „Dziewczyna z tatuażem” ― ślepo kierując się niewiernym angielskim tłumaczeniem szwedzkiego oryginału. Po co? Nie mam pojęcia, zwłaszcza że polski tytuł książki był bardzo dobrze znany (spójrzcie też na poniższy plakat i hasło „Na podstawie bestsellerowej trylogii” ― tyle że nie podali ani jej tytułu, ani autora…). Zdziwić musiały się także fanki Nicholasa Sparksa, które zamiast „Jesiennej miłości” („A Walk to Remember”) dostały ni stąd, ni z owąd „Szkołę uczuć” (choć to akurat film tak zły, że nie warto go oglądać niezależnie od tytułu). Długo nie mogłam też dojść do tego, że „Shutter Island”, czyli jako film „Wyspa tajemnic”, to ekranizacja książki Dennisa Lehane’a wydanej u nas jako „Wyspa skazańców” (tu na plakacie nikt się nawet nie zająknął o pierwowzorze). Ale kto by tam chciał ułatwiać widzom życie!

„Dziewczyna z tatuażem” „Wyspa tajemnic”

5. Miłość jest wszędzie!

Aktualnie jestem na dość wygranej pozycji, ponieważ z reguły wiem, o czym dany film będzie i jakiej tematyki dotyczy (już mnie drugi raz nikt nie nabierze na „Podziemny krąg”). Niestety, ci, którzy nowości w kinematografii nie śledzą, muszą uwierzyć dystrybutorom ― którzy często próbują za pomocą tytułu sprzedać inny film. Na przykład wszędzie wciskają słowo „miłość” czy inne wyrazy powiązane z tym uczuciem. Tak też „Eternal Sunshine of the Spotless Mind” (kojarzy się raczej z sf niż z romansem) został „Zakochanym bez pamięci” (oczami wyobraźni widzę tych wszystkich wymyślających tytuł gratulujących sobie jakże wymyślnej gry słownej…), „About Time” (film, gdzie obok wątku romantycznego mamy też podróże w czasie) został „Czasem na miłość”, „Perfect Sense” (świetny dramat sf, w którym wszyscy ludzie po kolei tracą poszczególne zmysły) to „Ostatnia miłość na Ziemi” (WTF?!), „My Blueberry Nights” to „Jagodowa miłość” (czy komuś źle brzmią „Jagodowe noce”? przecież ładnie), „Autumn in New York” to „Miłość w Nowym Jorku” (no przecież nie jesień!), a „Original Sin” (czyli, dosłownie, „Grzech pierworodny”, takie łatwe do przetłumaczenia), to oczywiście „Grzeszna miłość”. A, może jeszcze coś dla germanistów ― enigmatyczne „Keinohrhasen” (dosłownie ― „Zającebezuszu”; wyjaśnia się podczas oglądania) to oczywiście „Miłość z przedszkola” (no dobra, to akurat dosłowne oddanie treści filmu, ale czemu znowu miłość?!). Można by tak wymieniać i wymieniać…

„Zakochany bez pamięci” „Ostatnia miłość na Ziemi”

Tak notka mogłaby się kończyć. Kolejne przykłady napływały do mojej głowy falami podczas jej pisania i spokojnie zarzuciłabym Was jeszcze kilkudziesięcioma innymi. Jak na jeden raz taka dawka dziwactw chyba jednak wystarczy. Czoło boli mnie od ciągłego uderzania go grzbietem dłoni, a to najlepszy znak, że czas odetchnąć. Teraz czekam na Wasze ulubione wytwory polskich dystrybutorów, których przecież jest tyle, że można by zapełnić nimi książkę telefoniczną.

  • Bacha85

    :) jak zawsze notka daje do myślenia :) Odnośnie punktu piątego dodam jeszcze wszystkich zakochanych artystów, począwszy od Zakochanego Szekspira, później oczywiście musiała być Zakochana Jane (choć powiedzmy, że ujdzie), ale już tłumaczenie filmu Molier na Zakochamy Molier, czy Goethe, na Zakochany Goethe, to już lekkie nadużycie. Ale cóż słówko zakochany widać budzi lepsze skojarzenia :)
    Niektóre tytuły jakoś im wyjdą, ale to raczej wyjątki (np. Quills, czyli Zatrute pióro- choć tu oczywiście zabieg numer 2 :))

    • Z ‚zakochanym’ jest jeszcze „Zakochany kundel” (org. „Lady and the Tramp”) i „Zakochana złośnica” (10 Things I Hate About You), tak mi się przypomniało. :)

  • Kilka dni temu oglądaliśmy „Perfect Sense” i nie obyło się bez nie-policzę-której-już rozmowy na temat bzdurnych tytułów.
    Co do „Zakochanego bez pamięci”, historia jest jeszcze bardziej zabawna, bo dwa lata temu do kin wszedł film „Zakochana bez pamięci”, którego oryginalny tytuł chyba (bo jest po francusku) też nie ma z kreatywną interpretacją rodzimego dystrybutora nic wspólnego. A jak bardzo to jest mylące – dwa filmy nazywające się praktycznie tak samo!

    Uwaga natury technicznej – w tekstach, w których pojawia się sporo różnych tytułów, dobrze by było je jakoś uwidocznić, np. wytłuszczając :)

    • Zdarzają się też filmy nazywające się identycznie, żeby było jeszcze śmieszniej (wikipedia znajduje mi dziewięć filmów o tytule „Pułapka” na ten przykład). Choć bardziej drażniące wydają mi się właśnie takie nawiązania, często chyba mające bawić, ale koniec końców wypadające beznadziejnie, jak np. „Ja cię kocham, a ty z nim” (oryginalnie „Dan in Real Life” – no tak, znowu trzeba było wcisnąć coś o kochaniu, bo nikt by nie poszedł). Brr.

      Myślałam nad tym, tylko czy przy tak dużej liczbie tytułów nie zrobiłaby się z tego choinka…? Poeksperymentuję. :)

    • W przypadku jednosłownych tytułów jakoś łatwiej mi to przełknąć.

      Nie znam ani jednej osoby, którą „miłość” w tytule filmu by przyciągała. Ba, każdy, z kim na ten temat rozmawiałam, reaguje dokładnie odwrotnie, obawiając się kolejnej idiotycznej komedii romantycznej. Wychodzi więc na to, że dystrybutorzy bardziej cenią sobie okazjonalnych odbiorców, którzy od czasu do czasu wpadną do kina na randkę, niż kulturofili, odwiedzających kina regularnie, przynajmniej kilka razy w miesiącu.

    • Hmm, może dlatego, że na idiotyczne komedie romantyczne jest duży popyt właśnie wśród tych okazjonalnych odbiorców, zwłaszcza jak wyświetlą w walentynki. Widocznie czasem jednak takich produkcji brakuje i wtedy trzeba inne ‚ucharakteryzować’ na nie. Ostatnio mamy na przykład trend reklamowania wszystkich nowych filmów Allena jako komedii romantycznych i potem ci oszukani i niedoinformowani widzowie wypisują na filmwebie, że nie to nie taki film miał być.

  • Zielonysmok

    Filmami się raczej nie interesuję i nie śledzę nowości, ale nawet ja jak słyszę o kolejnej „Miłości jakiejśtam/kogośtam/gdzieśtam”, to mam ochotę przywalić sobie w twarz.

    • Od tego trendu gorsze są już chyba tylko nasze rodzime komedie romantyczne. Też z miłością w tytule. :)

  • Megapodius

    Jescze dodatkowym punktem powinno być zmienianie już przełumaczonych tytułow. Niedawno z jakiegoś powodu w telewizji zmieniono tytuł Exalibura na Wieki Ciemne. W kilku wypadkach jescze zdarzało się że dystrybutor wymyślał jeszcze fałszywy tytuł angielski by było bardziej zagranicznie.

    • Ach, czego ci dystrybutorzy nie wymyślą… Czekam na moment, jak tytuły angielskie będziemy tłumaczyć na inne angielskie, żeby było równocześnie i światowo, i dla naszego widza.

    • Megapodius

      Już było coś takiego z Make It Happen zrobiono Just Dance-Tylko Taniec (według danych z internetu; filmu nie znam)

    • To coś było promowane pierwszym hitem Gagi („Just dance” właśnie). Film kropka w kropkę jak „Coyote Ugly” (tłumaczenie tego też było głupie, coś z marzeniami, nie pamiętam dokładnie), tylko tutaj mamy laskę, co chce tańczyć w jakiejś szkole.
      A tak w temacie, to nie wiem z jakiego języka na jaki oni to tłumaczyli :D

    • Anna Tess Gołębiowska

      Pain & Gain – Sztanga i cash? :P

    • O jaki cudowny przykład! :D Abstrakcja wysokiego poziomu.

  • jak czytałem to czekałem na punkt „Miłość jest wszędzie!” :)))
    I moje ulubione „tłumaczenie” z ostatnich lat:
    No strings attached -> Sex Story

    • Też dobre, zwłaszcza że dodatkowo ‚z angielskiego na angielski’. :D

  • To może jeszcze kilka… :D Chyba powinnam zrobić z tego jakąś grafikę. ;)

    „Griffin and Phoenix” -> „Miłość bez końca”
    „The Story of Us” -> „Tylko miłość”
    „Two Weeks Notice” -> „Dwa tygodnie na miłość”
    „Lars and the Real Girl” -> „Miłość Larsa”
    „Failure to Launch” -> „Miłość na zamówienie”
    „One Tree Hill” -> „Pogoda na miłość”
    „How to Deal” -> „Uwierz w miłość”
    „Just Wright” -> „Wygrać miłość”
    „Laws of Attraction” -> „Pozew o miłość”
    „Last Chance Harvey” -> „Po prostu miłość”
    „Creation” -> „Darwin. Miłość i ewolucja”
    „Fast Track” -> „Stara miłość nie rdzewieje”
    „Cool As Ice” -> „Miłość w rytmie rap”
    „The Cake Eaters” -> „Trudna miłość”
    „Bounce” -> „Gra o miłość”
    „Management” -> „Hotelowa miłość”
    „Ask the Dust” -> „Pytając o miłość”
    „The Mirror Has Two Faces” -> „Miłość ma dwie twarze”
    „Till Human Voices Wake Us” -> „Miłość mojej młodości”
    „The Ramen Girl” -> „Miłość o smaku Orientu”
    „The American President” -> „Prezydent – Miłość w Białym Domu”
    „The Object Of My Affection” -> „Moja miłość”
    „Asylum” -> „Obłąkana miłość”
    „On the Line” -> „Przystanek miłość”
    „Me Without You” -> „Seks, miłość i rock ‚n’ roll”
    „Fever Pitch” -> „Miłość kibica”
    „Admission” -> „Czas na miłość”
    „Waiting to Exhale” -> „Czekając na miłość”
    „That Old Feeling” -> „Ta podstępna miłość”
    „Hush” -> „Zaborcza miłość”
    „To Gillian on Her 37th Birthday” -> „Miłość z marzeń”
    „Pelican Blood” -> „Toksyczna miłość”
    „Birdsong” -> „Wojna i miłość”
    „Fall” -> „Skok w miłość”
    „The Wings of the Dove” -> „Miłość i śmierć w Wencji” (tu dodatkowo podwójna ciekawostka, gdyż film powstał w oparciu o powieść Henry’ego Jamesa od zawsze wydawaną u nas pod wiernym tytułem „Skrzydła gołębicy”)

  • Joi

    Wiesz, akurat z tym „Obcy” to całkiem sensownie zrobili, że COŚ dodali. Bo w polskim zarówno „Alien”, jak „Aliens” tłumaczy się jako „Obcy”, więc nie byłoby rozróżnienia. Natomiast dodali byle co, a to już gorzej :P

    • Tyle że do jedynki też coś dodali, więc filmu o tytule „Obcy” nie mamy wcale. ;) Równocześnie mamy od czapy „Obcy 3”, podczas gdy 1, 2 i 4 żadnego numerka nie mają. O ile jednak dodatek do części pierwszej wydaje mi się taki raczej klimatyczny, to to „decydujące starcie” jest imho na maksa kiczowate.

    • Obcy 2 powinno być. Nie wiem w ogóle po co było sie dystrybutorowi nad tym zastanawiać…

  • joly_fh

    Najbardziej idiotycznym i już legendarnym tłumaczeniem był Wirujący seks

    • Paweł

      Dodałbym jeszcze przykład z klasyki SF lat osiemdziesiątych: „Terminator” – „Elektroniczny morderca”. :)

    • Tak, wymieniacie chyba dwa najbardziej przewałkowane przykłady ze wszystkich możliwych, nad którymi znęcano się już tyle razy, że nie ja nie musiałam. ;)
      No i w przypadku „Terminatora” jednak w pewnym momencie ktoś poszedł po rozum do głowy i od dawna funkcjonuje u nas pod normalnym tytułem.

  • Z punktem 1 od razu skojarzył mi się przykład z świata książki: „Gone. Zniknęli”. Całkiem przyzwoita seria książkowa, ale jak zobaczyłam tytuł, to … no trochę zwątpiłam.

    • Mam nadzieję, że w przypadku książek ten trend nie przyjmie się ‚tym bardziej’. To naprawdę potwornie brzmi i wygląda.

  • Marco

    Tłumaczenie filmów to nie jest taka prosta sprawa, jakby się wymagało. Najtrudniejsze jest tłumaczenie wulgaryzmów i wszelkiego rodzaju przekleństw, szczególnie w kombinacji językowej „na polski”. Aspekty takiego tłumaczenia zostały dobrze poruszone w tym artykule: https://supertlumacz.com.pl/magazyn/problemy-jakie-moze-napotkac-tlumacz-filmow