Kosmos w stylu noir — „Światło” & „Nova Swing”, M. John Harrison

By | 14 lutego 2013

M. John Harrison to pierwszy od dawien dawna autor, przy którym zadaję sobie pytanie — z nim jest coś nie tak, czy może ze mną? Zażyłam trzy jego powieści pod rząd: „Światło”, „Nova Swing” i „Pustą przestrzeń”, i wciąż nie mam zielonego pojęcia, co w jego tekstach stanowi na tyle dużą wartość, że zadecydowało o przynależności do serii Uczta Wyobraźni. Co prawda książki należące do UW bardzo różnią się od siebie, znajdziemy wśród nich tytuły stawiające przede wszystkim na jakiś koncept, na pomysły, na fabułę, na język, na formę. I tak jak do tej pory kochałam Mitchella za stylistyczne maski, MacLeoda za liryzm, Valente za baśniowość, McDonalda za egzotykę, a Champana za przewalcowanie mózgu i wywrócenie go na lewą stronę, tak — nie mam za co kochać Harrisona. Swoje rozczarowanie omówię na przykładzie „Światła” i „Nova Swing”.

Wspomniane powieści to pierwsza i druga część trylogii Trakt Kefahuchiego. Niech Was nie kusi licho, by czytać je w złej kolejności (albo, o zgrozo, zaczynać od wydanej niedawno „Pustej przestrzeni”), bo będzie jeszcze gorzej. Czytane ‚po bożemu’ nastręczają wystarczających problemów, nie ma sensu dokładać sobie kolejnych. Zaczynamy więc od „Światła” i nie załamujemy się tym, że nie wiadomo, o co chodzi — tak to z Harrisonem już jest i warto jak najszybciej do tej maniery przywyknąć, jeśli chce się w ogóle przez jego książki przebrnąć. Czytamy w ciemno, zbieramy porozrzucane tu i tam kawałki informacji, a stopniowo elementy bardzo pomieszanej układanki zaczną tworzyć jakąś dziwną całość, choć wciąż będzie to raczej konstrukcja przypominająca ser szwajcarski, nie zaś spójną bryłę.

Harrison ma bowiem specyficzny stosunek do przedstawiania czytelnikowi wykreowanego uniwersum. Wprowadza pewne pojęcia, ale nie wyjaśnia ich, początkowe rozdziały są więc zbieraniną niewiele znaczących słów. Z czasem, a to z kontekstu, a to z urywanego dialogu, pewne rzeczy zaczynają się klarować. Choć wiele pytań cisnących się na usta i tak pozostaje bez odpowiedzi. Dlaczego nie należy w takim razie zaczynać lektury od środkowego tomu cyklu? Otóż, w „Świetle” autor co nieco postanowił jeszcze wyjaśnić, więc czytelnicy, którym wystarczy cierpliwości, dowiedzą się, o co chodzi np. z K-statkami (jeden z najlepszych elementów uniwersum, swoją drogą). W „Nova Swing” rzecz jasna nie tłumaczy tego po raz drugi.

Co więcej, wątki fabularne, choć pozornie w ogóle ze sobą niepowiązane, w pewien sposób jednak się ze sobą łączą. Choć o tym dowiedzą się dopiero ci, którzy przebrną przez tom trzeci. Zostawmy go jednak z boku i zajrzyjmy do „Światła”. Co my tam mamy? Trzy przeplatające się wątki. Pierwszy osadzony w czasach współczesnych, traktujący o fizyku-mordercy, który nie może się zdecydować, czy wrócić do byłej żony, czy może tylko mieć z nią romans. Drugi i trzeci wątek to opowieści rozgrywające się w dalszej przyszłości — podróż po kosmosie K-statkiem w wykonaniu kapitan Serii Mau Genlicher oraz opowieść o Edzie Chianese, który uzależnił się od doświadczania alternatywnych przeżyć w tankach i narobił sobie długów u nieodpowiednich osób, a teraz ukrywa się przed wierzycielami.

Z kolei w „Nova Swing” mamy już tylko wątki osadzone w świecie przyszłości, w Saudade, nieopodal Strefy Zdarzenia — przedziwnego obszaru, którego nikt jeszcze w pełni nie zbadał. Głównymi bohaterami są Vic Serotonin, oprowadzający turystów po Strefie, oraz śledzący go detektyw Aschemann. W drugim tomie między wątkami i postaciami istnieją silniejsze powiązania i wyraźniejsze linie fabularne, co czyni go pozycją znacznie przystępniejszą w odbiorze od „Światła”. Dodatkowego smaku dodaje klimat przywodzący na myśl literaturę noir.

Najmocniejszym punktem prozy Harrisona są pomysły dotyczące kreacji świata. Nawet tę zabawę w ciuciubabkę z czytelnikiem można poczytać za zaletę, przyjętą konwencję. Trudno mi jednak dopatrzeć się czegoś więcej w pozostałych aspektach. Antypatyczni bohaterowie miotają się przez cały czas trwania akcji powieści, a zdecydowana większość z nich oderwana jest od jakichś prawdopodobnych rysów psychologicznych (dobry rys nakreślono jedynie w przypadku Serii Mau w „Świetle”). Fabuła często stoi w miejscu albo obraca się w kółko. Autor wprowadza do książek informacje, z których nic nie wynika i które niczemu nie służą — przykładowo, Michael Kearney ze „Światła” jest seryjnym mordercą, jak dowiadujemy się w pierwszym rozdziale. Implikacje tego stanu rzeczy są jednak żadne.

Skoro nie treść, no to może za formę należy Harrisona docenić? Niektórzy zachwycają się jego stylem, ale w gruncie rzeczy nie mam pojęcia dlaczego. Jest raczej prosty, niezbyt wyszukany, a co najgorsze — w zbyt dużym stopniu powtarzalny. Autor lubuje się w stylistyce naturalistyczno-wulgarnej, jego postacie nieustannie defekują, wymiotują i współżyją ze sobą w sposób obsceniczny, a wszystko to opisywane jest ciągle tym samym zestawem przymiotników i czasowników. Oczywiście komuś może się to podobać, ale ja w języku Harrisona nie widzę ani niczego oryginalnego, ani godnego zachwytów.

Podsumowując, pragnę zaznaczyć, iż tekst ten nie pretenduje do miana recenzji, jest jedynie wyrazem pewnego rodzaju frustracji na „Światło” i „Nova Swing” — jak podejrzewam, spowodowanej po części ich przynależnością do Uczty Wyobraźni. Może Harrison jest zbyt dziwny, może nie doceniam jego stylistyki — jak najbardziej biorę to pod uwagę. Z drugiej strony, jako jedna z nielicznych zachwyconych „Trojką” Chapmana, raczej nie mam problemu z książkami nietypowymi, w których trzeba wiele rzeczy odkryć samemu. Z Harrisonem się jednak nie dogadałam. Nie zamierzam żadną miarą odradzać Wam lektury tych pozycji, wręcz przeciwnie, przeczytajcie i powiedzcie mi, w czym tkwi siła autora i jaką duchową strawę zapewnia lektura jego dzieł. Czy to tylko niestandardowość i nieschematyczność jako sztuka dla sztuki, czy może spod spodu da się coś jednak wydobyć?

21 thoughts on “Kosmos w stylu noir — „Światło” & „Nova Swing”, M. John Harrison

  1. Viginti Tres

    Paroma punktami mnie zasmuciłaś, ale nie zniechęcam się jeszcze do całości. Będę też chciała najpierw poznać „Viriconium”. Chociaż pewnie jego znajomość nie pomoże przy lekturze tej trylogii – to inne uniwersum, mam rację?

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Racja, „Viriconium” to inny świat. Ponoć to jeszcze bardziej zakręcona i ‚mindfuckowa’ książka, a przynajmniej takie opinie osób, które zapoznały się i z nią, i ze „Światłem” czytałam. Ale że proza Harrisona ma także zachwyconych entuzjastów, to bym się nie zniechęcała, tu naprawdę nie da się przewidzieć reakcji, nawet wśród osób o zbliżonym guście.
      W sumie sama kiedyś chętnie sięgnę po „Viriconium”, ale to za jakieś 5-10 lat, pewnie mi się przez lata jeszcze trochę gust zmieni, to może jakoś inaczej spojrzę.

  2. viv

    Coś ostatnio wysyp wyrazów niezadowolenia Harrisonem :) Najpierw czytałam tekst K.Pochmary w Katedrze, potem Twój, a przed chwilą jeszcze rozczarowanego Harashikena :) Zapomniałabym – M.Rybicki też mało zadowolony, ale przynajmniej tylko z trzeciej części, a nie Harrisona w całości :)
    Ja i tak kiedyś przeczytam, bo mam, i bo jednak niektórzy chwalą. Ciekawa jestem, czy ja coś z tego zrozumiem :)

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Również czytałam teksty panów Pochmary i Rybickiego, i w gruncie rzeczy z większością tego, co pisali, i ja się zgadzam. Choć mnie się akurat „Nova…” podobała ciut bardziej niż „Światło” (a obydwie bardziej niż „Pusta przestrzeń” – trzeci tom przepełnił falę rozczarowania, co zresztą przebija i z tego tekstu). Harrison niezaprzeczalnie ma kilka mocnych stron, ale trzeba wyjątkowo polubić jego konwencję i manierę, by przy drugiej czy trzeciej z kolei książce nie zgrzytać z powodu wszechogarniającej wtórności i przerysowania.
      Choć drobna część moich narzekań to chyba wina tego, że po prostu dawno mnie żaden autor tak nie wymęczył. Ostatni był chyba Hemingway ze 4 lata temu. :)

  3. Moreni

    Hm, chyba jednak po Harrisona nie sięgnę – naturalistycznie wulgarne opisy ostatnio mnie nie bawią, a skoro ani fabuła, ani bohaterowie tego nie rekompensują, to cóż…

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Widocznie w złych środowiskach się obracam, ale ja tam nie widuję na co dzień dwukolorowych kotów z cyber-ślepiami. :D

  4. Harashiken

    Cóż widzę, że nie tylko ja błędnie sięgnąwszy po drugi tom całości byłem Harrisonem rozczarowany :)

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Może dzięki temu będzie Ci łatwiej i przyjemniej z pierwszym. :) (o ile zamierzasz dalej czytać Harrisona)

    2. Harashiken

      Tak, oczywiście, ale posiadam obecnie na półkach książki, które przy moim tempie czytania wystarczą na 3-4 lata do przodu, więc nie wiem jeszcze kiedy :)

      Whoops, źle napisałem ^^ Dlaczego tu u Ciebie nie można skasować swoich komentarzy? :(

  5. Agnes

    Czytałam „Światło” dawno temu, skuszona właśnie serią (bo wcześniej czytałam Duncana, który mnie po prostu powalił na kolana i to dwukrotnie, a nawet trzykrotnie), ale mi nie zagrało nic a nic. Sama siebie zacytuję stąd
    „Z całą pewnością autor ma wyjątkowo bogatą wyobraźnię, tylko zabrakło mi w tym wszystkim jakieś nici przewodniej, czegoś, czego mogłabym się uczepić, co by mnie przeciągnęło po tych światach i galaktykach bez tracenia celu z oczu. A tak to się trochę pomiotałam podczas czytania, razem z bohaterami i nic mi z tego nie przyszło.”

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Właściwie nic dodać, nic ująć. :)
      Ale przyznam, że cieszę się, że Ci się Duncan podobał, ponoć też jest jednym z tych ‚trudniejszych’ autorów w UW, ale mam nadzieję, że jednak okaże się znacznie innym typem niż Harrison.

    2. Agnes

      O, zupełnie, zupełnie innym!
      Jego książki są skomplikowane i wymykające się rozumowi. Ale tak bardzo, wręcz nieprzyzwoicie urocze! I tak wspaniale wszystko się rozumie przy drugim czytaniu! :) Ale dość już tych wykrzykników, to temat o Harrisonie :)

  6. Fka

    Nie tak dawno przeczytałam swoją pierwszą książkę z UW – „Akwafortę”. Dzięki twojej notce dochodzę do wniosku, że „Akwaforta” jest powieścią bardzo przystępną w porównaniu do Harrisona. Mimo słabo zarysowanej fabuły i sporej dawki narkotycznych wizji. To chyba jednak ja nie nadaję się jeszcze do czytania takiej literatury ;)

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      „Akwaforty” jeszcze nie znam, ale na podstawie tych pozycji, które już czytałam, mogę stwierdzić, że nie każda jest taka ‚potłuczona’ jak Harrison – przykładowo mojego ulubionego MacLeoda mogę Ci bez wahania polecić, bo on akurat wyróżnia się pięknym językiem i taką spokojną, liryczną narracją, a na poziomie zrozumienia/treści nie jest trudny. Podobnie z Shepardem czy Valente, czy nawet Mitchellem – zabawy konwencjami nie wydają się u nich sztuką dla sztuki, a raczej dodatkowym smaczkiem. Tak więc nie zniechęcaj się. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *