Serialowy październik

By | 4 listopada 2014

Zacznijmy od kilku słów wyjaśnień. Wyjaśnień dość głupich, dodajmy. Otóż bardzo dawno nie pisałam. Mimo to, w mojej głowie wrzesień i październik obfitowały w długie i ciekawe wpisy. Wpisy nigdy nienapisane. Ewentualnie napisane w jednej dziesiątej albo odnotowane jako hasło w jednej z notatek. Oczywiście mogłabym zrzucić ich faktyczny brak na niedobór czasu czy lenistwo, ale to nie jest cała prawda. Tak naprawdę powstrzymuje mnie przede wszystkim narastające niezadowolenie, czy to nad niewystarczająco wyczerpanym tematem, czy też niedostatecznym researchem. Wymyślam jakiś temat, zaczynam pisać… I bam, stwierdzam, że jednak nie widziałam/czytałam jeszcze tego, jeszcze tamtego, więc postanawiam dokończyć wpis po zapoznaniu się z potrzebnymi mi tytułami. A potem do tego nie dochodzi ― bo na przykład wpada mi do głowy coś innego. I tak ciągle…

Dlatego też ― dziś nie będzie ambitnie. Nie będzie odkrywczo. Ale skoro mam już tego bloga, i ktoś tu może jeszcze czasem zagląda, to zamiast rozrzucać swoje trzyzdaniowe opinie po fanpage’u, po prostu zbiorę je tutaj. Czyli pokrótce przyjrzę się temu, co dobrego przyniosły seriale w październiku. A przynajmniej te nieliczne tytuły, które postanowiłam śledzić.

Co widziałam w październiku?

Downton Abbey

Downton Abbey (sezon 5, odcinki 1-6)

Nie wierzę, że to już piąty sezon. Byłam przekonana, że Julian Fellowes zakończy go po trzecim, góra czwartym sezonie. Tymczasem nie zanosi się nawet na to, by piąty miał być ostatnim. Od dwóch lat podsumowuję ten serial jednym zdaniem: „To moja ulubiona telenowela”. Nie da się ukryć, że z sezonu na sezon wątków typowo telenowelowych jest coraz więcej i więcej. Niechciane ciąże, zaginieni ukochani, tajemnice, które i tak prędzej czy później wyjdą na jaw, problemy z adoratorami. Brakuje już tylko amnezji. Nie zmienia to jednak faktu, że całość ogląda mi się tak cudownie przyjemnie, że regularnie rozpoczynam swój serialowy tydzień właśnie od tego tytułu. I proszę o więcej. Choć muszę też przyznać, że niektóre wątki szalenie mnie denerwują. Na pocieszenie ― postaci mamy na tyle dużo, ze te irytujące mają dla siebie raptem kilka minut w każdym tygodniu. Da się przeżyć.

Once Upon A Time

Once Upon A Time (sezon 4, odcinki 1-5)

Czyli sezon pod znakiem Frozen. Postacie z animacji Disneya przeniesiono na mały ekran wyjątkowo zgrabnie i uroczo, a aktorskie wersje Anny, Elsy i Kristoffa wypadają nad wyraz sympatycznie. Ale. Jak na razie zupełnie nie kupuję głównej złej sezonu, czyli tej ‘prawdziwej’ Królowej Śniegu, potężniejszej od Elsy. Gra ją co prawda Elizabeth Mitchell (kolejna osoba z dawnej obsady Lost w OUAT – checked), którą na ekranie bardzo lubię, ale mam wrażenie, że twórcom skończyły się motywacje dla czarnych charakterów najdalej po Piotrusiu Panie. Wątek główny tego sezonu nie wciągnął mnie jak na razie zupełnie. Serial oglądam jednak z przyjemnością, ponieważ przy tylu bohaterach każdy powinien znaleźć kogoś dla siebie. W moim przypadku niezmiennie jest to Rumpelstiltskin; jego wątek w tym sezonie zdaje się być powiązany… z „Fantazją”. A konkretniej jej najsłynniejszym fragmentem, czyli „Uczniem czarnoksiężnika”. Wiem, że wielu fanów jest sceptycznie nastawionych do tego pomysłu ― ale mnie się jak na razie podoba. Poza tym bardzo się cieszę, że scenarzyści nie poszli na łatwiznę i nie wepchnęli Reginy ponownie w ramy „tej złej”, a zamiast tego ukazują ją pełną rozterek, raz bliżej rozwiązań szlachetnych, raz bliżej nikczemnych. Czwarty sezon wciąż jednak wymaga pewnych udoskonaleń i mam nadzieję, że jego dalsza część okaże się lepsza.

Postanowiłam też ― wreszcie! po roku opóźnienia! ― nadrobić jednosezonowego spin-offa, Once Upon A Time in Wonderland. W planach wiecznie przekładanych miałam go od dłuższego czasu, ale wystarczyło, by w czwartym sezonie OUAT na pięć minut pojawił się na ekranie Will Scarlet/Knave of Hearts. I już wiedziałam, że muszę rzucić wszystko i obejrzeć OUATIW teraz-zaraz, gdzie Knave jest jedną z głównych postaci. O Wonderland postaram się jednak napisać kiedyś oddzielny tekst, gdy już skończę całość, tak więc dość już o nim. Ale bawię się przednio.

Gotham

Gotham (sezon 1, odcinki 1-6)

Och, mam taki duży problem z Gotham. Po pilocie nie narzekałam, nawet na te bijące po oczach zbyt liczne aluzje do Batmanowego uniwersum nie powiedziałam złego słowa. Chciałam kochać ten serial wraz z jego absurdami i nielogicznościami, upajając się klimatem samej wizji miasta, groteską, pewną oldschoolowością. Komiksy znam co prawda strasznie słabo, ale serialowe Gotham zdawało mi się właśnie takim idealnym miastem, gdzie za –naście lat pojawić by się mógł Batman. I wtedy dostałam w twarz proceduralem. Nudnym, nieangażującym proceduralem, przez który przez pół godziny odcinka zastanawiam się, czemu muszę to oglądać. Ale przez pozostałe dziesięć siedzę niczym urzeczona, obserwując poczynania drugoplanowych postaci z Pingwinem na czele. No bo Pingwin! Pingwin jest w tym serialu przecudowny! Zagrany i napisany w taki sposób, że gdy znika z ekranu, cały czas doskwiera mi jego brak. Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest tak, że nie podobają mi się inni bohaterowie (no dobra, Barbara Kean jest niesłychanie irytująca, ale to jedyny wyjątek). To po prostu wątki kolejnych śledztw Gordona i Bullocka nie wciągają, a że wraz z kolejnymi odcinkami coraz mocniej oddalamy się od punktu startowego, czyli zabójstwa Wayne’ów, to i mnie coraz mniej zależy. Wciąż mam jednak nadzieję, że z czasem będzie lepiej, a finał powali mnie na kolana.

Sleepy Hollow

Sleepy Hollow (sezon 2, odcinki 1-6)

Miałam pewne wątpliwości, czy powracać do tej produkcji. Otóż, prawda jest taka, że fabuła tego serialu tak naprawdę nie bardzo mnie interesuje. Jego demoniczno-biblijna otoczka nie ma zbyt wiele sensu, a i ja nieszczególnie pilnie ją śledzę i gdyby ktoś zapytał mnie, co w ogólnym rozrachunku tak naprawdę próbują osiągnąć poszczególni bohaterowie ― mogłabym nie wiedzieć. Ale oglądam. Oglądam, gdyż uwielbiam relację Ichaboda Crane’a i Abby Mills, uwielbiam sposób, w jaki Tom Mison odgrywa swojego bohatera (ten akcent! ta maniera w głosie!) oraz dialogi, jakie piszą dla niego scenarzyści (te przecudne angielskie słowa, niewidywane na co dzień!; w dodatku często skonfrontowane z potoczną, współczesną angielszczyzną jego interlokutorów). Od drugiego sezonu bardzo lubię także nową postać, Nicka Hawleya, który przywodzi mi na myśl bardziej cwaną wariację Nathana Drake’a. I tak naprawdę to wystarczające powody, by Sleepy Hollow oglądać dalej. Choćby jako serial do kotleta.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D. (sezon 2, odcinki 1-6)

O, nawet nie wiecie, jak wielkim zaskoczeniem jest dla mnie drugi sezon Agents of S.H.I.E.L.D. No dobra, może wiecie, gdyż nie po raz pierwszy wyrażam tę opinię. Ale mój szok jest tak ogromny, że po prostu nie mogę przestać! Nie pamiętam, kiedy ostatni raz serial, który oglądałam z obowiązku (wiecie, Marvel Universe, te sprawy), postanowił zmienić się w jedną z ulubionych i najbardziej wyczekiwanych produkcji tygodnia. Tu po prostu wydarzyło się coś niewiarygodnego! Na przykład ― znani bohaterowie stali się sensowni. Dobrze napisani. Ciekawi. Nieirytujący. Do tego dołożono nowych bohaterów. Również niedenerwujących. Owszem, niektórzy z nich nie dostali jak na razie wiele czasu ekranowego, ale to, co dostali, wykorzystali naprawdę dobrze. Inna jest także konstrukcja fabuły, która węzłami posuwa się do przodu, ale wygląda na to, że zmierza do jakiegoś punktu. Nie ma już bzdurnych spraw odcinka, pojawiają się za to wydarzenia, które łączą się ze sobą i do czegoś prowadzą. Co za ulga. Tak więc to jest chyba ten moment, kiedy mogę ― wreszcie! ― pozwolić sobie na nutę optymizmu. I przestać dziwić się za każdym razem, gdy kolejny odcinek nie jest fatalny i oglądam go z przyjemnością.

Arrow

Arrow (sezon 3, odcinki 1-4)

Ktoś powinien mnie kiedyś zapytać ― czemu w ogóle jeszcze oglądam ten serial, skoro konsekwentnie na niego narzekam. Byłoby to całkiem zasadne pytanie. Pierwszy sezon oglądałam dlatego, że zaczęłam; oraz z niedoboru seriali komiksowych w tamtym okresie. Drugi ― gdyż był lepszy niż pierwszy, a Slade Wilson okazał się całkiem niezłym głównym złym sezonu. Trzeci zaś oglądam dlatego, że do stałej obsady powrócił John Barrowman. Poza tym, cóż, chyba trochę przywykłam do niektórych wad tej produkcji. Choć nie wszystkich ― Laurel wciąż jest jedną z najbardziej denerwujących ekranowych postaci, jakie miałam okazje kiedykolwiek oglądać. Retrospekcje Olivera są zaś w tym sezonie słabsze niż kiedykolwiek i byłoby miło, gdyby serial przestał udawać, że kogokolwiek w ogóle obchodzi Queen w Hong Kongu. No dobra, mnie nie obchodzi ani trochę. Zdecydowanie wolę Arrowa śmigającego po dachach Starling City.

Spostrzeżenie dodatkowe ― im więcej osób wie o tożsamości superbohatera, nieważne, czy mowa o filmie, serialu czy komiksie, tym fajniej. Jakoś strasznie drażnią mnie wieczne tajemnice i robienie z postaci drugoplanowych idiotów. W Arrow na szczęście jest pod tym względem coraz lepiej, a i The Flash (o którym więcej poniżej) zaczął całkiem nieźle. Tak trzymać.

The Flash

The Flash (sezon 1, odcinki 1-4)

Nowy serial superbohaterski CW to takie skrzyżowanie jeża z wężem, w tym przypadku ― Arrow ze Spider-Manem. Luźniejsza konwencja to oczywisty plus, ale już powtarzane po raz n-ty ograne klisze, z „moja przyjaciółka, w której się podkochuję od zawsze, ma chłopaka, a jej ojciec dziwnym przypadkiem jest policjantem, który będzie ścigał tych samych przestępców co ja” na czele. Czy ja już to gdzieś widziałam? Zbyt wiele razy ― a w tym przypadku nie ma w tym ani oryginalnego szlifu, ani powalającego na kolana wykonania. W dodatku od posypanych cukrem i/lub patosem dialogów zbyt często zgrzytają zęby, choć gwoli sprawiedliwości muszę przyznać, że wraz z kolejnymi odcinkami zdaje się być lepiej niż w pilocie. Ostatni epizod, z gościnną wizytą Felicity, był chyba najlepszy z dotychczasowych czterech ― ponieważ w większym stopniu koncentrował się na postaciach niż na wtórnym śledztwie odcinka. Tak więc na razie jeszcze się z tym tytułem nie żegnam, ale niczego nie obiecuję.

Plus, tak trochę obok tematu, zawsze bawi mnie trochę fakt, gdy jeden serial, celowo lub nie, zatrudnia kilku członków obsady innego. O mojej ukochanej parze Lost ― OUAT już wspominałam. Arrow zatrudnia tych, którym skończyła się praca na planie Spartacusa. Z kolei The Flash postanowił przypomnieć nam o obsadzie Prison Break (w czym Arrow czasem również pomaga). A ja lubię widok znajomych twarzy!

Czego nie widziałam w październiku?

Constantine Reign Gracepoint

Constantine (sezon 1, odcinek 1)

Ja wiem, że pilot wyciekł dawno temu i wszyscy już go widzieli. A potem widzieli go jeszcze raz, w uaktualnionej wersji. A się wzbraniam. Jakoś zupełnie nie czuję tego bohatera. Nie żebym czytała jakieś komiksy ― ale większości innych również nie miałam w ręku i jakoś czułam się bardziej przekonana do ich serialowych adaptacji. Poza tym, w mojej wypchanej ramówce brakuje już miejsca na przeciętne produkcje. O ile więc nikt nie przekona mnie, że Constantine jest wybitny i naprawdę warto dać mu szansę, z oglądaniem, przynajmniej na razie, zamierzam się wstrzymać.

Reign (sezon 2, odcinki 1-5)

Pamiętam, że zanim serial ruszył, cieszyła mnie perspektywa kolejnego serialu historycznego, w dodatku osadzonego w jednym z moich ulubionych okresów. Sama postać Marii Stuart to także świetny materiał na protagonistkę. Oczywiście niczego takiego od CW nie dostałam, a Reign to raczej wariacja na temat The Vampire Diaries czy innej młodzieżowej produkcji z trójkątem miłosnym na pierwszym planie, tyle że ubrana w ładne kostiumy. Historyczność jest tu na poziomie ujemnym i albo się to kupuje, albo nie. Pierwszy sezon oglądałam głównie jako serial do puzzli (tak, bo widzicie ― kiedy układam puzzle, lubię, gdy w tle leci coś możliwie najmniej wymagającego), ale że aktualnie takowego nie potrzebuję, za drugi sezon nawet się nie zabrałam. I pewnie już się nie zabiorę.

Gracepoint (sezon 1, odcinki 2-5)

Okay, pierwszy odcinek widziałam. Pozostałe też planowałam, ale wciąż jeszcze się nie zmusiłam. Tak, nie zmusiłam. Widzicie ― Gracepoint to amerykański remake Broadchurch. Broadchurch nakręcili Brytyjczycy, raptem w zeszłym roku, a ja widziałam go tego lata. W głównej roli występował David Tennant mówiący ze szkockim akcentem. W Gracepoint w głównej roli występuje David Tennant mówiący z amerykańskim akcentem. Amerykański akcent nie ma tego uroku, co szkocki, ale to nie dlatego mam problem z Gracepoint. Mam problem, ponieważ wytężając umysł najmocniej, jak się da, nie pojmuję, po co Amerykanom remake nowego brytyjskiego serialu. W którym scena po scenie będą robić to samo, tylko gorzej. Ale twórcy zarzekali się, że wraz z kolejnymi odcinkami różnic będzie więcej, a nawet zakończenie wymyślili nowe. Może więc się zmuszę do oglądania. Czego się nie robi dla Davida Tennanta…

The Affair American Horror Story A to Z

The Affair (sezon 1, odcinki 1-3)

Ominęły mnie zapowiedzi tego serialu, ale gdy tylko się pojawił, zaczął zbierać tak dobre recenzje, że nie mogłam nie zwrócić na niego uwagi. Opinie zaufanych blogerów to jednak nie jedyny powód mojego zainteresowania ― drugim jest stacja Showtime, której już zawsze będę wdzięczna za genialne Masters of Sex. The Affair jest więc bardzo wysoko na liście moich serialowych priorytetów. Poczekam jednak na cały sezon, by zafundować sobie seans tych 10 odcinków jeden po drugim. Będą akurat na koniec grudnia, tak więc chyba już wiem, co muszę koniecznie zobaczyć podczas dni wolnych.

American Horror Story (sezon 4, odcinki 1-4)

Każdy sezon American Horror Story można oglądać niezależnie od poprzednich, jak słyszałam. Dlatego też planowałam zacząć od sezonu czwartego, który miał tak cudowne, klimatyczne plakaty, że mogłam wykrzyknąć tylko jedno: „Chcę!”. Ale potem do głosu doszło OCD i uznałam, że nie, że jednak obejrzę od pierwszego sezonu, zwłaszcza że sezony długie nie są. Tak więc w momencie, gdy tylko zwolni się jakieś miejsce w mojej ramówce czasu wolnego, na pewno upchnę tam AHS. Do sezonu czwartego kiedyś więc na pewno dotrę.

A to Z (sezon 1, odcinki 1-5)

Podobał mi się pomysł na serial (jak również tytuły odcinków rozpoczynające się od kolejnych liter alfabetu), podobała mi się obsada (czy ktokolwiek z widzów HIMYM nie pokochał Cristin Milioti od pierwszego wejrzenia?), ale zanim zdążyłam podjąć decyzję, czy na pewno chcę go oglądać i czy mam teraz na to czas ― został skasowany. Mogę więc odetchnąć z ulgą, że jednak nie zaczęłam, gdyż nie ma wielu bardziej frustrujących rzeczy, niż anulowanie serialu, który zdążyło się polubić. A tak, nie mam przynajmniej tego problemu. Żegnaj, A to Z.

***

Nie ukrywam, nie sądziłam, że aż tak się rozpiszę. A tu proszę, pięć stron! Teraz tylko muszę spróbować dokończyć któryś z mnóstwa rozgrzebanych tekstów, najlepiej szybciej niż za kolejny miesiąc. Well, we’ll see about that.

Co jednak ważniejsze ― koniecznie dajcie mi znać, co przegapiłam w świecie seriali. W tym sezonie wybitnie mało premier przyciągnęło mój wzrok, a przy większości produkcji powracających trzyma mnie wyłącznie sentyment albo jakiś jeden fajny element czy lubiany aktor. Jeśli więc chcecie polecić mi coś wyjątkowego ― śmiało! W przerwie zimowej powinno zwolnić mi się miejsce na jakieś dodatkowe tytuły.

6 thoughts on “Serialowy październik

  1. Agata

    Nareszcie jakiś post! :) DA to już faktycznie telenowela, na razie zatrzymałam się na 2 odcinku 5 sezonu, a zresztą poczekam chyba do świąt (atmosfera Downton jakoś mi się z Bożym Narodzeniem kojarzy:P). Gotham mnie nie zachwyca, oglądam dla Pingwina (cudny!) i akcentu Gordona, który uwielbiam. Ze Sleepy Hollow mam podobnie, oglądam dla smaczków, bo fabuła mnie ani ziębi, ani grzeje. Arrow przestałam oglądać w połowie 2 sezonu, więc się nie wypowiadam, Flasha nie widziałam. Constantine widziałam pierwszy odcinek, ale mnie nie przekonał, z Gracepoint zrezygnowałam po recenzji Zwierza popkulturalnego, czekam na 2 sezon Broadchurch. Z nowości widziałam Madam Secretary (średni procedural), How To Get Away With Murder (może być dobre) i The Missing (na razie 1 odcinek, więc trudno powiedzieć). Czekam jeszcze na State of Affair.

    Pozdrawiam!

    Reply
    1. Oceansoul

      Mnie też się DA ze świętami kojarzy! Głównie dlatego, że zaczęłam oglądać serial właśnie w okolicach świąt, kiedy było już po drugim sezonie. No i coroczne odcinki świąteczne utrzymują te wspomnienia. :)

      Pingwin. <3 Zamiast "Gotham" mogli zrobić serial "Penguin"… :D

  2. Megapodius

    Z Gotham i Shield mam podobne wrażenia. Przeż jakiś czas nie wiem dlaczego to oglądam, a potem dzieje się coś naprawdę dobrego. A Sleepy Hollow, DA i Reign są reczami, do których chyba nie będę waracać bo nawet do oglądania podczas robienia innych rzeczy znam lepsze. A z seriali polecam (z poprzedniego sezonu) Fargo i The Musketeers. Przez pryzpadek widziałem kilka odcinkow serialu BBC Atlantis, i okakało się że nie jest tak złe jak mogło by się wydawać. Frekashow widziałem jeden odicniek i zapowiada się ciekawie. A z innych nowośći Outlander jest po prostu zły w preciwieńswie do innego serialu historyczno-fantastycznego tej samej stacji, czyli Da Vinci Demons, ktore są tak złe, że aż. dobre

    Reply
    1. Oceansoul

      Wczorajszy odcinek Gotham przypomniał mi, czemu to oglądam. ^^ Ale o tym postaram się napisać w listopadzie!
      Fargo i Musketeers na pewno mam w planach. Zwłaszcza Fargo, bo film już widziałam celem przygotowania się. :)
      Outlander to jakaś tragedia. Obejrzałam pilota, z trudem, na trzy raty, prawie umierając z nudów i/lub zażenowania. Nigdy więcej!

    2. Agata

      Pierwszy odcinek Outlandera jest fatalny, to prawda, ale taka jest ta książka, mocno romansowa. Na pocieszenie dodam, że później serial się rozkręca (choć nadal jest w podobnym tonie) ;)

  3. Mateusz Cioch

    Dzięki za przypomnienie o „The Affair”, miałem ten serial na celowniku, ale ostatecznie umknął mojej pamięci. Sprawdzę sobie teraz pierwszy odcinek ;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *