Serialowe podsumowanie roku 2013, część II

By | 27 stycznia 2014

Po grudniowej części pierwszej zestawienia seriali oglądanych przeze mnie w drugiej połowie 2013 roku przyszła pora na część drugą. Tym razem na liście same premiery sezonu jesiennego ― zarówno te tytuły, których krótsze pierwsze sezony dobiegły już końca, jak i te dłuższe mające potrwać aż do wiosny.

Sleepy Hollow, sezon 1., odcinki 1-13
Fabuła tego serialu, gdyby zacząć ją komuś opowiadać, brzmi nieszczególnie mądrze. Oto mamy żołnierza wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (de facto Anglika, który zmienił stronę), przebudzonego w roku 2013 w niewielkim miasteczku „Sleepy Hollow”. Wraz za nim do mieściny przybywa Jeździec bez głowy, pierwszy zwiastun nieuchronnej apokalipsy. Nasz przebudzony, Ichabod Crane (przeuroczy Tom Mison), szybko łapie wspólny język z policjantką Abbie Mills (Nicole Beharie), od dzieciństwa także powiązanej ze sprawą Jedźca. Zjawisk nadprzyrodzonych pojawia się coraz więcej ― a to mężczyzna wymazujący grzechy, a to kolejne demony na usługach Molocha. Ale! Porzućmy na chwilę logikę i zamiast oglądać „Sleepy Hollow” z powodów fabularnych, przyjrzyjmy się raczej lepszym aspektom tej sympatycznej produkcji. Przede wszystkim mamy tu świetną relację między parą głównych bohaterów, którzy świetnie się uzupełniają, a ich przyjaźń została przez scenarzystów naprawdę dobrze nakreślona (proszę was, twórcy, tylko nie piszcie im romansu!). Równie wiarygodnie wypada niełatwa historia Abbie i jej siostry Jenny; kobiety z jednej strony gotowe są wiele dla siebie zrobić, ale z drugiej mnóstwo między nimi poczucia winy, żalu i nieufności. Podczas oglądania „Sleepy Hollow” największą radość czerpię jednak z wyłapywania smaczków dotyczących historii Stanów Zjednoczonych (a sporo ich) i upajania się wspaniałym akcentem i słownictwem Crane’a, zderzonego z obcą mu kulturą XXI wieku ― utrzymanego jednak w żartobliwym, podszytym ironią tonem. Tak naprawdę to zagrożenia związanego z apokalipsą i demonami nie przeżywam w ogóle ― ale dla postaci serial ogląda mi się wystarczająco dobrze, bym postanowiła wrócić do niego w przyszłym roku.

sleepyhollow

Dracula, sezon 1., odcinki 1-10
Jeśli mnie zapytacie, czemu w ogóle oglądałam „Draculę”, nie będę potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. To naprawdę, naprawdę zły serial, który z jakiegoś dziwnego poczucia obowiązku połączonego z niechęcią porzucania produkcji w połowie krótkiego sezonu dooglądałam do końca. I nigdy więcej, kontynuacji nie tykam, a gdyby przyszło mi to do głowy, proszę mi ten pomysł brutalnie wyperswadować. Najgorsze jest to, że ciekawych pomysłów w „Draculi” było całkiem sporo ― choćby sam wizerunek wampira, istoty porywczej i brutalnej, ale jednocześnie przebiegłej i wyrachowanej, potrafiącej długofalowo planować zemstę i manipulować wszystkimi dookoła. Do tego współpraca i nietypowa relacja protagonisty z Abrahamem Van Helsingiem, z którym tak naprawdę nie pałają do siebie sympatią, ale jednoczy ich wspólny wróg. Do tego wątek energii bez elektryczności i żarówek bez kabli. A tymczasem klops. Pozostałe postacie to najbardziej kartonowe sylwetki, jakie w życiu widziałam, w dodatku strasznie zagrane, z Jonathanem Harkerem na pierwszym miejscu. Realia nieprzystające do niczego. Bezsensowne wątki poboczne. Absolutnie nieśmieszne dowcipy. Niesamowicie denerwująca Mina Murray. Do bólu głupia Lucy Westenra. I tylko Jonathana Rhysa Meyersa mi szkoda, bo nie jest w stanie w pojedynkę tego serialu uratować, choćby nie wiem, jak się starał.

dracula2013

Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D., sezon 1., odcinki 1-12
Przyznam szczerze, bardzo długo byłam pobłażliwa w stosunku do tego serialu i co chwila coś mu wybaczałam. Czekałam, aż będzie lepiej. Czekałam, bo a to mieli do czegoś nawiązać, a to mieli coś wyjaśnić. I nie wiem, czy jeszcze wytrzymam. Z jednej strony mam ochotę rzucić produkcję ABC w diabły. Z drugiej ― ciągle jednak mam to poczucie, że to jednak Marvel, że te nieliczne nawiązania są całkiem fajne, że a nuż z kolei potem gdzieś tam nawiążą do serialu i się ucieszę, że wiem, o co chodzi… Jeśli jednak do tej pory nie zaczęliście go oglądać i rozważacie taką opcję, to będę odradzać. Gdybyście zaś szukacie serialu o agentach zajmujących się nietypowymi przypadkami i korzystających z fajnych gadżetów, w którym jednak naukowcy nie zachowują się jak muppety, a nowa agentka nie jest tylko uroczym widokiem dla oczu ― zamiast „Agents…” obejrzyjcie lepiej brytyjski „Torchwood” (o którym być może napiszę szerzej w przyszłości).
PS Fun fact: wiecie o tym, że Ming-Na Wen (agentka Melinda May) podkładała głos disneyowskiej Mulan? Ja byłam trochę w szoku i od tamtej pory patrzę na postać May z ciut większą sympatią. :D

shield

Almost Human, sezon 1., odcinki 1-8
Jak podaję wyżej, wyemitowano do tej pory osiem odcinków pierwszego sezonu. Uczciwie jednak przyznaję, że poddałam się po czterech. Nie zniosłam kolejnego procedurala, co gorsza ze słabo zarysowanym wątkiem głównym i niezbyt interesującymi sprawami. Wszystko w tej produkcji okazało się szablonowe i podczas owych czterech epizodów ani razu nie poczułam się zaskoczona czy zaciekawiona tym, co dzieje się na ekranie czy co będzie dalej. Postacie również wpisują się we wszelkie możliwe schematy i niestety zabawne momentami interakcje między Johnem Kennexem (Karl Urban) a jego partnerem-androidem (Michael Ealy) nie okazały się niestety wystarczającym powodem, by zatrzymać mnie przed ekranem. Łatwiej jednak wytrwać mi przy słabszych serialach o innej konstrukcji fabuły. Choć na stronę wizualną patrzyło się całkiem przyjemnie, nie przeczę ― jeśli ktoś jest miłośnikiem konwencji, a do tego lubi, gdy każdy odcinek jest zamkniętą sprawą, to pewnie spojrzy na serial przychylniejszym okiem.

almosthuman

Masters of Sex, sezon 1., odcinki 1-12
Perełka tego zestawienia i jedna z najlepszych premier sezonu jesienno-zimowego, o ile nie najlepsza. Przewodnim wątkiem serialu są badania nad ludzką seksualnością prowadzone przez doktora Williama Mastersa i jego asystentkę Virginię Johnson ― ekspertów w swojej dziedzinie na tyle uznanych, że do dziś nasza wiedza opiera się w dużej mierze na ich osiągnięciach. Początki ich pracy naukowej nie należały jednak do prostych, a purytańska Ameryka lat 50. nie od razu była gotowa na przełomowe odkrycia, ba, nie była w ogóle gotowa na poruszanie tak kontrowersyjnych tematów. Lekarz ginekolog miał za zadanie zajmować się jedynie ciążami i porodami ― a o tym, co nastąpiło wcześniej w małżeńskiej alkowie, należało milczeć i skromnie spuszczać wzrok. Dodatkowe trudności stały przed kobietami, o których seksualności w ogólnie nie chciano rozmawiać, czy przed mniejszościami homoseksualnymi (wówczas osoby innej orientacji uważano za chorych i próbowano leczyć nieludzkimi metodami, z elektrowstrząsami na czele). Produkcja stacji Showtime znakomicie oddaje ducha epoki, a do przedstawianych zagadnień podchodzi bez nadmiernej wstydliwości i pruderyjności, ale i bez wulgarności czy obsceniczności, z jakich ostatnimi laty często słyną inne seriale kablówek. Rewelacyjny poziom „Masters of Sex” to jednak zasługa nie tylko scenariusza, lecz przede wszystkim pierwszoplanowych kreacji ― odtwórcy głównych ról, Michael Sheen i Lizzy Caplan, świetnie potrafią przekazać emocje i rozterki swoich bohaterów, a wtóruje im także niezgorszy drugi plan. Na korzyść serialu niech przemówi także fakt, że obejrzenie dwunastu epizodów zajęło mi trzy dni i pozostawiło po sobie straszliwy głód ciągu dalszego, który zostanie zaspokojony dopiero jesienią przyszłego roku.

masters

W tym roku podsumowania serialowe planuję pisać częściej ― kolejne najprawdopodobniej pojawi się na koniec wiosny, gdy zakończą się pełne sezony niektórych produkcji rozpoczętych jesienią oraz krótsze produkcje z tegorocznego midseason. W trakcie wypatrujcie też recenzji co ciekawszych miniseriali. A tymczasem ― oglądaliście powyższe produkcje? Macie zamiar? A może również porzuciliście jakieś tytuły?

  • Agata

    Sleppy Hollow oglądam :) Został mi tylko dwugodzinny finał do nadrobienia. Draculę porzuciłam po jednym odcinku, a Agent’s chyba po trzech. Szkoda mi było czasu na te seriale. Draculi nawet Rhys-Mayer nie uratował :/ Na Almost Human zupełnie nie mam ochoty, za to co raz więcej przekonuje mnie do Master’s of Sex :)

    • Ja ciągle mam jakiś niewytłumaczalny opór przed porzucaniem nawet kiepskich seriali i każdorazowo to dla mnie akt odwagi. ;) Ale uczę się tego i wychodzi coraz lepiej. Teraz już obiecuję sobie porzucić wreszcie Agentów, pewnie i tak zawsze ktoś gdzieś streści, jeśli faktycznie wydarzyłoby się tam cokolwiek ważnego dla uniwersum. A to zawsze luka na jakiś lepszy serial. :)

    • Agata

      Z nowymi się nie patyczkuję, jak się nie podoba, to nie oglądam dalej :) Gorzej ze starymi, ulubionymi, które mnie nudzą (patrz np. HIMYM) lub/i osiągnęły pewien rodzaj absurdy, którego nie mogę znieść. Z tymi zawsze trudno się rozstać:/

    • Tia, HIMYM zrobiło się straszne. Dziś był pierwszy odcinek w tym sezonie (w sumie 200 epizod), który wydał mi się sympatyczny. Ale cóż zrobić, po tylu latach i na pół sezonu przed końcem jakoś tak głupio porzucić mimo tych narzekań.

    • Odcinek był sympatyczny, ale chyba przesadzili trochę z wykreowaniem matki na idealny egzemplarz dla Teda. Zrobiła się wręcz nierealna.

  • Megapodius

    Jesli chodzi o Draculę to kojarzy mi się pod względem wierności epoce i rozwiązań fabuły oraz odczuć podczas ogłądania on z tegorocznymi Demonami Da Vinci przy czym one poz odcinkami w stylu „Teraz Leonardo jedzie na weekend na Wołoszczyznę, żeby spotkać Daraculę i zająć jeden odcinek i nikt nie zauważa tego” oraz „Jeżeli środa to włamuję się do archwiów Watykanu” mialy kilka scen z dobrej produkcji biograficznej (wygłada to jakby jednocześnie robli adaptację Assasin’s Creed i i film biograficzny z tymi samymi aktorami, pomieszali przy montażu i udają, że tak miało być). Sleepy Hollow i Masters of Sex ciągle planuję oberjzeć, ale ciągle brakuje mi czasu.

    • Z „Demonami Da Vinci” spróbuję się kiedyś zmierzyć, choć na szczęście nie spodziewam się cudu, więc jeśli zawiedzie, bez żalu porzucę.