W przededniu Imperium Galaktycznego — „Roboty z planety świtu”, Isaac Asimov

By | 10 maja 2014

"Roboty z planety świtu", Isaac AsimovNie jest łatwo powrócić po latach do tworzonego niegdyś cyklu. Przekonał się o tym każdy autor, w najlepszym razie zderzając się z nostalgicznym zawodem czytelników i narzekaniem, że „To już nie to samo, co wtedy”, w najgorszym zaś mierząc się z zarzutami o odcinanie kuponów i brak nowych pomysłów. Zdaniem niektórych odbiorców także Isaac Asimov nie uniknął tego błędu, a pisane po latach kontynuacje dwóch sztandarowych cykli, „Fundacji” i „Robotów”, w dużej mierze okazały się wtórne w stosunku do dzieł wcześniejszych i nie spełniły oczekiwań fanów. Czy faktycznie można podsumować w ten sposób „Roboty z planety świtu”? Moim zdaniem ― byłoby to krzywdzące i niezgodne ze stanem faktycznym.

Trzeci tom przygód Elijaha Baleya i Daneela Olivawa przenosi nas tym razem na Aurorę, ojczyznę pierwszego humanoidalnego robota. Poznany w „Pozytonowym detektywie” doktor Han Fastolfe pada ofiarą oskarżeń swoich politycznych przeciwników, wedle których miał jakoby dokonać zniszczenia Jandera Panella, drugiego po Olivawie pozytonowego robota nieodróżnialnego na pierwszy rzut oka od człowieka. Choć ‚robobójstwo’ nie jest uznawane za przestępstwo, reputacja naukowca wisi na włosku. Zdesperowany, postanawia poprosić o pomoc specjalistę od przypadków beznadziejnych ― dobrze znanego nam Ziemianina, cieszącego się sławą we wszystkich Światach Zaziemskich od czasu pomyślnego rozwiązania tajemnicy morderstwa na Solarii.

„Roboty z planety świtu” kontynuują niektóre z wątków i myśli przewodnich, jakie poznaliśmy w poprzednich odsłonach cyklu. Na kartach powieści spotkamy też starych znajomych, wśród których prym wiedzie Gladia Delmarre, jedna z głównych postaci „Nagiego słońca”. Solarianka nie jest jednak tą samą osobą, jaką pożegnaliśmy na końcu tomu drugiego; poznanie Elijaha oraz przeprowadzka do świata diametralnie innego od jej ojczystej planety wyraźnie odcisnęły na niej swoje piętno. Asimov próbuje wyobrazić sobie skutki przeniesienia osoby wychowanej w społeczeństwie pochwalającym izolację jednostki do tego stopnia, by kontakt z inną osobą napawał lękiem i obrzydzeniem, do środowiska swobodnie traktującego związki i sferę seksualną, gdzie mieszkańcy bez wstydu rozmawiają o wzajemnych cielesnych kontaktach. Z tej próby pisarz wychodzi zwycięsko, a socjologiczne aspekty powieści czyni równie interesującymi, co tok śledztwa.

Ewoluował także Baley; coraz lepiej radzi sobie z lękiem przed otwartą przestrzenią, a jego myśli częściej krążą wokół możliwości skolonizowania przez Ziemian niezbadanych jeszcze planet we wszechświecie. Z tą perspektywą zgadza się także doktor Fastolfe, przeciwnik wizji, w której to roboty przygotowują nowe światy zgodnie z potrzebami przyszłych mieszkańców. Koncepcja zaprzęgnięcia pozytonowych kolonizatorów, mająca licznych zwolenników, staje się przyczynkiem do snucia rozważań na temat podobieństwa ludzi i robotów. Czy tworzenie humanoidów, nierozróżnialnych na pierwszy rzut oka od człowieka, jest na dłuższą metę słusznym pomysłem? Czy neurony i pozytony to tak naprawdę wariacje tego samego mechanizmu, funkcjonującego identycznie w obu przypadkach? A może kolejny krok ― nieuchronne doprowadzenie do momentu, kiedy roboty zaczną w naturalny sposób sprowadzać na świat potomstwo ― to już zbyt daleko posunięta ingerencja w porządek świata?

„Roboty z planety świtu” to także kolejny punkt zwrotny w historii świata kreowanego przez amerykańskiego pisarza, zwiastun rychłego nastania Imperium Galaktycznego ― choć o niesprecyzowanym jeszcze kształcie. Czy zostanie ono zdominowane przez ludzi, czy też może przez roboty? To właśnie te pytania najbardziej intrygują, gdyż w trzecim tomie detektywistycznego cyklu, obszerniejszym od swoich poprzedników, śledztwo schodzi chwilami na dalszy plan, ustępując miejsca szerszemu obrazowi i dalekosiężnym skutkom podejmowanych decyzji. Podczas lektury nie odczułam jednak zawodu, a choć między powstaniem pierwszej i trzeciej odsłoną przygód Baleya i Olivawa minęło prawie trzydzieści lat, to Asimov niewątpliwie nie wypadł z formy.

  • Tytuł: Roboty z planety świtu (The Robots of Dawn)
  • Autor: Autor: Isaac Asimov
  • Cykl: Roboty
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Rok wydania: 2014
  • Liczba stron: 412
  • ISBN: 978-83-7301-385-8


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

  • W pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że „Roboty z planety świtu” nie są żadnym odgrzewanym kotletem. Mnie osobiście książka podobała się nawet bardziej niż „Nagie słońce”. Wg mnie była o wiele dojrzalsza szczególnie jeśli chodzi o aspekty socjologiczne – bardzo ciekawe zestawienie dwóch diametralnie różnych typów społeczeństw, tego naturalistycznego, silnie akcentującego seksualną swobodę z wyznawcami tak dalece posuniętej swobody i niezależności jednostki, że aż prowadzącej do głębokiego izolacjonizmu. Echa tej drugiej cywilizacji bardzo mocno pobrzmiewają w koncepcie Michela Houellebecqa, na którym oparta jest fascynująca powieść „Możliwość wyspy” :)

    P.S. Cieszę się, że doczekałem się tego tekstu :) Pozdrawiam!

    • O „Możliwości wyspy” będę pamiętać z tyłu głowy, a jak gdzieś się natknę, to pewnie się skuszę. :) Na początek mam w planach inną książkę Houellebecqa, „Mapę i terytorium”, liczę więc na to, że się z autorem polubię.

      Również pozdrawiam. :)

    • Mam nadzieję, bo Houellebecq to bardzo dobry autor :) Jeśli chodzi o „Mapę i terytorium” to sprawa jest o tyle zabawna, że chociaż książka została wyróżniona nagrodą Goncourtów, to w mojej opinii nie jest to najlepsze (by nie powiedzieć najsłabsze) dzieło francuskiego autora. W moim mniemaniu o wiele ciekawsze są „Cząstki elementarne”, „Platforma” oraz właśnie „Możliwość wyspy”. Osobiście uważam, że nagroda Goncourtów to bardziej docenienie całokształtu twórczości niż laur za samą powieść (ale to tylko moja prywatna opinia).