Cyborgi w natarciu, czyli o buncie robotów w sposób nieudany — „Robokalipsa”, Daniel H. Wilson

By | 22 marca 2012

Człowiek konstruuje robota. Technika rozwija się, możliwości rosną, a ludzie, jak to mają w zwyczaju – pozostają nienasyceni, przekraczają kolejne granice tworzenia. Czy taka zabawa w Boga może skończyć się dobrze? Z licznych dzieł literackich czy filmowych doskonale wiemy, że nie. W „Robokalipsie” wydarza się dokładnie to, czego mogliśmy się spodziewać po kolejnej realizacji znanego tematu – bunt robotów przeradza się w zbierającą krwawe żniwo wojnę, jednak ludzkość, choć ciężko doświadczona przez nieprzyjaciela, dzielnie się broni i nie traci ducha walki, a w tle powiewa amerykańska flaga. Tego zaś, jaki będzie wynik batalii, nie musimy się nawet domyślać – autor zdradza go w prologu powieści.

Ten krok był nad wyraz ryzykowny. Rezygnacja z suspensu, wyprzedzanie faktów – nagminne w każdym rozdziale – to zabiegi niespotykane, czemu trudno się dziwić. Utrzymywanie w napięciu i niepewności czytelnika, który wie, jak dany epizod i cała historia się zakończą, nie jest proste. Danielowi H. Wilsonowi udało się sprostać temu zadaniu, a jego powieść to jedna z tych pozycji, które trudno odłożyć na bok w trakcie lektury. Choć bardzo szybko można się zorientować, że nie mamy do czynienia z literackim arcydziełem, to trudno odmówić „Robokalipsie” umiejętności trzymania odbiorcy nad kolejnymi stronicami do późnej nocy. Na tym jednak jej zalety się kończą.

Jak zauważą nawet ci, którzy nie zjedli zębów na science fiction, o walce człowieka z maszynami, będącymi dziełem ludzkich rąk, pisano i kręcono filmy po wielokroć. „Robokalipsa” nie próbuje powiedzieć w tym temacie niczego nowego, a konflikt zarysowany został bardzo powierzchownie – ot, pewien robot, targany żalem i gniewem, postanawia pokazać ludzkości, gdzie jej miejsce. Gros mieszkańców planety ginie, pozostali muszą ukrywać się na terenach odciętych od cywilizacji bądź trafiają do obozów pracy, gdzie są modyfikowani przez androidy na ich obraz i podobieństwo. Śledzimy losy kilku bohaterów, którzy dzielnie stawiają opór zbuntowanym maszynom, a że zakończenie utworu jest nam znane, nie musimy nawet kibicować postaciom w ich dążeniach. Obecności treści ważkich i skłaniających do przemyśleń – nie stwierdzono.

Obrana przez autora forma prezentowania historii z założenia brzmi ciekawie – retrospekcje, wielu narratorów i różne punkty widzenia. W praktyce wypada to blado, gdyż każdy bohater, niezależnie od tego, czy jest nastoletnią dziewczynką, komisarzem policji czy żołnierzem na froncie, wypowiada się i myśli w ten sam sposób. Styl Wilsona jest przy tym niezwykle uproszczony, pozbawiony wszelkich ozdobników, polotu i finezji. Miejsca zabrakło na szczegółowe opisy czy dogłębne analizy psychologiczne – co razi szczególnie w przypadku bohaterów ciężko doświadczonych przez wojnę. Co jakiś czas pisarz próbuje zagrać na emocjach czytelników, wzruszyć ich okrucieństwem maszyn czy honorowym postępkiem człowieka, ale próżne są jego starania, skoro odbiorca w żaden sposób nie jest z postaciami związany.

Powieść przypomina plan wydarzeń, mający posłużyć za bazę do stworzenia filmowego scenariusza – który, notabene, zdążył już powstać. Wierzę, że film w reżyserii Stevena Spielberga będzie lepszy od swego literackiego pierwowzoru; historia, jej rozmach i potencjalny dramatyzm, mają szansę do odbiorcy przemówić, jeśli tylko zostaną odpowiednio podane. Wilsonowi nie do końca się to udało. Stworzył łatwo przyswajalny bestseller, który przyrównać można jedynie do amerykańskiego hamburgera – owszem, z braku alternatywy zdarza się po niego sięgnąć, ale nie jest to najlepszy wybór, jeśli mamy większe wymagania czy oczekiwania. Tym zaś, którzy pragnąć zgłębiać temat granicy człowieczeństwa i mierzenia się ludzkości z brzemieniem tworów własnych rąk, polecam sięgnąć po klasykę – choćby po „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” Philipa K. Dicka. Będzie to popołudnie lepiej spędzone od tego z „Robokalipsą”.

  • Tytuł: Robokalipsa (Robopocalypse)
  • Autor: Daniel H. Wilson
  • Wydawnictwo: Znak
  • Seria wydawnicza: Literanova
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 408
  • ISBN: 978-83-240-1654-9


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Znak oraz Portalowi Insimilion.

7 thoughts on “Cyborgi w natarciu, czyli o buncie robotów w sposób nieudany — „Robokalipsa”, Daniel H. Wilson

  1. viv

    Dziękuję Ci bardzo za tę recenzję! :) Kiedyś czytałam jakąś entuzjastyczną opinię o tej książce i miałam ją w planach. Już nie mam – i tak ilość książek naprawdę wartych przeczytania przekracza moje możliwości czytelnicze :)

    Reply
  2. Oceansoul Post author

    Cieszę się, że pomogłam. ^^ Sama natknęłam się na dużo pozytywnych recenzji – stąd sięgnięcie po książkę – i przyznam, że pojęcia nie mam, co leży u ich podstaw. A dla poznania samej fabuły chyba lepiej poczekać na film – to zawsze tylko 2 godziny z życia, a nie 2 wieczory. :)

    Reply
  3. Silaqui

    Czyli wygląda to tak – książkę chwalili ci, którzy dali się omamić bestsellerowym stylem, a dla bardziej obeznanych z tematem jest to pozycja średnia?
    To ja się od czytania „Robokalipsy” powstrzymam, jak film sie pojawi to może skuszę się na seans :)
    Przyłączam się do Dickowego apelu! :D

    Reply
  4. Oceansoul Post author

    Nie pamiętam prawdę mówiąc, czy zawsze tak było, ale w ciągu ostatnich lat każdy bestseller, na jaki natrafiam, budzi u mnie przede wszystkim jedną myśl – „No co ludzie w tym widzą?”. Zabrałam się teraz za „Igrzyska śmierci” – i znów to samo. Czemu ludzie masowo zachwycają się stylistycznym ubóstwem i schematem na schemacie? Bo się szybko i łatwo czyta? Ehh…

    Reply
  5. Silaqui

    Czemu ludzie masowo zachwycają się stylistycznym ubóstwem i schematem na schemacie? Bo się szybko i łatwo czyta?
    Sama udzieliłaś sobie odpowiedzi…
    Wczoraj „łyknęłam” trzeci tom Darów Anioła, ponad 500 stron w jeden wieczór – tego z Dickiem by się nie dało zrobić…

    Reply
  6. Oceansoul Post author

    Ja rozumiem jak najbardziej czytanie tego, co się szybko i łatwo przyswaja, czemu nie. Od czasu do czasu sama potrzebuję. ^^ Nie rozumiem tylko wynoszenia tego na piedestał, niebotycznych zachwytów i górnolotnych określeń, te wszystkie ‚arcydzieła’ i inne takie. A czasem mam wrażenie, że ktoś przeczytał pięć książek w życiu i ślepo zachwyca się czym popadnie, a co gorsza – nie przyjmuje do wiadomości, że to nic wartościowego tak naprawdę. :D

    Reply
  7. Silaqui

    Widzisz,takie mało ambitne pozycje nie wymagają wiele od czytelnika: czyta się to niemal tak lekko, jakby oglądało się film. Współcześnie wielu ludzi nauczonych jest, że wszystko mają podane na tacy, że przy odbiorze dzieła nie muszą dawać niczego od siebie. Posłuchaj popularnej muzyki, popatrz na popularne filmy – to wszystko papka, przystosowana dla ludzi pozbawionych intelektualnych zębów i zdolnych jedynie pić przez słomkę tą breję…
    A najgorsze jest to,że nawet jeśli opchany takim badziewiem czytelnik spróbuje czegoś nieco bardziej ambitnego, to najprawdopodobniej się zakrztusi, gdyż nikt nie nauczył go JAK czytać książki. Albo osobnik taki stwierdzi, że Tolkien plagiatuje jakiegoś współczesnego pisarza ^^

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *