Stany skorelowane — „Pusta przestrzeń”, M. John Harrison

By | 22 lutego 2013

„Pusta przestrzeń” to trzeci, a zarazem ostatni tom trylogii Trakt Kefahuchiego autorstwa M. Johna Harrisona, pisarza na tyle specyficznego, że z reguły albo się jego dzieła kocha, albo się w nich nie gustuje. Obok Chapmana i Duncana należy do najbardziej kontrowersyjnych autorów opublikowanych jak dotąd w serii Uczta Wyobraźni i w gruncie rzeczy trudno jego prozę polecać lub odradzać, nawet znając upodobania konkretnego czytelnika. To lektura-niespodzianka, która budzi skrajne odczucia. Po Harrisona trzeba po prostu sięgnąć i sprawdzić, czy dołączy się do grona zachwyconych, czy może rozczarowanych. Ja niestety staję po stronie tych drugich.

Ci, których opis specyficznej i niestandardowej prozy Harrisona zachęca, muszą jednak pamiętać o tym, że zaczynanie lektury od „Pustej przestrzeni” nie jest rozsądnym pomysłem. Najpierw czytamy „Światło”, potem „Nova Swing”. A potem decydujemy, czy mamy już dość, czy wręcz przeciwnie. „Pusta przestrzeń” to, niestety, najsłabszy tom trylogii. W „Świetle” najmocniejszym punktem była kreacja świata, na którą składają się zarówno nowatorskie pomysły autora, jak choćby K-statki, jak i skąpienie informacji o tymże świecie i wrzucanie czytelnika na głęboką wodę, by zaoferować mu koło ratunkowe dopiero w którymś z dalszych rozdziałów. Z kolei w „Nova Swing” na pierwszy plan wysunął się klimat — sam pisarz zatytułował jeden z rozdziałów „Kosmos w stylu noir” i był to opis nad wyraz trafny. Tymczasem w „Pustej przestrzeni” otrzymujemy kalki tego, co już znamy, zarówno na poziomie treści, jak i formy.

Największą zaletą tomu trzeciego jest połączenie ze sobą wielu wcześniejszych wątków — w czasach współczesnych ponownie spotykamy Annę, żonę Michaela, znajdującą się obecnie w jeszcze gorszym stanie psychicznym niż poprzednio, korzystającą z pomocy specjalisty; śledzimy perypetie załogi Nova Swing, którą tworzą Liv Hula, mona Irene i Gruby Antoyne poznani na kartach drugiego tomu trylogii; towarzyszymy też byłej asystentce detektywa Aschemanna w kolejnym śledztwie w Saudade, gdzie Strefa nie odgrywa już równie znaczącej roli co kiedyś. Cieszy ta rola klamry łączącej ze sobą dwie poprzednie części cyklu, cóż jednak z tego, skoro fabuła, tradycyjnie już u Harrisona, stoi w miejscu i w gruncie rzeczy zmierza donikąd. Bohaterowie — również: jak zawsze — miotają się i nie wiedzą, czego tak właściwie chcą od życia. Oczywiście, trudno nie dostrzegać w tym motywu przewodniego, ale nie jest łatwo przejmować się postaciami skrajnie antypatycznymi, skrzywionymi przez autora do granic możliwości, a momentami wręcz karykaturalnymi.

Bez zmian także na płaszczyźnie językowej. Harrison przemiela w kolejny sposób te same opisy i dialogi, choć ci, którzy mają za sobą poprzednie dwa tomy, zdążyli się już pewnie znieczulić na jego zamiłowania do opisywania ludzi, ich uczuć i ich fizjologii w sposób odpychający. Kolejne sceny, mające — chyba? — szokować, po prostu śmieszą, zwłaszcza gdy autor po raz wtóry z lubością używa tych samych słów i konstrukcji; każdy z bohaterów „rzyga”, każdy „rżnie się”, co jakiś czas rzuci jakąś „kurwą”. Na poziomie językowym, tak samo jak na poziomie koncepcyjnym, fabularnym i formalnym, to po prostu powtórka z tego, co znamy już albo ze „Światła”, albo z „Nova Swing”.

Nie chcę nikogo do lektury Harrisona zniechęcać, ale trudno mi ukrywać, że nie podzielam zachwytów i nie rozumiem fenomenu autora. Owszem, jego powieści wyróżniają się; owszem, trudno je zaszufladkować, przylepić na nich gatunkową etykietę. Ale nie potrafię się wyzbyć wrażenia, że mało kto będzie czerpał przyjemność ze spotkania z tego typu prozą, głównie z uwagi na specyficzne podejście do fabuły, bohaterów i stylu. A szkoda, gdyż potencjał zdecydowanie tkwi w tym świecie i koncepcjach pokroju K-statków, tanków, krawców czy Strefy Zdarzenia. Spróbujcie jednak, sięgnijcie po „Światło” i zdecydujcie, czy Trakt Kefahuchiego jest dla Was. Dla mnie — zdecydowanie nie.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu MAG oraz Portalowi Insimilion.

6 thoughts on “Stany skorelowane — „Pusta przestrzeń”, M. John Harrison

  1. Agata P

    Do tej pozycji z Uczty Wyobraźni akurat wybitnie mnie nie ciągnie. Twoja recenzja chyba utwierdziła mnie w przekonaniu, że książki pana Harrisona raczej mi się nie spodobają.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Ja nie mam wyjścia, obiecałam sobie przeczytać całość. :D Co oznacza jeszcze co najmniej jednego Harrisona, ale to może za jakieś 5 lat, jak już zapomnę o tej Trylogii.

  2. Viginti Tres

    Śmieszne, bo właśnie kończę „Morfinę”, a sporo z Twojego opisu „Pustej przestrzeni” pasuje. (Albo za bardzo zadziałał u mnie efekt świeżości). Bo tak: bohater miota się i nie wie, czego właściwie chce od życia, dla wielu na pewno jest postacią antypatyczną, inni są karykaturalni, na sześciuset stronach fabuła zajmuje najmniej przestrzeni, dużo wulgarnych i naturalistycznych opisów. Tyle że u Twardocha jest to uzasadnione i jest dobre.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Hmm, może u Harrisona też jest, a ja akurat nie kumam konwencji… Biorę to pod uwagę w gruncie rzeczy, ale nie mam jak tego jednoznacznie ocenić.
      Z Twardochem niestety nie porównam, gdyż lekturę dopiero mam w planach; na pierwszy ogień pewnie pójdzie „Wieczny Grunwald”, a potem się zobaczy.

  3. Immora

    Nie czytałam żadnej z książek Harrisona, ale ta mnie nawet i do siebie ciągnęła, ze względu na okładkę. Szkoda, że jest nawet gorzej niż poprzednio i aż dziwne, że nadal go wydają. Ja niezbyt przepadam za taką „dziwną” prozą, więc pewnie podzieliłabym Twoje wrażenia.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Wydają go chyba m.in. dlatego, że to jeden z ulubionych autorów redaktora, który dobiera pozycje do serii. :) No i w jakiś sposób Harrison do UW pasuje, bo jest dziwny. Tyle że to ten specyficzny rodzaj dziwności, który tylko niektórym przypada do gustu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *