Loading...
Podsumowania

Podsumowanie roku 2017

Myśleliście, że żartuję, prawda? Że żadnego podsumowania wcale nie będzie? Że pod koniec stycznia to już za późno? I choć od dawna deklaruję wszem wobec moją miłość do robienia przeglądów wszelakich, to przecież rok temu nie napisałam ani słowa. I wiecie co? To sobie zrobiłam największą krzywdę, ponieważ w tej chwili tego podsumowania po prostu nie mam. (No dobra, mam wykresy. Oczywiście, że zrobiłam wykresy. No ale nie mam tekstu ani toplist!). A ja naprawdę uwielbiam wracać do tych materiałów. Nie dlatego, że to wybitne blogopisarstwo, nie, nie. Dlatego, że daje mi to rewelacyjny wgląd w to, co podobało mi się na danym etapie mojego kulturalnego rozwoju i mogę po latach załamywać nad tym ręce. Albo choć uprzejmie się dziwić. Nie przedłużając więc – podsumowanie. Obstawiam, że wyjdzie jakieś 10 stron tekstu, więc czujcie się ostrzeżeni.

(A na końcu – appendix z wykresami dla chętnych, którzy lubią liczby i statystyki).

FILMY

W 2017 roku obejrzałam łącznie 110. Co prawda jest to najgorszy wynik od 2012 roku, ale wiecie co? I co z tego. Tym, co mnie najbardziej cieszy w kwestii liczb, jest utrzymywanie wysokiego odsetka wizyt w kinie – 50 spośród wszystkich produkcji obejrzałam właśnie w kinie (45%). W dodatku tak się jakoś złożyło, że rok w kinie zaczęłam (1 stycznia, La La Land) i rok w kinie skończyłam (31 stycznia, Król rozrywki). Pewnie nigdy już tego osiągnięcia nie powtórzę. No, przynajmniej nie w 2018.

Ale przejdźmy do toplist.

Najgorsze filmy 2017

Zacznijmy od tego, że nie widziałam wielu kiepskich filmów, gdyż staram się ich po prostu nie oglądać – zwyczajnie nie mam na to czasu ani specjalnie mnie to nie bawi. Na co więc nie poszłam? Między innymi na Mumię, Transformers, Mroczną wieżę, Baywatch ani dowolny polski paździerz z Botoksem na czele. W przypadku tych, na które poszłam, i które na listę weszły – autentycznie liczyłam na to, że cokolwiek w danym filmie mnie do siebie przekona, że nie będzie aż tak tragicznie. Niestety, nie wyszło. Co więc zostaje na liście?

5. Liga Sprawiedliwości: koszmarny bałagan, szukanie wymazanych wąsów, pourywane w połowie wątki i najgorszy bad guy w historii kina komiksowego. Jeśli ten film będzie gwoździem do trumny DCEU, to nawet nie będzie mi przykro. (I nie, ta co najwyżej w miarę przyzwoita Wonder Woman nie sprawia, że chciałabym ratunku dla tego uniwersum).

4. Lekarstwo na życie: czemu Dane DeHaan mi to robi i po tak ciekawym początku kariery teraz gra w jakimś koszmarku o zabójczych węgorzach? (I choć nie jest to jego jedyny kiepskawy film w tym roku, to zdecydowanie jest tym najgorszym). I, och, ten film jest w dodatku taki niewyobrażalnie długi!

3. Pierwszy śnieg: dziś wszyscy już wiedzą, że braku funduszy zdjęcia do całości nie powstały, a z dostępnego materiału sklejono jakiegoś potworka, którego nie powstydziłby się doktor Frankenstein. Film, z którego zapamiętamy najbardziej zabójczą dziurę w historii kinematografii.

2. Assassin’s Creed: trzeba było zostać w domu i pograć w dowolną część gry. Byłby to czas zdecydowanie lepiej spędzony. Kolejny przykład na totalne niezrozumienie, jak nie należy przeprowadzać adaptacji gry. Panie Fassbender, czy mógłby pan łaskawie przestać grać w gniotach?

1. Split: moje największe cierpienie na sali kinowej. Gdybym była na niej sama, pewnie zaczęłabym dość szybko okładać się jakimś tępym przedmiotem, by się choć trochę znieczulić. Film pozbawiony sensu, smaku, no czegokolwiek. Na szczęście mechanizm wyparcia dobrze u mnie działa i niemalże całkowicie udało mi się już o nim zapomnieć.

Specjalne wyróżnienie w tej kategorii wędruje do premiery Netflixa, Bright. Kiepski i pełen bajzlu film, który nie znajduje się na głównej liście wyłącznie dlatego, że wciąż daję netflixowym pełnometrażówkom taryfę ulgową i nie każę im konkurować w mojej głowie z produkcjami kinowymi. Zobaczymy, jak pójdzie im w przyszłym roku. Oby lepiej.

Najlepsze filmy 2017

Czy mam w tym roku jakieś braki, których powinnam się wstydzić? Pewnie tak. Wciąż nie widziałam więc choćby Sieranevady, Twojego Vincenta czy A Ghost Story, ale że obejrzałam łącznie 70 premier kinowych i telewizyjnych, to powinno udać mi się ułożyć w miarę zadowalającą listę.

Zacznijmy jednak od tego, czego na niej nie ma, a z czego czuję konieczność wytłumaczenia się – a nie ma na niej The Florida Project, choć film widziałam. Dla wielu to jeden z najlepszych obrazów 2017 roku. Dla mnie był… w porządku? Doceniam i zdjęcia, i kolorystykę, i aktorstwo, w tym występy niewątpliwie bardzo zdolnych dzieci. Ale nie jest to produkcja, która trafia w moją wrażliwość, która sprawiłaby, że na finiszu zaszkliłyby mi się oczy. No nie. Czułam głównie irytację, a film był dla mnie zdecydowanie zbyt wykrzyczany. A jeśli moja poniższa lista ma jakiś klucz, to jest to klucz dość prosty – jak bardzo film mnie ruszył w środku, jak bardzo zostało mi po nim emocjonalne wspomnienie. Przejdźmy więc do sedna! Najpierw 4 wyróżnienia, potem top 10.

*Sing: widziałam go w ciągu roku łącznie trzy razy, a za każdym razem czułam to przyjemne ciepło na końcu i musiałam pilnie szukać paczki chusteczek. Świetnie zaśpiewany, zabawny, z fantastyczną obsadą.

*Coco: Pixar to Pixar, trzyma poziom jak zawsze. Zabrakło jednak czegoś totalnie świeżego, co sprawiłoby, że mógłby w tym roku trafić do top 10.

*Nazywam się cukinia: cudowna szwajcarska animacja, niezwykle dużo (trudnych) emocji, zapadający w pamięć bohaterowie, no i ten plastelinowy design!

*Captain Fantastic: Och, jak mało zabrakło, by ten film wszedł na moją główną listę! Bardzo emocjonalny, bardzo nietypowy, zadaje mnóstwo ważnych pytań – a co najważniejsze, nie daje żadnych jednoznacznych odpowiedzi. Polecam, jeśli Wam umknął.

10. Thor: Ragnarok: najzabawniejszy film w MCU, wyciskający, co tylko się da ze swoich bohaterów. Rozumiem tych, którzy z tegorocznych Marveli wolą Spider-Mana, ale jeśli dziś miałabym wybrać, który z tych filmów chcę obejrzeć ponownie, to bez wahania wybrałabym Thora.

9. Cicha noc: tak się jakoś składa, że z polskiego kina lubię najbardziej smutne dramaty. A Cicha noc to naprawdę dobry smutny dramat, osadzony w faktycznej rzeczywistości, a nie filmowym neverlandzie. No i Ogrodnik świetny jak zawsze.

8. Baby Driver: najlepszy montaż AD 2017. I jeden z tych filmów, przy których po prostu rewelacyjnie bawiłam się na sali kinowej. Panie Wright, uwielbiam pana.

7. Dunkierka: to charakterystyczne tykanie zegara słyszałam w głowie jeszcze długo po seansie. Trzymający na skraju fotela, robiący niesamowite wrażenie stroną wizualną. No i ja tam lubię filmy Nolana, tak generalnie.

6. Logan: Wolverine: najciekawsze ujęcie superhero od czasów, bo ja wiem, X-Men: First Class? Świetnie zagrany, z bardzo dobrym scenariuszem, tempem i emocjami. Idealne pożegnanie Hugh Jackmana w roli.

5. Najlepszy: podręcznikowe połączenie filmu biograficznego i opowieści o podnoszeniu się z dna ze świetną rolą Jakuba Gierszała. Na mnie ta mieszanka działa.

4. Manchester by the Sea: ojej, mało który film potrafi zadać tak mocarny emocjonalny cios, jednocześnie zakładając imadło na gardło. Do dziś nie rozumiem, czemu taki film miał w Polsce tak ograniczoną dystrybucję, ale zdecydowanie warto było stanąć na uszach, żeby go obejrzeć.

3. Wojna o planetę małp: elementy westernu, elementy filmu wojennego, elementy komedii, elementy dramaty – a to wszystko z małpami w rolach głównych. Nie brzmi jak najsmaczniejsze połączenie, tymczasem wypada fenomenalnie. Nie wiem, jak twórcy to zrobili, ale w przypadku małpiej trylogii każda część okazuje się o wiele lepsza od poprzedniej, a przecież już pierwsza była w porządku.

2. Blade Runner 2049: czy jak napiszę, że -dla mnie- jest o wiele lepszy od Blade Runnera sprzed lat, to zostanę zjedzona? Oby nie. To, ile smutku udało się zawrzeć w tych pięknych kadrach, z których każdy można by powiesić na ścianie… Brakowało tylko soundtracku Vangelisa; cała reszta – kino najwyższej próby.

1. La La Land: bo to po prostu 100% mojej wrażliwości, bo muzyki słuchałam jak głupia przez cały rok, bo kolory, bo montaż, bo zakończenie. Ja wiem, że niektórzy zarzucają Damienowi Chazelle, że drugi raz nakręcił ‚to samo’, ale nie mógłby mnie ten zarzut mniej obchodzić, skoro jego Whiplash kocham równie mocno.

SERIALE

W tym roku obejrzałam łącznie 324 odcinki 44 różnych seriali, poświęcając na to łącznie ok. 256 godzin (co jest sporym spadkiem w stosunku do 348 godzin w roku ubiegłym). Dominowały nowe produkcje, z 2016 i 2017 roku, ewentualnie bieżące sezony produkcji nieco starszych. Jeśli chodzi o nadrabianie braków sprzed lat, to udało mi się wreszcie zaliczyć Band of Brothers i rozpocząć przygodę z American Horror Story (aktualnie oglądam 2. sezon). Słabo mi idzie za to z Breaking Bad, ale może w tym roku dotrę wreszcie do 3. sezonu!

Tymczasem – aktualne toplisty.

Najgorsze seriale 2017

Ten rok był dla mnie klęską seriali superbohaterskich. Nie twierdzę oczywiście, że nie ma czy nie będzie już żadnych wartych uwagi produkcji z tego nurtu. Po prostu niektórzy twórcy stracili flow albo dopadło ich zmęczenie materiału. Szczególnie boleśnie wypadło to w wydaniu Netflixowym, gdyż stacja przyzwyczaiła nas przecież do wysokiego poziomu swoich produkcji. Tymczasem w tym roku najpierw dostaliśmy Iron Fista, który dla mnie nie był jeszcze nieoglądalny, a potem dowalono nam The Defenders, których ledwo dałam radę ścierpieć do końca, takie to było złe i nudne. A potem jeszcze ABC dowaliło swoimi Inhumans, przez co na pewien czas straciłam wszelkie zainteresowanie superbohaterami na małym ekranie i nawet nie obejrzałam Punishera.

5. Sherlock S4: czy możemy udawać, że ten sezon w ogóle nie powstał? Wiem, że już przy S3 niektórzy rwali włosy z głowy; ja co prawda wtedy jeszcze dawałam serialowi kredyt zaufania, ale przy S4 miarka się przebrała. To było fatalne.

4. Girlboss S1: nie zmęczyłam do końca. Nieśmieszne, irytujące, choć trzeba przyznać, że ładnie nakręcone.

3. The Defenders S1: jak dla mnie najgorsze, co powstało w ramach Netflixowego MCU. Poważnie, wolałabym oglądać powtórki Iron Fista, niż musieć jeszcze kiedykolwiek wrócić do Defenders.

2. Slasher S2: serial, który chciał być horrorową antologią na miarę AHS. Pierwszy sezon jeszcze dało się oglądać, ale drugi to jakaś straszliwa padaka, której nie polecam absolutnie nikomu.

1. Inhumans S1: czy tu potrzeba komentarza, czy można się po prostu roześmiać? Odpuściłam oglądanie po tym szumnym kinowym wydarzeniu.

Najlepsze seriale 2017

W przypadku seriali jeszcze trudniej obejrzeć ‚wszystko’, niż w przypadku filmów. Tworząc tę listę, zaczęłam od wyliczenia w głowie tego, czego koniec końców nie obejrzałam: Big Little Lies, Dark, Fargo S3. Ale w przypadku seriali chyba już nie wrócą te czasy, by dało się być na bieżąco ze wszystkimi liczącymi się produkcjami. Co finalnie zostało na mojej liście?

5. Mindhunter S1: serial, który totalnie mnie zaskoczył swoim pojawieniem się i pochłonął na kilka dni. Opowieść o początkach profilerów w FBI, przez którą widz ma ochotę coraz głębiej wnikać w psychikę psychopatów. I och, jakaż ona jest fascynująca!

4. The Crown S2: podglądanie życia monarchów jest nieustannie fascynujące, a przy tym naładowane emocjami. Bardzo przywiązałam się do obecnych w pierwszych dwóch sezonach aktorów, więc jestem bardzo ciekawa, jak przyjęta zostanie zmiana obsady w kolejnym sezonie.

3. Stranger Things S2: moja ulubiona grupa dzieciaków w telewizji powraca wraz z kolejną ejtisową falą nostalgii. Wciąga straszliwie i nie puszcza aż do finału. Mam jednak nadzieję, że serial przestanie wreszcie tak torturować biednego Willa!

2. Black Mirror S4: to jest w ogóle „mój” serial tego roku, gdyż odkryłam go dopiero w marcu i hurtem nadrobiłam poprzednie trzy sezony. Jedna z najbardziej ryjących mózg produkcji science fiction, skoncentrowana na ludzkich słabościach i wadach. Charlie Brooker ma w moim sercu swój ołtarzyk.

1. The Handmaid’s Tale S1: zwycięzca mógł być tylko jeden. Fenomenalne aktorstwo, praca kamery, montaż, muzyka… Fabularnie wyciska, co tylko się da z poruszającego literackiego pierwowzoru, po czym zaczyna dodawać co nieco od siebie, by tworzyć grunt pod kolejny sezon. Jak na razie radzi sobie z tym świetnie, oby i w 2018 roku utrzymał ten niebotycznie wysoki poziom.

KSIĄŻKI

Zaznaczę to od razu – w przypadku toplist książkowych w ogóle nie planuję trzymać się dat wydania i skoncentruję się wyłącznie na tym, co w danym roku czytałam. Aczkolwiek trzeba przyznać, że trafiały mi się raczej aktualne lektury, z tego czy ubiegłego roku, a także pozycje, które za sprawą ekranizacji przeżywały w tym roku drugą młodość. Ach, tak, przeczytałam łącznie 44 pozycje, czyli nieco więcej niż ubiegłoroczne 28. Wszystko za sprawą powołanego do życia podcastu Czytu Czytu, przez który w drugiej połowie roku musiałam trzymać reżimowe tempo lektury. Zdecydowanie się opłaciło!

Najgorsze książki 2017

5. „Asystent czarodziejki”, Aleksandra Janusz: urwana w losowym momencie niezbyt porywająca opowiastka fantasy, fabularnie kojarząca się nieco z zapisem sesji RPG. Po kolejne części nie sięgnę.

4. „Milion odsłon Tash”, Kathryn Ormsbee: niezbyt udana próba przybliżenia czytelnikom aseksualnej bohaterki, przy jednoczesnym braku umiejętności zrezygnowania z prowadzenia licznych wątków miłosnych właściwym powieściom dla nastolatek.

3. „Oskarżenie”, Remigiusz Mróz: absolutnie najgorsza książka autora, którą miałam nieprzyjemność czytać. Nigdy więcej.

2. „The Drowned Detective”, Neil Jordan: ni to kryminał noir, ni to ghost story. Na pewno nudno, ekstremalnie nudno.

1. „Początek”, Dan Brown: największa literacka kupa, nawet na tle wcześniejszych powieści Browna. Jeśli macie jakichś wrogów w swoim życiu, podarujcie im „Początek”.

Najlepsze książki 2017

10. „TO”, Stephen King: jak to u Kinga – jak jest dobrze, to jest bardzo dobrze; jak jest źle – nic, tylko uderzać głową w blat stołu. W większej mierze to jednak świetna, rozbudowana historia o ludzkich lękach i wpływie dzieciństwa na późniejsze życie.

9. „Wiara”, Anna Kańtoch: osadzony w czasach PRL kryminał trzymający w napięciu aż do ostatniej strony. Spodoba się nawet tym, którzy od kryminałów stronią.

8. „Czterdzieści i cztery”, Krzysztof Piskorski: fantastyczna podróż do świata romantyków zmieszanego ze steampunkowymi nutami, równoległymi wymiarami i spotkaniami z niezwykłą obcą rasą. Do tego dająca się lubić protagonistka i angażująca historia.

7. „Światło, którego nie widać”, Anthony Doerr: zasłużony zdobywca Pulitzera za osadzoną w czasach II wojny światowej opowieść o niewidomej Francuzce i dobrym Niemcu. Może nieco sztampowe, ale za to jak dobrze napisane.

6. „Rdza”, Jakub Małecki: prosta historia o mieszkańcach pewnej wsi, chwytająca za serce uniwersalną problematyką i zachwycająca pisarskim kunsztem autora. Jakub Małecki to moje najważniejsze literackie odkrycie roku.

5. „Okruchy dnia”, Kazuo Ishiguro: najsłynniejsza powieść tegorocznego Noblisty, na wskroś brytyjska, nostalgiczna i nastrojowa.

4. „Siedem minut po północy”, Patrick Ness: niezwykle wzruszająca opowieść o radzeniu sobie ze stratą bliskich i własnymi trudnymi emocjami, jak bezsilność, smutek czy gniew. Mądra, poruszająca, a do tego – pięknie ilustrowana.

3. „Opowieść podręcznej”, Margaret Atwood: jak wspominałam przy serialu – bardzo wstrząsająca, a przy tym, niestety, szalenie aktualna opowieść o całkowitym uprzedmiotowieniu kobiet. Chwyta mocno i nie puszcza.

2. „Siedemdziesiąt dwie litery”, Ted Chiang: najlepsze opowiadania science fiction, jakie miałam w ręku. Każde inne, każde oparte na niezwykle ciekawym koncepcie. Jeśli podobał się Wam filmowy Arrival, ruszajcie po Chianga do księgarni.

1. „Czasomierze”, David Mitchell: powieść spajająca uniwersum kreowane przez Mitchella we wspólną całość, a jednocześnie fascynująca opowieść o życiu pewnej kobiety w kolejnych dekadach. Dla miłośników „Atlasu chmur” pozycja obowiązkowa.

GRY

Ok, tu będzie krótko. W 2017 grałam głównie w dwie produkcję: w Wiedźmina 3, gdzie najpierw dokończyłam podstawkę, a później zabrałam się kolejno za oba rozszerzenia – Serca z kamienia oraz Krew i wino. I tak, Serca… to zdecydowanie jedna z moich ulubionych growych fabuł, bijąca na głowę większość z tego, co Wiedźmin miał mi do zaoferowania w podstawce (a do której to podstawki mam jednak sporo zastrzeżeń). Krew i wino już tak wybitne nie jest, ale zaskakuje długością rozgrywki i gabarytami nowej zawartości niespotykanymi w dzisiejszych rozszerzeniach.

Drugim tytułem, który zajmował mi ten rok, był Dishonored, w tym przypadku także z wszystkimi DLC. I jestem już pewna, że totalnie uwielbiam tę serię, to uniwersum, a co najważniejsze – ten gameplay. Dawno nie czułam w grze takiej swobody i takiej prawdziwie wolnej ręki jeśli chodzi o wybór sposobu, w jaki chcę grać. Równie dobrze bawią się przy nim ci, którzy stawiają na skradanie i przejście każdej mapy niewykrytym, jak i ci bardziej morderczy, jak ja, którzy zostawiają za sobą morze trupów, szczurów i chaosu. Świetna, świetna seria.

Poza tym – na początku roku ukończyłam Torment: Tides of Numenera (jestem na tak), rozgrzebałam Uncharted 3 (acz utknęłam na jednym etapie, gdzie nie umiem wszystkich pozabijać…), a pod koniec roku zaczęłam też Mass Effect: Andromeda (i jak na razie całkiem mi się podoba, ale żadnych zachwytów i trzymania przed ekranem przez długie godziny).

VARIA

W tym roku pięciokrotnie wybrałam się do teatru – dwukrotnie do Rampy, na Broadway Exclusive i Jesus Christ Superstar; dwukrotnie do Dramatycznego, na Sługę dwóch panów i Kinky Boots; a także raz do Romy, na Pilotów. Najlepszy spektakl? Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Kinky Boots, ze wspaniałym Krzysztofem Szczepaniakiem w roli Loli. Energia tego przedstawienia jest niesamowita. Gwarantuję, że jeszcze długo po wizycie w teatrze będziecie nucić pod nosem te melodie.

Odwiedziłam też Filharmonię, pierwszy raz od lat, by udać się na koncert Queen Symfonicznie. Pod względem aranżacji wypada naprawdę dobrze, ale hej, to przecież Queen, Queen zawsze brzmi świetnie.

Teatr w kinie… Cóż, w tym roku ani razu (!). Chyba moja największa kulturalna wtopa. Tak się jednak składa, że mój grafik nie jest teraz szczególnie kompatybilny z terminami pokazów.

Więcej grzechów nie pamiętam.

APPENDIX

I dla chętnych – obiecany dodatek z wykresami. Enjoy!

  • Piękne te statystyki! Czego używasz żeby podliczyć ilość obejrzanych odcinków? La La Land to jeden z moich ulubionych filmów 2017 roku. Najbardziej poruszył mnie „Manchester by the Sea” – wyszłam z kina totalnie zapłakana. Podobały mi się też Coco, Miło się kłamie w dobrym towarzystwie i Logan. Pierwszy śnieg to był kupa :/
    Co do seriali to najlepsze były: Opowieść podręcznej, Wielkie kłamstewka, Stranger Things, Dark, Fleabag i Jane the Virgin (taką fazę miałam).
    „Wiara” – świetna, powtórzyłam sobie też „Opowieść podręcznej”. „Czasomierze” zamierzam nadrobić :)

    Pozdrawiam

    • Podliczam w Excelu, spisuję sobie wszystko na bieżąco i na koniec roku tylko generuję do tego wykresy. :) Zaznaczam sobie też oglądane odcinki seriali w Episode Calendar, ale stamtąd nie da się niestety generować żadnych danych.

  • Ja tak skrupulatnie to liczę tylko koreańskie dramy i ich przybliżony czas.
    A poza tym, to taki komentarz bez polotu: jak ja lubię te Twoje podsumowania :D

  • O jej, jakie szczegółowe podsumowanie, pięknie się to czyta! Choć oczywiście najbardziej przyjrzałam się książkom, bo to moja pasja. Kilka najlepszych znam!