Podsumowanie roku 2015 ― seriale, gry i reszta

By | 8 stycznia 2016

Uff, to już chyba ostatni tekst podsumowujący miniony rok. Najwyższa pora, w końcu za nami już pierwszy tydzień stycznia. Tym razem nieco mniej szczegółowo, ale obiecuję, że nie zabraknie ani wykresów, ani wymieniania najlepszych z najlepszych. Przed nami seriale, gry i cała reszta, czyli kilka słów o teatrach, konwentach i życiu.

SERIALOWE PODSUMOWANIE ROKU 2015

Zacznijmy od seriali. Rok 2015 był pierwszym, kiedy postanowiłam szczegółowo zacząć notować obejrzane odcinki. Dzięki temu wiem, że przez dwanaście miesięcy widziałam 523 epizody trzydziestu sześciu różnych seriali. Zdecydowanie częściej sięgam po produkcje, których odcinek trwa ok. 40 minut lub dłużej (350 pozycji), rzadziej zaś po tytuły o odcinkach krótszych (173 pozycje). W sumie na oglądanie poświęciłam 18795 minut (co w przeliczeniu daje 313 godzin i 15 minut, czy też 13 dni). Dużo lepiej wypadła pierwsza połowa roku — w drugiej odczułam lekkie zniechęcenie serialami, do tego stopnia, że na jesieni miałam spore problemy, by powrócić do regularnie oglądanych tytułów. Część z nich nadrobiłam dopiero w grudniu, części — nie nadrobiłam do tej pory. Poniżej wykres w minutach (co wydaje mi się bardziej miarodajne od liczby odcinków).

2015varia1

W przypadku doboru oglądanych przeze mnie seriali dużo bardziej niż w przypadku filmów czy książek widoczne jest skupienie się na fantastyce — odcinki seriali tego typu to prawie 2/3 oglądanych przeze mnie w 2015 roku. Głównym winnym są w tym przypadku seriele komiksowe, które wciąż śledzę mimo coraz częstszych narzekań. Czasami sięgam też po animacje (przy czym część z nich również adaptuje komiksy), a niekiedy dla odmiany po komedię, dramat lub kryminał.

2015varia2

Połowę czasu poświęciłam na produkcjom z lat 2010-2015, połowę tytułom starszym. Nie widziałam ani jednego odcinka serialu sprzed 1990 roku, ale w przypadku seriali mocne skupienie się na współczesnych czasach przeszkadza mi o wiele mniej niż w przypadku książek czy filmów. Niestety, coś trzeba wybrać, a nie da się ukryć, że najwięcej rozmów poświęconych tej akurat gałęzi kultury odbywa skupia się wyłącznie na nowościach. Chcąc więc uczestniczyć w dyskursie czy pragnąc po prostu uniknąć spoilerów, widz jest zmuszony do oglądania przede wszystkim tego, co emitowane na bieżąco. Pozostawia to niewiele czasu na nadrabianie zaległości. A przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie i czuję pewną serialową presję.

2015varia3

Wróćmy jeszcze do oglądanych tytułów. Z seriali, które są w tej chwili regularnie emitowane na antenach stacji telewizyjnych (i nieistotne jest, czy ma to miejsce przez większą część roku, czy może co dwa lata), oglądałam 18 różnych tytułów. Do tego można by doliczyć jeszcze dwa, które miały w tym roku sezon ostatni i w związku z tym moja przygoda z nimi dobiegła końca. Dwa bieżące seriale oglądałam i porzuciłam. 14 kolejnych to z kolei produkcje zakończone, które nadrabiam lub powtarzam. Razem daje to 36 różnych seriali i wydaje mi się, że jest to wynik nad wyraz skromny, szczególnie gdy spoglądam na kalendarze serialowe znajomych i widzę w nim większy zbiór śledzonych tytułów na przestrzeni jednego tygodnia czy miesiąca.

Ale dość wykresów i statystyk, skupmy się na tytułach! Tym razem może zamiast toplist — kategorie? Tak oto wyglądał mój serialowy rok 2015.

2015varia4

Najbardziej nieodżałowana serialowa strata — Ascension (2014)

Och, jak ja nie cierpię stacji SyFy. Serio, nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie podarować im decyzję o niekontynuowaniu tego miniserialu, który pokochałam od pierwszych minut. Choć minął już rok, odkąd obejrzałam „Ascension”, i niewiele krócej od oficjalnego ogłoszenia dalszych losów tego tytułu, smutek i złość wciąż są we mnie silne. Nie wiem, kiedy mi przejdzie, ale na razie skutecznie odstrasza mnie to od oglądania jakiegokolwiek innego nowego serialu tej stacji. Przecież nigdy nie wiadomo, czy nie zdejmą go z antenty akurat wtedy, kiedy zdążę się wciągnąć… [Link do recenzji]

Pożegnane z wielkim żalem — Downton Abbey (2010)

Po pięciu latach czas zakończyć odwiedziny u rodziny Crawley. Choć końcowe sezony odstawały poziomem od początkowych, a wraz z upływem lat widownia musiała pożegnać niektóre z najbardziej lubianych postaci, to nie da się ukryć, że był to jeden z tych seriali, na który w okresie emisji niecierpliwie czekałam. Czyżby działała tu magia czasów minionych, podkoloryzowanych i dosłodzonych, tak by cieszyć oko, wzruszać i bawić współczesnego widza? Ostatni odcinek, ku niczyjemu zaskoczeniu, okazał się dodatkową porcją lukru na tym i tak słodkim już wypieku, ale trudno mi się gniewać na Juliana Fellowesa, że każdemu chciał w ostatnich minutach wynagrodzić wcześniejsze życiowe zakręty. Wiem, że koniec był nieunikniony, ale i tak będę tęsknić!

Pożegnane z westchnieniem ulgi — Glee (2009)

Pamiętacie jeszcze, że to był ten rok, kiedy wreszcie, po sześciu sezonach (czyli tak o trzy sezony za późno) skończyło się „Glee”? Ja muszę przyznać, że gdyby nie moje notatki, to z pewnością bym zapomniała. Serial Ryana Murphy’ego przegapił kilka o wiele lepszych momentów na pożegnanie się z widzami. Niestety, wszystkie kolejne próby przywrócenia produkcji do życia, wymiana obsady i zmiana koncepcji, powrót do starej obsady i starej koncepcji, łączenie jednego z drugim, i tak dalej — wszystko to sprawiło, że z sezonu na sezon było tylko coraz słabiej, a widzowie czekali już tylko na kolejne piosenki, gdyż z fabuły niewiele sensownego zostało. Niestety, pod koniec nawet muzyka przestała do mnie przemawiać, cieszę się więc, że przygoda z tym tytułem wreszcie się skończyła. [Link do wielogłosu na Pulpozaurze]

Najbardziej irytujący serial ever — Arrow (2012)

Serio, ja nie wiem, czemu ja jeszcze oglądam ten serial. Po całkiem do rzeczy sezonie numer dwa dostaliśmy okropny sezon trzeci, a teraz leci równie zły sezon czwarty (tak, ma lepszego złego, ale za to bohaterowie stali się o wiele bardziej denerwujący; najwyraźniej coś za coś). Tak, potrafiłabym wymienić kilka zalet tego serialu (John Barrowman, powiązania z „The Flash”… yyy, już mówiłam, że John Barrowman?), ale oglądam go raczej z dziwnie pojętego obowiązku i jako zapychacz podczas wykonywania innych czynności. I pomyśleć, że emitowane równolegle przygody Flasha są takie urocze i sympatyczne! Tymczasem scenarzyści „Arrow” najwyraźniej wciąż nienawidzą swoich bohaterów — stale każą postaciom kłamać, ukrywać tajemnice i robić wszystko, by widz ich nie znosił. Cóż, gratuluję, udało im się.

Najgłupszy serial ever — Gotham (2014)

Pamiętacie jeszcze w ogóle ten serial? Jego początki nie były może spektakularne, ale pozwalały żywić nadzieje, że z czasem będzie lepiej. Tymczasem chyba nawet najwięksi sceptycy nie przewidzieli, że serial z czasem osiągnie poziom takiego absurdu, że swoim idiotyzmem zacznie wręcz bawić. Ostatnia jedna trzecia pierwszego sezonu to festiwal spod znaku „tak głupie, że już śmieszne” — i nie ukrywam, że gdy oglądałam je hurtem, będąc w fazie jakiegoś wisielczego humoru, zaśmiewałam się w głos do ekranu telewizora, czasem mamrocząc pod nosem „no ja nie wierzę, że oni tak na serio”. Lepsze niż kabarety, tylko tu [SPOILER!] postać ot tak wydłubuje sobie oko łyżką, nawet jeśli nie ma to najmniejszego sensu. Wciąż boję się włączyć drugi sezon.

2015varia5

Największe odkrycie wśród seriali niepremierowych — Orphan Black (2013)

Jeśli jeszcze nie oglądacie „Orphan Black”, to rzućcie ten tekst, rzućcie internet, rzućcie życie — i lećcie oglądać. Trzy sezony, czyli trzydzieści odcinków, a każdy jeden to aktorski popis rewelacyjnej Tatiany Maslany, która z uwagi na jakieś skandaliczne niedopatrzenia nie została jeszcze obsypana wszystkimi nagrodami świata. Sam serial to idealna mieszanka dramatu, thrillera, komedii i science-fiction, która wciąga w swój świat od pierwszej sceny pierwszego odcinka — i już nie wypuszcza. To także (a może przede wszystkim?) galeria niezwykle barwnych, charakterystycznych postaci, którym bardzo szybko zaczyna się kibicować. A spiski i tajemnice? Schodzą na dalszy plan.

Najlepszy powracający serial — Broadchurch (2013)

Nie ma wystarczająco wielu słów, bym była w stanie oddać, jak bardzo uwielbiam „Broadchurch”. Wiem, że drugi sezon nie wszystkim przypadł do gustu — wątek kryminalny był tym razem na drugim planie, a najważniejszą część stanowił dramat sądowy, poświęcony sprawie z sezonu pierwszego. Tym, co najbardziej pociąga mnie w „Broadchurch” (pomijając Davida Tennanta ;)) są bohaterowie i ich punkty widzenia. Pod tym względem sezon drugi nie zawodzi, nowe postaci są niesamowite i od razu skupiają na sobie uwagę, ale nic dziwnego, gdyż jak to w brytyjskiej telewizji — oglądamy występy znakomitych aktorów (w drugim sezonie dołączają m.in. Charlotte Rampling i James D’Arcy). Polecam bardzo.

Najlepszy zakończony serial, jaki nadrobiłam w całości — The Legend of Korra (2012)

Nie oglądam zbyt często seriali animowanych (w tym roku, prócz Korry, jeszcze tylko „Wolverine and the X-Men” oraz początek „Batman: The Animated Series”), ale zaczynam się zastanawiać, czy nie powinnam tego zmienić. Wszystko przez to, że obejrzana w tym roku „The Legend of Korra” okazała się jednym z lepszych tytułów, jakie poznałam. Jeśli szukacie opowieści, w której znajdziecie wspaniałą bohaterkę, ciekawy świat przedstawiony, wartką akcję, humor, a do tego najsłodsze zwierzaki serialowego świata, to sprawdźcie koniecznie. Mnie zaś pozostaje czekać na komiksową kontynuację, która nadejść ma na jesieni 2016 roku.

Największe zaskoczenia wśród seriali premierowych — Galavant (2015) / Scream (2015)

Dwa skrajnie różne seriale, z jedną cechą wspólną — realizują gatunki, których nie kojarzymy z materiałem na serial, a w dodatku robią to w sposób zaskakująco udany. „Galavant” to komediowy musical (właśnie powrócił z drugim sezonem!), pełen absurdalnego humoru i wpadających w ucho piosenek pisanych przez samego Alana Menkena (czyli autora muzyki z większości animacji Disneya lat 90.). Z kolei „Scream” udowania, że horror-slasher sprawdzi się w formacie serialu oraz że można z powodzeniem przenieść uznaną markę z dużego na mały ekran, i choć wprowadza zupełnie nowych bohaterów oraz rezygnuje z charakterystycznej maski mordercy, to pozostawia jeden z najlepszych elementów serii: aspekt meta.

2015varia6

Powody, dla których kocham Netflix — Daredevil (2015) / Jessica Jones (2015)

Gdy czytacie te słowa, Netflix jest już w Polsce, a pewnie nawet w domach wielu z Was. Patrząc na to, jakie tytuły otrzymaliśmy w tym roku dzięki tej firmie, trudno się dziwić temu, że obecność Netflixa w kolejnych krajach to w ostatnich dniach temat numer jeden na stronach związanych z popkulturą. Ja jestem Netflixowi wdzięczna przede wszystkim za dwa najlepsze seriale superbohaterskie, jakie do tej pory zaoferowała nam telewizja — „Daredevila” i „Jessicę Jones”. Uwagę przykuwa nie tylko dwójka odmiennych od siebie, ale świetnie wykreowanych i zagranych protagonistów, lecz przede wszystkim ich przeciwnicy. O ile bowiem MCU w filmach kinowych zarzuca nas niezapadającymi w pamięć, niepogłębionymi sylwetkami villainów, o tyle obydwa seriale czynią z głównych złoczyńców pełnokrwiste postaci, którym można czasem współczuć, którzy budzą sprzeczne emocje. Warto, nawet jeśli nie jest się fanem konwencji superhero.

GROWE PODSUMOWANIE ROKU 2015

Jako że to już 22. strona podsumowań, o grach postaram się napisać skrótowo. Jak to przez ostatnie lata bywało — nie grałam dużo. Poświęciłam czas na dwadzieścia tytułów, z czego większość stanowiły gry przygodowe (zarówno te bardziej tradycyjne, jak i ich młodsza i nieco uproszczona odmiana, tzw. hidden object games). Przygodówki nie zajmują bardzo wiele czasu i dzięki temu zaczęte tytuły w większości ukończyłam (z tytułów napoczętych mam już tylko „The Longest Journey”, które przechodzę ponownie po latach, oraz sezon pierwszy „The Walking Dead”, o którym po prostu stale zapominam, że wciąż go nie skończyłam).

2015varia7

Godzinowo najwięcej czasów pochłonęły mi erpegi, choć ilościowo była to raptem jedna czwarta wszystkich tytułów. W dodatku… żadnego z nich nie skończyłam. Porzuciłam „Divinity: Original Sin” (24 godziny) oraz „Pillars of Eternity” (30 godzin), ponieważ ani świat, ani fabuła nie porwały mnie na tyle, bym wytrzymała kolejne kilkadziesiąt godzin powtarzającego się gameplayu, którego mozolność i powtarzalaność nie bawi mnie już niestety w takim stopniu, co dziesięć lat temu. Może po prostu się starzeję… a może mimo starań te gry nie mają w sobie po prostu tej samej magii, co „Divine Divinity” czy „Baldur’s Gate”.

Kolejne 28 godzin spędziłam w świecie „Deus Ex: Human Revolution”, co było moim pierwszym spotkaniem z tą serią — i utwierdziło mnie w przekonaniu, że chyba po prostu nie lubię cyberpunka. Jasne, bieganie postacią wyposażoną we wszczepy jest świetne, ale już fabuły kręcące się wokół złych korporacji i spisków — zupełnie mnie nie pociągają. DE: HR nie dokończyłam jednak z innego powodu. W drugiej połowie gry rozgrywka staje się po prostu zbyt prosta i schematyczna, a przez to przestaje mnie bawić. Całkowicie rozumiem osoby urzeczone tym tytułem, ale po prostu nie jestem jedną z nich. Choć może kiedyś spróbuję jeszcze sięgnąć po wersję reżyserską.

2015varia8

Napoczęłam też, po raz drugi, „Wiedźmina 2” (ok. 24 godziny w 2015 roku), którego porzuciłam niegdyś w drugim akcie, grając zaraz po premierze. Tym razem zaszłam nieco dalej, ale wciąż nie mam pewności, czy kiedykolwiek tę grę dokończę, ponieważ gameplay irytuje mnie straszliwie — i to od samego początku, więc nie jest to kwestia wyłącznie znudzenia i rutyny. To raczej pytanie, czy jestem w stanie kontynuować tę drogę przez mękę, tylko po to, by poznać fabułę. Może jednak lepiej będzie obejrzeć jakiś skrót fabularny na YouTubie…?

2015varia9

Rekordzistą, ze 113 godzinami w samym roku 2015, jest jednak „Dragon Age: Inquisition”, czyli trzecia część serii BioWare, wydana pod koniec 2014 roku. Choć nie wszyscy zakochali się w tym dark gritty fantasy, nie wszyscy polubili sterowanie i system rozwoju postaci (w części pierwszej nieco oldschoolowy, w kolejnych — już znacznie uproszczony), nie wszyscy lubią zarządzać drużyną bohaterów i nie każdy ma te setki godzin wolnego czasu, by wykonywać dziesiątki zadań pobocznych — ja cykl uwielbiam od czasów „DA: Origins” wydanego w 2009 roku, przy którym od dnia premiery spędziłam ponad 250 godzin. W „DA: I” nie zagrałam zaraz po premierze tylko dlatego, że mój sprzęt był już nieco zbyt leciwy, bym mogła uruchomić grę w najwyższej możliwej jakości, a w innej przecież nie godziło mi się grać w ukochaną serię. W listopadzie, po zdobyciu nowej karty graficznej, zaczęłam nadrabiać ten karygodny brak. I tak dziś, w roku 2016, po 124 godzinach, wciąż gry nie skończyłam. Ale zrobię to, och, z pewnością zrobię. To przecież Dragon Age.

Jeśli miałabym wyróżnić jeszcze jakieś tytuły, którym poświęciłam w tym roku czas, to wzmianki należą się dwóm grom. Pierwsza to platformówka z mojej ukochanej serii, „LEGO Star Wars: The Complete Saga” (36 godzin). Zasiadłam do niej, by nastroić się przed premierą filmu — w grze przechodzimy bowiem przez fabuły poprzednich sześciu części. Bardzo lubię relaksujący gameplay platformówek od Lego, ale tym, co lubię najbardziej, jest mania zbieractwa. Samo przejście każdego poziomu to dopiero początek przygody — potem należy przejść go jeszcze raz, innymi bohaterami, by odkryć wszystkie sekrety, znaleźć znajdźki, zebrać każdą grywalną postać. Wreszcie — każdy poziom możemy przejść po raz trzeci, w trybie wyzwania, na czas, zbierając jeszcze inne fanty. Stety lub niestety, gry Lego maniakalnie przechodzę na 100% (mam już tak wymaksowane dwa tytuły, Lord of the RIngs oraz Marvel Super Heroes), tak więc moja przygoda ze Star Wars wciąż nie dobiegła końca — obecnie mam ukończone ok. 90% gry.

Trzecim ważnym tytułem tego roku jest gra przygodowa „Life is Strange” (20 godzin), tegoroczna produkcja od studia Dontnod Entertainment, wydawana w epizodach w okresie od stycznia do października. Ja przeszłam całość w ciągu może trzech posiedzeń i byłam zauroczona — historią, klimatem, postaciami, ścieżką dźwiękową i reżyserią. Gorzej niestety wypada sama rozgrywka — możliwości bohaterki, która potrafi cofać czas, są mocno ograniczone przez gameplay oraz deaktywowane wtedy, gdy twórcom wygodnie, z kolei typowych dla gier przygodowych zagadek w grze nie ma wiele i są wyjątkowo proste. W pewnym momencie otrzymujemy też zupełnie niepotrzebny i niesłychanie toporny fragment skradanki. Na szczęście, w przypadku tego tytułu nie jest to szczególnie istotne, a na wady można przymknąć oko, ponieważ pierwsze skrzypce gra tu fabuła i przywiązanie do bohaterów. Polecam, nawet jeśli zwykle nie grywacie w gry komputerowe.

PODSUMOWANIE ROKU 2015 — VARIA

Co jeszcze robiłam w 2015 roku? Jeśli chodzi o kulturę — zaczęłam chodzić na kinowe transmisje z innych wydarzeń, takich jak spektakl teatralny czy baletowy. Widziałam „Hamleta” z Benedictem Cumberbatchem, „The Audience”, „Man and Superman”, „Koriolana”, „Jane Eyre” oraz „Dziadka do orzechów”. Bywałam też w teatrze tradycyjnym — choćby w Romie na „Mamma Mia!” [link do recenzji] oraz w Poznaniu na musicalu „Jekyll & Hyde”. Nie jest to może powalająco ogromna liczba wyjść, ale nie ukrywam, że dużo trudniej zebrać mi się na podobny wypad, zwłaszcza że o ile na filmy w kinie bez najmniejszych problemów chadzam sama, to w teatrze zdecydowanie wolę mieć towarzystwo, a nie jest to wcale takie proste. Odwiedziłam także dwa konwenty — warszawską Avangardę w sierpniu (udaną towarzysko, średnio udaną programowo) oraz krakowski Serialkon (bardzo udany w każdym aspekcie) w listopadzie. Mam nadzieję, że także w 2016 roku nie zabranie mnie podczas tych wydarzeń.

2015varia10

Cóż poza tym… Nie da się ukryć, że większość życia pochłania mi nie kultura, a praca — a każdy, kto mnie zna, wie, że wolałabym te osiem godzin dziennie (plus dojazdy, plus przerwa… wychodzi ponad 10 godzin na dobę, przerażające!) spędzać na oglądaniu filmów i seriali, czytaniu książek, chodzeniu do teatru, graniu, i tak dalej, i tak dalej. W dodatku w wakacje poświęciłam blisko trzy miesiące na tłumaczenie książki po pracy, więc tym gorzej dla czasu wolnego. Nie chcę przesadnie narzekać, ponieważ moja praca w gruncie rzeczy nie jest taka zła, a w dodatku pozwala na takie fanaberie jak jechanie do innego miasta, by pójść do teatru, czy też wykupienie abonamentu na kino, zaś w listopadzie spędziłam służbowo bardzo przyjemny tydzień w Berlinie, ale mimo wszystko nie umiem nie czuć żalu, kiedy patrzę na liczbę godzin rocznie, jaką pochłaniają mi nie przyjemności, a obowiązki. Tak, to jest akapit, w którym stwierdzam, że wciąż nie umiem pogodzić się z losem dorosłego człowieka i chciałabym wrócić na studia. I tym nieszczególnie optymistycznym akcentem zamykam cykl podsumowań. Powodzenia w 2016 roku!

4 thoughts on “Podsumowanie roku 2015 ― seriale, gry i reszta

  1. Agata

    Hmm też jeszcze nie umiem się pogodzić z życiem dorosłego człowieka, studia wróćcie! Niestety nigdy nie liczyłam oglądanych przez siebie odcinków, a szkoda. Mogłaby wyjść przerażająca liczba godzin :P Ascension faktycznie nieodżałowane, skończyło się właściwie zanim na dobre się zaczęło. Zaczęłam ostatnio oglądać The Expanse stacji SyFy i zapowiada się całkiem ciekawie. A potencjał miało spory. Choć zakończenie DA było cukierkowe i przesłodzone to i tak będę tęsknić. Nie wiem co ja będę teraz oglądać. Z seriali superbohaterskich oglądam tylko Daredevila i Jessicę Jones, Arrow i Gotham porzuciłam w trakcie a Flasha w ogóle bałam się ruszać. Galavant jest świetny :)

    Reply
    1. Oceansoul

      „The Expanse” może dam kiedyś szansę, ale poczekam, aż będzie tego więcej i będą opinie o całości. :) Na razie chciałabym spróbować pooglądać trochę więcej zakończonych seriali, ponadrabiać niektóre braki.
      Też nie mam żadnego dobrego wypełniacza na miejsce DA. Ale pewnie Brytyjczycy mają jeszcze coś równie uroczego, będę szukać. :)

  2. Mateusz Cioch

    Oglądałem „Orphan Black” jak wychodził pierwszy sezon i czekałem potem na kolejny, ale jak już wyszedł, to jakoś nie chciało mi się wrócić, a tu widzę, że już trzeci jest. Na pewno nadrobię. Kiedyś… Podobnie było z „Legendą Korry”. Zatrzymałem się na którymś odcinku. Dobrze, że zaznaczam na filmwebie, które odcinki obejrzałem.

    „Broadchurch” obejrzałem dwa sezony pod rząd, drugi podobał mi się chyba bardziej, świetna była ta patologiczna para.

    Z pozostałych seriali, które opisujesz, nie oglądałem żadnego i muszę przyznać, że żaden mnie nie zachęca. Jeśli chodzi o seriale z 2015, to mnie najbardziej przypadły do gustu „Bloodline”, „The Jinx: The Life and Deaths of Robert Durst” i „UnREAL” http://pandziejaszek.blogspot.com/2015/08/rozkminka-o-nierzeczywistym.html
    a jeśli chodzi o kolejne sezony, to „The Affair”.

    Z grami to jestem zupełnie na bakier, ale „Life is Strange” wygląda jak coś, co mogłoby mi się spodobać.

    Reply
    1. Oceansoul

      Do pilnowania seriali – zarówno w kwestii, które odcinki już się obejrzało, jak i żeby nie musieć pamiętać, kiedy wraca kolejny sezon – świetne są kalendarze serialowe. Ja od paru lat korzystam z https://episodecalendar.com/, polecam. :)

      „The Affair” kiedyś na pewno obejrzę, tylko jeszcze się nie zebrałam. Z pozostałych – „Bloodline” wygląda zachęcająco, pewnie nadrobię, jak już będę mieć Netflixa. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *