Loading...
Literatura

Po co nam audiobooki?

Dzisiejszą refleksję porównać mogę do religijnego objawienia, jakiego nagle i niespodziewanie doznał zagorzały ateista. Poniższe refleksje dotyczące audiobooków spisuję więc nie z punktu widzenia odwiecznego wiernego niepotrzebującego żadnej zachęty, a neofity, który jeszcze nie tak dawno temu kwestionował ich użyteczność.

Przez długi czas audiobooki wydawały mi się rozsądną alternatywą jedynie dla tych, którym stan wzroku nie pozwala na lekturę wydań papierowych bądź elektronicznych. Przecież lektor czyta na głos wolniej niż robię to ja sama, w dodatku poprzez dobór intonacji dokonuje wstępnej interpretacji tekstu zamiast czytelnika. Monotonne słuchowisko usypia, a na tekście słuchanym trudno się skoncentrować — wystarczy chwila nieuwagi, by zgubić kilka zdań czy akapit. Po co więc decydować się na wersję audio, skoro pod ręką mam druk albo e-booki?

Tym, co mnie natchnęło do ponownego spróbowania przygody z audiobookami, było uświadomienie sobie, jak wiele czasu wypełniają mi w ciągu dnia czynności, które nie są na tyle zajmujące, by trzeba im było poświęcać sto procent uwagi, a jednocześnie na tyle inwazyjne, że podczas ich wykonywania niemożliwe jest trzymanie książki nawet w jednej ręce. Tymczasem odtwarzacz mp3 wygodnie spoczywa w kieszeni, kiedy:
— chodzę; tak, chodzę całkiem sporo, zwłaszcza po codzienne zakupy czy na pocztę; nie opanowałam jeszcze sztuki szybkiego poruszania się z czytnikiem w jednej ręce i wzrokiem utkwionym w tekście, więc audiobook sprawdza się idealnie — chodzenie czy pakowanie rzeczy do sklepowego koszyka z reguły wykonuje się na tyle automatycznie, że można całą uwagę poświęcić słyszanemu tekstowi;
— wykonuję wszelkie prace domowe; wstaw tu cokolwiek — gotowanie, wieszanie prania, prasowanie, mycie podłóg, wycieranie kurzy… chyba tylko przy odkurzaniu odpada (o ile ktoś nie ma bardzo cichego odkurzacza lub bardzo dobrych słuchawek); tygodniowo to kilka dodatkowych godzin z książką;
— ćwiczę; wcześniej na siłowni przebywałam z czytnikiem e-booków, ale że aktualnie czekam na pokrowiec do Kindle, postanowiłam spróbować z mp3 — i okazało się to nieco wygodniejszym rozwiązaniem, w końcu nie trzeba odrywać się nawet na chwilę od wykonywanych czynności, by przerzucać strony;
— poruszam się komunikacją miejską; tu też bardzo dobrze sprawuje się czytnik, ale zdarzają się takie dni, gdy jadę obwieszona masą tobołów, a jedną rękę muszę się jeszcze czegoś trzymać, żeby się przypadkiem nie przewrócić — brakuje więc wolnej ręki na książkę; audiobooki nie mają tego problemu;
— zasypiam; lubię czytać przed snem, ale przychodzi taki moment, kiedy światło już za bardzo mnie razi, a oczy nie chcą skupiać się na tekście — a mimo to mózg da radę jeszcze trochę popracować przed wyłączeniem się; wtedy po prostu leżę w ciemności ze słuchawkami na uszach; to w gruncie rzeczy najprzyjemniejsze chwile z audiobookami, przypominają trochę… bajki na dobranoc, jakie dawno, dawno temu czytywali albo opowiadali bliscy; w dodatku moja wyobraźnia pracuje wówczas na zwiększonych obrotach, nie muszę koncentrować się na składaniu liter w słowa i zdania, więc całą moc poświęcam na wyobrażanie sobie scen, o których czyta lektor.

Jak się okazało, główną różnicą między moimi wrażeniami teraz a kiedyś jest czas i sposób odsłuchiwania. Gdy pierwszy raz zabrałam się za audiobooka, odtwarzałam go po prostu na komputerze albo wieży stereo, przez głośniki, a sama siadałam gdzieś na kanapie i próbowałam słuchać. Dziś już wiem, że lepiej przemawia do mnie dźwięk w słuchawkach, jest jakoś tak „bliżej” mojego odbioru, oraz połączenie słuchania z jakąś prostą, mechaniczną czynnością — wtedy skupiam się przede wszystkim na tekście, a zarazem nie zastygam niczym pomnik i nie wybiegam myślami do innych rzeczy.

Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły na to, gdzie i kiedy dobrze korzystać z audiobooków — podzielcie się, może też podchwycę te zwyczaje. W końcu obcowania z książką, w dowolnej formie, nigdy za wiele. Chętnie przyjmę też rekomendacje polecanych nagrań — jak na razie dysponuję tylko kolekcją „Mistrzowie słowa” z Agory, „Grą Endera” i „Mówcą umarłych” Orsona Scotta Carda, a w dalszych planach mam „Blade Runnera”, którego próbki niesłychanie mnie zauroczyły.

  • A ja wciąż trwam nieprzejednanie w ateizmie… Kilka lat temu, za czasów szkolnych, próbowałam odsłuchać Sienkiewicza – usnęłam. Kilka razy. (Aczkolwiek ile w tym winy nośnika, nie jestem pewna).
    Niezobowiązujących lektur próbowałam podczas jeżdżenia na rowerze, co w pewnym stopniu nawet się sprawdzało. W pewnym tylko, bo samotne przejażdżki są dla mnie ostatecznością, więc zdarzają się rzadko, no a co istotniejsze – nie potrafię skupić się na słuchaniu. Jestem typowym wzrokowcem, w dodatku wciąż odpływającym myślami, i o ile znaki wizualne zatrzymują te potoki skojarzeń, to głos absolutnie nie jest w stanie. Nie ma znaczenia, czy płynie z taśmy, czy ktoś obok czyta mi tekst, i tak stracę wątek. (W zasadzie audiobook mógłby być niezłą formą terapii, ale ograniczę się jednak do samych wykładów ;)).

    • W ostateczności audiobook może posłużyć w takim razie jako lek na bezsenność. :)

      Co do tego bycia wzrokowcem, to słyszałam też taką teorię, że w przypadku wielu osób wynika to z faktu, że przez większość życia rozwijali zmysł wzroku dużo więcej i silniej. A na słuch raczej się nacisku nie kładzie, np. w nauczaniu. Nawet w przypadku nauczania języków obcych często kompetencje słuchowe są zaniedbywane. Tak więc często nie do końca wiemy, czy tak naprawdę jesteśmy wzrokowcami czy słuchowcami, bo nie daliśmy obu zmysłom równej szansy. Ale to tylko taka ciekawostka. :)

    • Wydaje się zasadne, szczególnie jeśli spojrzeć pod kątem skomputeryzowanych czasów, gdzie to obraz jest najważniejszy. Chociaż ja twierdzę, że wychowywałam się jeszcze w tym starym systemie, bez komórek i internetu w podstawówce, ogólnie z mniejszym natężeniem elektroniki i reklamizacji, a i tak podpadam pod wszystkie punkty modelowego wzrokowca. ;)

  • Audiobooki to również i moje całkiem niedawne objawienie. Wcześniej posłuchiwałam książek na krążkach, ale to mnie wiązało do wieży, która znajduje się na dole w głównym pokoju. Ostatnio zaś wykupiłam sobie prenumeratę audiobooków na audible (serwis amazona), głównie z tego względu, że oferują książki w wersji nieskróconej, w przeciwieństwie do audiobooków na CD, które w Niemczech wszystkie bez wyjątku są okrojone (czego sobie nie życzę:-)). W prezencie dostałam zgrabną empetrójkę i okazało się, że bardzo praktyczne jest słuchanie podczas sprzątania mieszkania oraz chodzenia dla sportu z kijkami. Właśnie wypróbowuję sobie, gdzie się da słuchać, a gdzie nie, i w ogóle jestem wniebowzięta:-)) Rewolucja prawdziwa, po Mikołaj przyniesie w tym roku czytnik, a wtedy to już w ogóle, sciencie fiction jakieś:-)…

    • O, to mnie trochę zmartwiłaś tymi skracanymi audiobookami, muszę się zacząć przyglądać, czy przypadkiem takich nie mam albo nie planuję kupować. Też by mi się to nie uśmiechało, a nie mam pojęcia, jak wygląda ta kwestia na polskim rynku.
      Ha, niedługo więcej będziemy „czytać” z wszelkich innych nośników, a z papieru w ostateczności, jak cała elektronika padnie… :D

  • Fka

    Jestem zwolenniczką książek papierowych, ale miałam kilka podejść do słuchania audiobooków. Doszłam do wniosku, że zwykłe audiobooki, takie gdzie tekst jest czytany przez jedną osobę do mnie nie trafiają. Zbyt łatwo się rozpraszam, jeden głos mnie nuży. Ale miałam również przyjemność przesłuchać „Gry o tron”, z narratorem, podziałem na role i efektami dźwiękowymi. Coś niesamowitego ;) wręcz można poczuć klimat powieści. Ani razu w trakcie słuchania nie odpłynęłam myślami. Dlatego jeśli chodzi o takie audiobooki jestem jak najbardziej za ;) Mogę się wtedy położyć na łóżku i odpłynąć w świat powieści.

    • To w takim razie polecam Ci „Blade Runnera” i „Narrenturm”, też są nagrane w wersji pełnego słuchowiska i brzmią rewelacyjnie, przynajmniej w darmowych fragmentach, które przesłuchiwałam. :)
      „Grze o tron” muszę się bliżej przyjrzeć (czy raczej: przysłuchać), bo z wersją papierową nie miałam jeszcze do czynienia, ale ten audiobook brzmi bardzo zachęcająco.

  • W Polsce większości audiobooków chyba jednak nie skracają, z tego, co wiem. Haniebna praktyka, notabene, której nie potrafię zrozumieć. I chwała audible za to, że produkują własne, nieokrojone, czytane przez świetnych lektórów.

  • Hm, ja wciąż nie wiem, co z audiobookami począć. Z jednej strony bezskutecznie próbowałam kiedyś przesłuchać „Miasteczko Salem” (głos lektora z jakiejś przyczyny mocno mnie irytował – może dlatego, że nie wywołuje tak barwnych wizualizacji, jak tekst), z drugiej – jakoś szczególnie nie próbowałam się przekonać. Podczas chodzenia, rysowania i innych robótek artystycznych zdecydowanie wole muzykę (znacznie zwiększa moje tempo poruszania się i nie chcę zaburzać sobie obrazu, którego plan „z głowy” właśnie przelewam na papier jakimiś innymi wizualizacjami). Przy innych pracach domowych i tak większość dźwięków zagłusza telewizor dziadka.;) Czyli jestem raczej sceptyczna, ale zdecydowanie daleko mi do nastawienia „na nie”. Tylko nie bardzo widzę u siebie jakieś miejsce dla książki słuchanej.

    • No ja właściwie nie mam telewizora (tzn. telewizor sam w sobie mam – ale bez żadnej telewizji), dlatego audiobooki tak mi się spodobały jako wypełnienie dźwiękowe do codziennych czynności. A z lektorami może po prostu różnie bywa i jedni się podobają bardziej, a inni mniej lub wcale? Może spróbuj ze słuchowiskiem? W ostateczności zostaje słuchanie na nudnych wykładach czy coś… :D

    • Powiem Ci, że naprawdę bardzo wiele zależy od doboru lektora. Dla mnie wygrał i przekonał do audiobooków Roch Siemianowski w Grze Endera. Polecam ogromnie!

    • Mogę się pod tym podpisać, „Gra Endera” jest naprawdę świetna, można powiedzieć, że dynamiczna. Jestem już pod koniec i nie zdarzyło mi się jeszcze ‚odpłynąć’ podczas słuchania. :)

  • Początkowo miałam skomentować ten wpis klasycznym: „mnie audiobooki usypiają, słuchanie trwa strasznie długo” itp. Ale zdanie „lepiej przemawia do mnie dźwięk w słuchawkach, jest jakoś tak „bliżej” mojego odbioru, oraz połączenie słuchania z jakąś prostą, mechaniczną czynnością — wtedy skupiam się przede wszystkim na tekście, a zarazem nie zastygam niczym pomnik i nie wybiegam myślami do innych rzeczy.” dało mi do myślenia i sprawiło, że postanowiłam spróbować posłuchać książki w pracy. I, o dziwo: można! :) W mojej pracy zazwyczaj dobre 5-6 godzin wykonuję właśnie proste czynności, które nie wymagają większego skupienia. Zrzuciłam więc zakurzony „Xanth” na telefon komórkowy, wyposażyłam się w słuchawki i trzy dni pracy na nocną zmianę od razu stały się ciekawsze :D Może nie zostanę wierną fanką książek w wersji audio, ale na pewno co trzy tygodnie pozwolę sobie na taką własnie formę czytania :)

    • No, to od razu 5-6 godzin więcej na czytanie, zawsze miło wykorzystać. :)
      Ja właśnie się za „Mówcę umarłych” zabrałam – a jako że po pierwszych opadach śniegu autobusy postanowiły jeździć dwa razy wolniej i dwa razy rzadziej, tym bardziej przyda mi się wsparcie w formie audio w mrozie, śniegu i ciemnościach. ^^