Loading...
Literatura

Twardochodem po niepodległość – „Orzeł bielszy niż gołębica”

"Orzeł bielszy niż gołębica"Połączenie historii alternatywnej z fantastyką na gruncie literackim wydaje się wielce obiecującym mariażem — a skoro pisarz decyduje się na zmianę przebiegu wydarzeń czy ubarwienie losów znanych postaci, czemu by przy okazji nie dodać do tego pierwiastka nadprzyrodzonego, wprowadzić do scenerii elementy czy to fantasy, czy to fikcji naukowej? Albo retrofantastyki, wśród której niepodzielnie króluje steampunk. Ten ostatni skusił szeroką gamą swoich możliwości także Konrada T. Lewandowskiego do opowiedzenia nieco innej historii powstania styczniowego. Z okazji 150. rocznicy tego ważnego w naszych dziejach wydarzenia w wydawanej przez Narodowe Centrum Kultury ekskluzywnej serii „Zwrotnice czasu. Historie alternatywne” ukazał się „Orzeł bielszy niż gołębica”.

Zanim czytelnik będzie miał szansę zagłębić się w lekturze, nie może nie zachwycić się oprawą wizualną. Narodowe Centrum Kultury przyzwyczaiło odbiorców „Zwrotnic czasu” do wydań wysokiej jakości, często uzupełnionych o ilustracje czy pieczołowicie przygotowane dodatki. Nie inaczej jest w tym przypadku. Na okładce „Orła…” dumnie prezentuje się twardochód, owoc polskiej myśli technicznej, napędzany naftą pojazd będący skrzyżowaniem lokomotywy z czołgiem o wielu działach. W przedstawione w powieści realia historyczne wprowadzi odbiorców strona z Tygodnika Ilustrowanego, przybliżająca tak znane nam z historii losy powstania styczniowego, jak i jego dzieje alternatywne. Nie zabrakło też dodatku w postaci biogramów najważniejszych postaci połowy XIX wieku — przywódców i naukowców. Rolę wstępu pełni zaś tekst stylizowany na artykuł z francuskiego dziennika, a posłowia — dwa eseje poświęcone historii i technologii. Tak przygotowany czytelnik może bez obaw zasiąść do zgłębiania opowieści właściwej.

Rozpoczyna się ona w 1866 roku, w trzecią rocznicę powstania styczniowego, które wcale nie zakończyło się klęską. Dzięki wspomnianym twardochodom opracowanym przez Ignacego Łukasiewicza wojska polskie zyskały znaczną przewagę nad rosyjskimi siłami i wyparły zaborcę z ziem centralnej Polski. Nie oznacza to jednak końca wojny; dalsze losy konfliktu będziemy śledzić na bieżąco wraz z młodym porucznikiem Edwardem Starosławskim, adiutantem samego Romualda Traugutta, obecnego regenta Królestwa Polskiego. Jako że Rosjanie nie zasypiają gruszek w popiele i wytężenie pracują nad skonstruowaniem własnych twardochodów, rozpoczyna się wyścig zbrojeń. Starosławski, wraz z chemikiem Karolem Olszewskim i fizykiem Zygmuntem Wróblewskim usiłuje przeforsować najbardziej obiecujące projekty trafiające do Departamentu Inżynierii Nowej. Nie będzie to jednak prostym zadaniem — także w tej wersji historii Polska musi zmierzyć się z niekompetencją wojskowych, złą organizacją, brakiem zasobów, upadkiem morale i pracującymi dla zaborców zdrajcami.

Elementów skłaniających do lektury znajdziemy na kartach „Orła…” bez liku. Fascynuje przede wszystkim aspekt naukowy powieści, pomysł uczynienia z Łukasiewicza nie tylko wynalazcy lampy naftowej, lecz także dużo bardziej złożonej pędni — czyli silnika w twardochodach. A to nie jedyne novum w stosunku do stanu myśli technicznej w połowie XIX wieku. Pojawiają się choćby lekkochody (napędzane naftą powozy, przypominające wyglądem pierwsze samochody), husaria ogniowa czy telegraf bez drutu skonstruowany przez Jamesa Clerka Maxwella. Co szczególnie godne pochwały, steampunkowa otoczka nie pełni w powieści roli tła, a wszystkie pomysły autora doczekały się odpowiedniego wykorzystania w fabule. Niekiedy bywa ono co prawda dość przewidywalne, a nowa broń w krytycznym momencie przechyla szalę zwycięstwa na stronę Polaków, ale zdarzają się też momenty pełne dramaturgii, gdy mimo posiadania najnowocześniejszych pocisków nie wszystko idzie po myśli walczących.

Interesujące jest także obsadzenie realnie istniejących postaci w roli książkowych bohaterów. Szczególnie dużą rolę do odegrania mają Romuald Traugutt oraz Emilia Plater. Choć oboje w roku 1866 nie powinni już żyć, u Lewandowskiego mają się dobrze i dalej wpływają na losy historii. Szczególnie generał Plater ukazana została w sposób niezwykle barwny, choć z punktu widzenia niektórych czytelników być może także nieco kontrowersyjny. Z kolei Traugutt pełni raczej funkcję pewnego symbolu, jest ostoją opanowania i mądrości, zawsze podejmuje trafne decyzje i nie zawaha się przed poświęceniem dla dobra narodu. Zabrakło w nim bardziej ludzkiego pierwiastka. Na szczęście granica odpowiednich dawek patosu nie została w powieści przekroczona, a choć chwilami autor potrafi uderzyć w patriotyczne, wzniosłe nuty, to ostatecznie udało mu się zachować we wszystkim umiar.

Nieco słabiej wypadają bohaterowie fikcyjni, czyli Edward Starosławski i jego ukochana Jadwiga. Wątek miłosny przywodzi tu na myśl romanse rodem z powieści Sienkiewicza, gdzie postaciom wystarczy kilka ukradkowych spojrzeń i parę zamienionych zdań, by zapałać do siebie wielką miłością do grobowej deski. Mało to wiarygodne, a zabiegi, które wybaczamy pisarzom sprzed dwóch wieków, nie bronią się w prozie współczesnej, nawet jeśli mamy do czynienia z retrofantastyką. Na szczęście motyw ten nie gra w utworze pierwszych skrzypiec. Pozostałe poczynania porucznika śledzi się z zainteresowaniem i napięciem, a kibicowanie mu w starciu z twardogłową generalicją przychodzi odruchowo. Nieco razi jego naiwność i dobroduszność, ale łatwo zrzucić to na karb młodego wieku.

Fabuła prowadzona jest jednowątkowo, a narrator trzecioosobowy skupia się przede wszystkim na poczynaniach Starosławskiego. Konrad T. Lewandowski pisze w sposób potoczysty, tworzy żywe dialogi, a język ubarwia trącającą myszką leksyką, przydającą wiarygodności wypowiedziom bohaterów. Opisy wynalazków wypadają niezwykle plastycznie i wyobrażanie sobie twardochodów nie stanowi najmniejszego problemu — aczkolwiek to po części także zasługa wydrukowanych po wewnętrznych stronach okładki planów oraz klimatycznych ilustracji Tomasza Piorunowskiego.

Choć książka ukazuje alternatywne losy Polski, niekoniecznie jest to historia lepsza czy szczęśliwsza. Sprawne przygotowanie powieściowej insurekcji robi ogromne wrażenie — ale warto pochylić się nad zakończeniem utworu i szerszym kontekstem zwycięstwa bądź porażki dla narodowych dziejów. Oczywiście, dziś pozostaje nam tylko snucie przypuszczeń i gdybanie, co by było… Ale wersja Lewandowskiego to gdybanie naprawdę godne uwagi. Co prawda bohaterom można zarzucić jednowymiarowość, a fabule — w niektórych momentach — przewidywalność, nie zmienia to jednak faktu, że to lektura wciągająca i oczarowująca swoją koncepcją oraz bogactwem technicznych szczegółów w steampunkowej (naftpunkowej?) otoczce. Dodajmy do tego dbałość Narodowego Centrum Kultury o jakość wydania, a otrzymamy pozycję, którą warto postawić na półce.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Narodowemu Centrum Kultury oraz Portalowi Lubimy Czytać.

  • Miałam pewne obawy wobec tej powieści – że będzie zbyt zaangażowana politycznie, pretekstowa i służąca przemycaniu poglądów albo szerzeniu martyrologii (nie ‚jak mogłoby być’ a ‚jak być POWINNO’). Ale skoro z Polaków nie uczyniono bohaterów, którym wszystko gładko wychodzi, obawy wydają się przynajmniej częściowo bezpodstawne.
    A skoro steampunk nie stanowi w powieści jedynie rekwizytorium, a wydanie cieszy oko, muszę się za książką koniecznie czym prędzej rozejrzeć.

    • No właśnie pod względem ideologicznym wydaje mi się bardzo w porządku – każda strona jest odpowiednio reprezentowana i po lekturze książki nie mam poczucia, że wiem, jakie są poglądy autora na tę czy inną kwestię (co postrzegam jako zaletę).
      Z kolei sami Polacy, choć lepiej zorganizowani i przygotowani, z lepszymi dowódcami i zapleczem technicznym, dalej cierpią na pewne właściwe im przywary, dalej młodzi muszą się niekiedy potykać o ‚stary beton’, a rosyjskie imperium wciąż jest ogromną potęgą, z którą trudno się mierzyć.
      Steampunk mnie zauroczył dokumentnie. Co prawda nijak nie jestem fachowcem, ale z punktu widzenia laika wszelkie mechanizmy wydają się logicznie funkcjonować. A jak doczytałam, autor jest chemikiem i powyliczał to i owo, tak więc ufam, że to nie tylko moje wydawanie się. :)

    • Czuję się prawie przekonana ;o) Gdybym nie ‚znała’ autora z jego zakulisowych wybryków, to już w ogóle pozbyłabym się wszystkich wątpliwości. Choć z drugiej strony… mało to na rodzimej scenie buców, co mimo bucostwa piszą całkiem nieźle? ;o)

  • Do „Zwrotnic czasu” mam szczerze mówiąc, nienajlepszy stosunek. Jakoś tak nieufnie podchodzę do wszelkich polskich machinacji przy historii, zwłaszcza tym, którym przyświeca idea bycia wielką literaturą. Na „Orła…” po przeczytaniu Twojego tekstu patrzę przychylniej, ale nie jestem przekonana (choć obecność ilustracji pozytywnie mnie zaskoczyła).

  • Autor

    Polecam film z animacjami twardochodów:

    http://www.youtube.com/watch?v=yhK1IOy267Q