Wędrując Linią Horyzontu

Wędrując Linią Horyzontu
Podążając szlakiem łez
Kiedyś byliśmy tam
Gdzie żyliśmy odkąd istniał świat, odkąd czas
Sam nadał nam tę ziemię

Nucił cicho znaną na pamięć melodię, mocniej otulając się jasnoszarym płaszczem. Shamab, gorący wiatr pustyni, niemalże uniemożliwiał mu oddychanie, wypełniając płuca ciepłym powietrzem i drażniąc spojówki. Przymknął powieki, próbując uniemożliwić drobinom piasku dostanie się do oczu. Opadły niczym kurtyna. Natychmiast przypomniał sobie wydarzenia sprzed kilkunastu tygodni.

Maleńka wioska, położona w centrum Ar-Rub’ al-Khali, wokół jednej z nielicznych oaz, zamieszkała przez gałąź klanu beduińskiego plemienia Al Murrah. Szykowali się właśnie do kolejnej wędrówki przez pustynię – hodowane stadko wielbłądów z czasem wyjadło większość soczystej trawy, a koczownicza natura Beduinów nie pozwalała im nigdzie zagrzać miejsca na dłużej. Skromny dobytek był już spakowany, a juki przytroczone do boków dromaderów. Mieli wyruszyć wraz ze wstaniem słońca. Niebo powoli przybierało różaną barwę, a szarość ustępowała, rozpraszając się pod wpływem pierwszych, nieśmiałych promieni. Nastał świt. Na horyzoncie zamigotały ciemne kształty, szybko poruszające się w ich stronę. Shammarowie. Jedno z największych arabskich plemion, postrach Ar-Rub’ al-Khali. Kiedy mieszkańcy wioski uświadomili sobie powagę sytuacji i zbliżające się zagrożenie, było za późno. Jednogarbne wierzchowce galopowały, niosąc na swych grzbietach wojowników pustyni. Pierwsza spadła głowa stojącego na przedzie wodza wioski.

Otworzył oczy, czując zbierające się w kącikach krople łez. „To przez ten wiatr.” – pomyślał. Stał właśnie na jednym ze szczytów pasma gór Asir, z wysokości ponad trzech tysięcy metrów obserwując krajobraz. Promienie stojącego w zenicie słońca boleśnie paliły jego głowę i plecy, a biała, poszarpana chusta, którą osłaniał długie, czarne, zlepione piaskiem włosy, okazała się lichą ochroną przed ukąszeniami gorąca.

Niewielu przeżyło rzeź. Shammarowie okazali się wyjątkowo łaskawi, zostawiając przy życiu niespełna połowę mieszkańców. Czy można to jednak nazwać łaską? Raczej złośliwością. Zabrali wszystkie wielbłądy wraz z całym dobytkiem plemienia Al Murrah, nie było więc mowy o podjęciu wędrówki. Dalsza egzystencja choćby jednej osoby wydawała się być nieprawdopodobna. Organizacja wioski legła w gruzach. Wódz leżał martwy, a jego ciało z wolna przykrywał piach, tańczący dziko po pustyni. Stara szamanka była umierająca, a drzewce prymitywnej włóczni tkwiły w jej ciele, powodując agonalny ból. Podszedł do niej, uniósł delikatnie głowę kobiety i spróbował nakłonić do przełknięcia kilku kropel wody.
– Pójdziesz na zachód – wychrypiała z trudem – zgodnie ze wskazaniami słońca. W nocy zaś gwiazdy będą twoim drogowskazem. Przejdziesz pustynię, idąc od oazy do oazy. Nie martw się – dodała, widząc strach odmalowany w jego oczach – nie zginiesz. Nie jest ci to pisane. Jeszcze nie teraz. Dotrzesz do gór Asir. Tam wdrapiesz się na jeden ze szczytów, i spoglądając przed siebie, dojrzysz morze. U jego stóp, między górskim masywem a cieśniną, znajdować się będzie wioska naszych braci. Wraz z nimi ominiesz góry, i wrócisz po nas, uratujesz nas. A teraz idź, ruszaj w drogę.
Pokręcił przecząco głową.
– Nie zostawię was, nie opuszczę. Nie odejdę, matko – odmówił stanowczo. Nie, nie dlatego, że bał się śmierci podczas długiej i wycieńczającej podróży. Tchórzostwem byłoby zostawić wszystkich mieszkańców, samemu zaś odejść.
– Musisz sprowadzić pomoc. Inaczej, wszyscy zginiemy. Jesteś naszą…
Umarła na jego kolanach, z oczami utkwionymi w linii horyzontu. Patrzyła w kierunku zachodu.

Wpatrywał się przed siebie. Fale Morza Czerwonego wgryzały się w ląd, podmywając piaszczysty brzeg. Wytężył wzrok, dłonią przysłaniając czarne jak węgiel oczy, boleśnie rażone promieniami złotej kuli. Morze, góry. Wioski nie było. Tylko pusty brzeg, ciągnący się wzdłuż masywów Asiru, a w dole woda o turkusowej barwie. Nie hamował już słonych kropel, spływających po policzkach w odcieniu mlecznej czekolady.

W tej samej chwili mieszkańcy wioski umierali z nadzieją w sercach, do ostatniego tchnienia wyczekując powrotu bohatera. Tego, który miał ocalić ich wszystkich.

Wędrując Linią Horyzontu
Podążając szlakiem łez
Kiedyś byliśmy tam
Gdzie żyliśmy odkąd istniał świat, odkąd czas
Sam nadał nam tę ziemię

Zaśpiewał po raz ostatni, szykując się do zejścia ze szczytu. Czy się spóźnił, czy mieszkańcy wioski, na poszukiwanie której wyruszył, zdążyli odejść? A może tak naprawdę wioska ta nigdy nie istniała? Czy został wysłany, aby ujść śmierci? A może dzięki jego wędrówce to plemię ocalało, odchodząc ze świata w spokoju, do samego końca wierząc w możliwość nadejścia pomocy?
Znalezienie odpowiedzi na nurtujące pytania nie było mu pisane.

Wandering on Horizon Road
Following the trail of tears
Once we were here
Where we have been since the world began, since time
Itself gave us this land
Nightwish, “Creek Mary’s Blood”

Napisano 24.01.2007

3 thoughts on “Wędrując Linią Horyzontu

  1. Therendil

    Jeśli powyższy tekst ma być samodzielnym tworem, to czegoś mu brakuje mimo iż czyta się go całkiem fajnie. I jak dla mnie mógłby być prologiem jakiegoś dłuższego dzieła, które z nieukrywanym zainteresowaniem z chęcią bym kiedyś przeczytał :)

    Pozdrawiam
    AQ

    Reply
  2. Oceansoul Post author

    Przyznam, że nigdy wcześniej nie myślałam nad kontynuacją, ale… nie mówię nie ;). Kto wie, kto wie, może kiedyś przyjdzie odpowiednia Wena i coś powstanie.
    Pozdrawiam :)

    Reply
  3. Taro

    Witaj znów…

    Bardzo podoba mi się zestawienie tych dwóch postaci, niemalże w jedną. Zamierzone? Tego nie wiem, w każdym bądź razie zdają się nieodzowne sobie.

    Zgodzę się z przedmówcą, czegoś tu brakuje. Myślę że rozwinięcia dotyczącego zależności bohatera od wioski.

    Mimo tego braku, celowego bądź nie, pozostawiasz nam dzięki temu, możliwość dowolnej interpretacji. Połączenie odległej legendy, marzeń, obaw z brutalnymi realiami, zestawienie dwóch odległych miejsc i uczuć tak że stały się jednością.

    Przedstawiłaś tu również realia pustynnych plemion, a nazywając to mniej chaotycznie, naturę ludzką. Prawo silniejszego.

    Dobry zaczątek lub fragment. Mówią że najlepsze jest to co wymyślimy i spiszemy na kartce w danej chwili, kontynuacje bądź dopiski są wielką trudnością bo nigdy nie mogą się pogodzić.

    Stworzyłaś strzępy wielu opowieści, stworzyłaś fragmenty. Początkowo prosiłem o kontynuację, teraz jednak gdy dane mi było przeczytać wszystkie Twe opowiadania chcę powiedzieć, nie urażając przedmówcy, że kontynuacje byłby nie na miejscu. Fragmentaryczność Twoich utworów, sama w sobie ma to coś. Coś czego nie jestem w stanie jednoznacznie określić, coś co przedstawia najważniejsze części, które nie chcą mieć kontynuacji.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *