U lekarza

- Następny! – w drzwiach jednego z gabinetów lekarskich stanęła potężnej postury pielęgniarka. Krzyknęła donośnie, aby usłyszała ją nawet siedząca w najdalszym kącie poczekalni półgłucha starowinka, po czym zaczęła wpatrywać się w kolejnych pacjentów, ciekawa, który z nich podniesie się i ruszy w jej stronę. Podobnie uczyniła większość oczekujących na wizytę, okupująca twarde ławki w korytarzu przychodni. Podejrzliwie przyglądali się swoim sąsiadom, zastanawiając się, kto okaże się tym niewątpliwym szczęściarzem i zostanie przyjęty jeszcze przed przerwą obiadową.

Była akurat moja kolej. Wstałam i powolnym krokiem powlokłam się w stronę pokoju numer szesnaście, odprowadzana spojrzeniami pełnymi rozczarowania lub wściekłości. Nie czułam się jednak „wybrańcem”, prędzej skazaną na stracenie, i chętnie zamieniłabym się miejscami z każdą z zazdroszczących mi osób.

Zbliżyłam się do uchylonych drzwi i zanim zostałam wepchnięta do wnętrza pomieszczenia przez niecierpliwą pielęgniarkę, kątem oka udało mi się odczytać napis wygrawerowany na pozłacanej tabliczce: „Dr Maciej Piecuch – lekarz pierwszego kontaktu”. Niżej wypisane były dni i godziny przyjęć.

Gdy przekroczyłam próg, siostra zatrzasnęła drzwi gabinetu, przekręciła klucz w zamku i schowała go do przepastnej kieszeni fartucha, zamykając jedyną drogę ucieczki. Pomijając rzecz jasna okno, ale tę alternatywę musiałam od razu odrzucić. Nie, nie dlatego, że znajdowałam się właśnie na czwartym piętrze – po prostu nie przecisnęłabym się przez wąskie kraty. Nie miałam więc innego wyjścia jak zostać i poddać się koniecznym badaniom.

Pomieszczenie, w którym się znalazłam, nie było duże. Naprzeciwko drzwi znajdowało się wspomniane okno, dwuskrzydłowe, przysłonięte staromodną, ażurową firanką. Parapet zdobił kaktus o grubej łodydze i przeraźliwie długich, ostrych kolcach. Wzdrygnęłam się mimowolnie, a przed oczami natychmiast stanął mi obraz igieł strzykawek, które pewnie jeszcze dziś znajdą się w moim ciele… Chyba nie muszę dodawać, że wprost nie cierpię zastrzyków!

Nieopodal okna stała wąska kozetka przykryta prześcieradłem drugiej czystości (żółto-zielone zacieki od razu rzuciły mi się w oczy), odgrodzona parawanem od pozostałej części gabinetu. Przy ścianach znajdowały się regały wypełnione książkami bądź sprzętem medycznym, a po prawej stronie pokoju spostrzegłam drzwi, prowadzące na zaplecze. Za nimi, wraz z plikiem kart pacjentów i książeczką „200 krzyżówek panoramicznych”, zniknęła pielęgniarka, zostawiając mnie sam na sam z lekarzem.

Doktor siedział za biurkiem, które zajmowało sam środek gabinetu i uśmiechał się do mnie przyjaźnie, prezentując lekko krzywe zęby.

„To dla zmyłki!” – w mej głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka, ostrzegająca przed pozornie niegroźnymi medykami. Nie chcąc jednak uchodzić za nieuprzejmą, nieśmiało odwzajemniłam uśmiech.

- Proszę usiąść! – rzekł wylewnie lekarz, zamaszystym ruchem wskazując drewniane krzesło, z którego w paru miejscach odpadała biała farba. Zajęłam miejsce. Próbowałam nie wyglądać na zbyt zlęknioną, ale ukrywanie emocji zawsze wychodziło mi nieudolnie. Także i tym razem kamuflaż zdał się na nic.

- Ależ proszę się nie obawiać – dodał, widząc mój niepewny wyraz twarzy i panikę w oczach. – Nie jestem wcale taki przerażający. Raz-dwa uwiniemy się z badaniem, pani odetchnie z ulgą, a ja będę mógł wreszcie iść na obiad. A dzisiaj, mówię pani, palce lizać – placki ziemniaczane, moje ulubione! Już teraz czuję, jak pięknie pachną!

Głośno pociągnął nosem, udając, że wdycha unoszący się w powietrzu aromat. Oczywiście niemożliwe było, by cokolwiek poczuł, skoro stołówka znajdowała się dwa piętra niżej, a okno było szczelnie zamknięte. Rozluźniłam się lekko, licząc, że doktor pogrąży się w marzeniach o plackach i zapomni o moim istnieniu. Niestety, było zdecydowanie za wcześnie na radość.

- Przejdźmy do rzeczy. Nazywa się pani…? – zawiesił głos, przeglądając leżące na blacie biurka duże, pomarańczowe koperty, opatrzone nazwiskami pacjentów.

- Walczak. Mariola Walczak – odpowiedziałam, mimowolnie zaciskając dłonie w pięści i boleśnie wbijając sobie paznokcie w skórę. Zaczęło się.

- I co pani dolega, pani Walczak? – spytał, wyciągając z odpowiedniej koperty kartę pacjenta i wpatrując się w nią ze zdziwieniem. Karta była pusta. Nie chorowałam zbyt często, a dziś po raz pierwszy od sześciu czy siedmiu lat znalazłam się w gabinecie lekarskim.

- Ja… właściwie to nie wiem, co mi jest – powiedziałam nieśmiało, zwieszając głowę. – To musi być jakaś rzadka choroba. Chwilami robi mi się słabo i mam wrażenie, że lada moment zemdleję. W następnej chwili jestem pełna energii i niemal unoszę się nad ziemią. Bywam nienaturalnie rozpalona, jakbym miała gorączkę, jednak termometr tego nie wskazuje. Często odczuwam przyspieszone bicie serca, ale nie jest to związane z wysiłkiem fizycznym. Ostatnio doszedł do tego brak apetytu. Jestem rozdrażniona, mam bardzo zmienne nastroje.

Wyrzucałam z siebie kolejne wyrazy, starając się o niczym nie zapomnieć. Doktor Piecuch wpatrywał się we mnie uważnie, co jakiś czas kiwając głową.

- Kiedy pojawiły się te objawy?

Odpowiedziałam bez wahania:

- Półtora tygodnia temu. Myślałam, że to jakaś infekcja, przeziębienie, że samo przejdzie. Jednak nie odczuwam żadnej poprawy. Może to grypa? Albo angina? Albo jeszcze coś gorszego? – pytałam z przestrachem w oczach. Lekarz nie wyglądał na równie przejętego, jak ja.

Nastąpiło rutynowe badanie. Medyk zbadał mi ciśnienie, osłuchał, zajrzał do gardła. A wszystko to ze stoickim spokojem wymalowanym na okrągłej twarzy. Po kilkunastu minutach ponownie usiadł za biurkiem.

- Przez cały ten czas nie miała pani kataru, kaszlu czy bólu mięśni?

- Nie – zaprzeczyłam. No jeszcze tego by brakowało! Wystarczyły mi te pojawiające się nagle, nietypowe rumieńce na policzkach, których nigdy wcześniej nie miałam. I ta denerwująca huśtawka nastrojów!

- Pani Walczak, wydaje mi się, że nie mogę pani pomóc.

Co?! Czyli trzeba będzie mnie wysłać do specjalisty. To pewnie coś bardzo poważnego! Może nawet jakaś zupełnie nieznana choroba? Na pewno wyląduję w szpitalu… A jeśli to jest nieuleczalne?! Jeśli ja umrę? O rany, tak, to na pewno nieuleczalne…

Na głos nie powiedziałam nic, przez ściśnięte gardło nie potrafiłam wydobyć z siebie dźwięku.

- Jeśli moja diagnoza jest trafna, to ma pani problem natury sercowej.

Wstrzymałam powietrze. A potem zasypałam doktora słowotokiem:

- Jak to?! Coś z sercem? Ale chyba nie grozi mi zawał w tak młodym wieku? Pewnie mam arytmię, stąd to nieregularne tętno… Albo zapalenie osierdzia. Albo niewydolność mięśnia sercowego… Albo wszystko na raz! Tak, teraz już jestem pewna, że umrę!

Dramatyzowałam, mówiłam bardziej do siebie, niż do zdziwionego lekarza (ale czemu tu się dziwić? ciekawe, jak to on by zareagował, jakby w wieku dziewiętnastu lat ktoś mu powiedział, że umrze na serce!), aż w końcu zabrakło mi powietrza i ciężko oddychając, zwiesiłam głowę. Tymczasem doktor Piecuch… wybuchnął śmiechem. Tak, śmiechem! Głośnym rechotem, który musieli usłyszeć wszyscy siedzący w poczekalni. Pewnie pomyśleli sobie, że świetnie się tu bawimy… Tak, zwłaszcza ja, umierająca!

Medyk uspokoił się, a śmiech zmienił się w nerwową czkawkę. Powstrzymując chichot, zdołał z siebie wydusić:

- Ależ nie, nie umrze pani, zapewniam! Pani się najzwyczajniej w świecie zakochała.

Zbaraniałam. Odebrało mi mowę. Że… że co proszę?! Ja przed chwilą mało nie umarłam ze strachu przed zawałem serca, a on mi teraz mówi, że tu chodzi o… uczucie? Miłość?

Wpatrywałam się w lekarza niczym w przybysza z innej planety. Nic nie mówił, tylko uśmiechał się do mnie. Po chwili ciszy do gabinetu weszła pielęgniarka.

- Panie doktorze, pora przerwy obiadowej.

- Placki ziemniaczane! – z radością wykrzyknął medyk, zrywając się z fotela. – Do widzenia, pani Walczak. Życzę szczęścia! – rzucił w moją stronę, z impetem wybiegając z gabinetu.

Zanim zdołałam cokolwiek odpowiedzieć, jego już nie było, a pulchna pielęgniarka wypchnęła mnie z pomieszczenia, zamknęła drzwi na klucz i dystyngowanym krokiem podążyła za doktorem Piecuchem.

Napisano 11.02.2007

  • Taro

    Niesamowicie trafna ocena ludzi u lekarza. Wszyscy tylko siedzą, mierząc się nienawistnymi spojrzeniami. Rozgoryczeni i niezrozumiali jeden przez drugiego. Każdy ma swój świat, świat do którego musi zdążyć. Świat w którym jest do zrobienia wiele ciekawszych rzeczy niż siedzenie u lekarza. Gdy wchodzi się do poczekalni, daje się czuć na sobie przygniatające spojrzenia które, gdyby mogły, rozszarpały by nas na strzępy.

    Moment wchodzenia, myśli, obawa młodej kobiety, która najchętniej w ogóle nie przychodziłaby tu, gdyby nie strach przed nagłym pęknięciem ideałów jej życia.

    Stereotyp złych pielęgniarek, postrzeganych jako krzywe zwierciadło kobiety. Naturalistyczne spojrzenie na osobę niemiłą, rzeczową i nieprzyjazną. Ładnie ujęte, przyznaje, często zresztą niestety nie odbiegające od rzeczywistości.

    Panika po usłyszeniu „wyrok”, ciekawe zakończenie, nie możliwość pogodzenia się. Lekarz sprawiający wrażenie zbagatelizowania tak ważnej sprawy.

    Cały fragment, nawet jeśli fikcyjny, autentycznie realistyczny, aż strach :) Wiem z autopsji, dość częstej nawet. Najbardziej podoba mi się opis ludzi w poczekalni. Bezbłędne…