Bednarz

Siedział na posłaniu z szeroko otwartymi ze strachu oczami, próbując złapać oddech. Wciągał powietrze głęboko do płuc szybkimi, urywanymi haustami. Znowu, znowu to samo. Każdej nocy. Nie pamiętał już, co czuł, gdy z głębokiego snu budziło go pianie kura, a nie kolejne wizje, głosy czy po prostu rosnący niepokój, opanowujący umysł. Nie potrafił opisać słowami tego, co przeżywał po zamknięciu oczu. Z pewnością nie były to zwyczajne sny – te niegdyś miewał, nigdy jednak nie były tak sugestywne, tak paraliżujące ani tak obezwładniające.

Zaczęło się podczas letniego przesilenia. Wtedy też pierwszy raz nagły impuls przeszył jego skronie, a on obudził się z dłońmi przyciśniętymi do czoła i myślami, których nie potrafił uporządkować. Nie odczuwał fizycznego bólu, ale to osobliwe wewnętrzne rozdygotanie wydawało się dużo gorsze. Zwłaszcza że od tamtej pory przychodziło regularnie co noc.

Z upływem czasu doznania nasilały się. Po miesiącu odbierania jedynie pojedynczych, emocji, uczuć, sygnałów, pojawiły się obrazy. Początkowo rozmazane, poszarzałe, trudne do zidentyfikowania. Gdy spadł pierwszy śnieg, zyskały wyrazistość, nabrały żywych barw. I zaczęły się cyklicznie powtarzać. Później dołączyły myśli. Niekiedy słyszał je w formie szeptów, innym razem nie rozbrzmiewały, ale po prostu pojawiały się w jego świadomości. Dziś zaś pierwszy raz odczuł sugestię.

Sugestia była słaba, jak gdyby nieśmiała, błądząca po omacku i badająca grunt. Mimo to – przerażająca. Zwiastowała sobą to, co – był o tym przekonany – nastąpi w nieodległej przyszłości. Niosła zapowiedź pełni swej mocy, zapowiedź tego, do czego była zdolna.

Jan był prostym człowiekiem. Jedynym w osadzie bednarzem, od trzech pokoleń wstecz. Niechybnie musiał więc zacząć popadać w obłęd, innego wytłumaczenia nie widział. W półmroku izby namacał stojące obok posłania łykowe chodaki, w sąsiednim pomieszczeniu nalał do kubka odrobinę rozwodnionego piwa i pociągnął łyk. Wyjrzał przez okno. Szaruga, ni żywej duszy. Do świtania pozostała godzina, może nieco dłużej. Tej nocy Jan nie wrócił już do łóżka.

W osadzie Kobyliny medyka z prawdziwego zdarzenia nie było. Owszem, skromny kram prowadziła stara zielarka, a pilnej pomocy udzielić mógł miejscowy konował, bieglejszy raczej w zajmowaniu się schorzeniami trzody niż ludzi, do przypadków poważniejszych należało jednak zawezwać lekarza z oddalonego o pięć staj grodu – lub też, jeśli przypadek był szczególnie ciężki, od razu kapłana z miejscowej świątyni. Koło południa wysłał więc Jan terminującego u siebie Peterka, by sprowadził felczera. Chłopiec i medyk przybyli kilka godzin później, akurat w porę, gdy Jan kończył pracę i zamykał warsztat. Zaprosił lekarza do swej izby i opowiedział o przedziwnych dolegliwościach.

Doktor, sędziwy, acz żwawy staruszek o długich i rzadkich siwych włosach oraz krótko przyciętej, równie rzadkiej brodzie, kiwał ze zrozumieniem głową. Gdy Jan skończył mówić, milczał przez chwilę. A potem rozpoczął się prawdziwy maraton działań lekarskich – począwszy od upuszczania krwi, przez smarowanie ciała podejrzanie pachnącymi papkami, po zabobonne rytuały z wykorzystaniem ziół i dziwnych symboli wyrysowanych kredą na klepisku w Janowej izbie. Przeróżne zabiegi trwały przeszło tydzień, co oznaczało dla medyka codzienne spacery z grodu do osady i z powrotem, nie przyniosły jednak żadnych rezultatów.

Nocne koszmary powracały, a ich moc zdawała się stopniowo wzrastać. W obliczu coraz częstszych i coraz silniejszych sugestii Jan przestał obawiać się pozostałych form ingerencji w jego umysł. Wizje, jakkolwiek odrażające czy niepokojące, stały się dla niego zjawiskiem tak normalnym, jak coroczne nadejście wiosny po zimie. Myśl o możliwości zaszczepienia w nim jakiejś obcej pobudki, zamiaru czy pragnienia przerażała go jednak do głębi. W ciągu dnia nierzadko zamyślał się, a każde takie rozmyślania kończyła gorzka refleksja – czy to w ogóle są jego myśli? Czy kiedy decyduje o tym, że czas na przerwę w pracy, że musi skarcić Peterka za zbytnią opieszałość albo że właśnie ma ochotę na pajdę chleba ze smalcem i kapustę z grochem, czy to tak naprawdę jego decyzje, powinności albo chęci? Nie mógł być niczego pewnym.

Leciwy medyk był bezsilny. Wypróbował już wszystkie znane sobie sposoby leczenia chorych, odrzucił po kolei każdą diagnozę, jaka przyszła mu na myśl. Nie był w stanie pomóc Janowi, choć usilnie się starał. Skonsultował się nawet z najbardziej poważanym mistrzem sztuki lekarskiej w grodzie, który samego księcia pana i jego rodzinę uzdrawiał ze schorzeń wszelakich. Wszystko na nic. Jego słowa zaś odebrały bednarzowi resztki nadziei na powrót do zdrowia.

- Panie Janie – felczer zwiesił głowę i w milczeniu pokręcił nią kilka razy, tak że jego pacjent doskonale już wiedział, jakie słowa padną za chwilę. – Panie Janie, niestety, niewładny jestem wyleczyć pana. Rzekłbym, i nie ma w tym nawet krztyny zawodowej buty, że żaden medyk nie jest w stanie. Tu potrzeba kapłana.

- Kapłana? – Jan, przekonany o zdrowotnej naturze swego dziwnego schorzenia, nawet nie rozważał wcześniej takiej możliwości. – Ale że jak to, czemu kapłana?

- Panie Janie, nie jestem zbyt biegły w sprawach duchowych, skoro jednak medycyna jest bezsilna, chyba już tylko siły wyższe mogłyby pomóc. O ile… – medyk zrobił pauzę, jak gdyby wahał się, czy w ogóle może wypowiedzieć głośno te słowa – o ile nie jest to opętanie, panie Janie.

W chacie zapadła cisza. Jan wbił wzrok w klepisko. Powaga tych słów paraliżowała go, wcześniej nawet nie dopuszczał do siebie takiej myśli. Teraz, gdy słowa zostały wypowiedziane na głos, nabrały mocy, stały się zbyt rzeczywiste. Lekarz w milczeniu opuścił chatę, za progiem obrócił się jeszcze, chciał coś powiedzieć, dodać Janowi otuchy. Słowa ugrzęzły mu w gardle, w milczeniu pokręcił więc głową po raz kolejny i oddalił się szybkim krokiem.

W osadzie znajdowała się niewielka świątynia, skromna, acz nie można było odmówić jej uroku. Posługę pełniło tu dwóch kapłanów – ojciec Seweryn, starszy i znany z bardziej radykalnych poglądów, oraz ojciec Florentyn, który ledwie przed paroma laty przyjął święcenia. Gdy Jan przekroczył progi kościółka, ogarnął go dojmujący chłód, a dreszcze wstrząsnęły ciałem. Wewnątrz nie było nikogo, nie licząc mamroczących pod nosem modlitwy dwóch starowinek, które zasiadły w ławie najbliżej ołtarza. Nerwowo mnąc w dłoniach ściągnięte nakrycie głowy, Jan skierował się do zakrystii. Nim zapukał, drzwi otworzyły się, a wychodzący z pomieszczenia ojciec Florentyn zatrzymał się na jego widok.

- Niech bę-będzie pochwalony! – wychrypiał Jan, odsuwając się nieco od drzwi.

- Na wieki wieków – duchowny uśmiechnął się do niego. – Cóż was sprowadza w nasze progi?

- Chciałbym… To znaczy potrzebuję… Szukam ojca Seweryna – wykrztusił w końcu bednarz, co raz bardziej nerwowy.

- Niestety, nie zastaliście go. Wyjechał dziś rano do grodu – stwierdził kapłan. – Może jednak ja mógłbym pomóc? – dodał, widząc znękaną minę Jana.

- Ja… nie wiem, ojcze. To bardzo zawikłana materia, i nie wiem, nie wiem…

- Czy dam sobie z nią radę z moją niewielką eksperiencją? – Florentyn uśmiechnął się ponownie, licząc, że uspokoi to trochę rozdygotanego mężczyznę. – Spróbujcie, może jednak będę mógł pomóc. Chodźcie za mną.

Kapłan obrócił się i ponownie wszedł do zakrystii, za nim zaś podążył Jan, nie mniej nerwowy niż wcześniej. Zasiedli przy stole, duchowny nalał zaś nieco wina do dwóch kielichów i poczęstował bednarza. Ten wypił trunek jednym haustem, odetchnął kilka razy, po czym zaczął mówić. Mówił długo i zawile, kilkakrotnie brakowało mu słów, a wtedy duchowny próbował naprowadzić go na trop właściwego wyrażenia. Gdy opowieść dobiegała końca, a Janowi pozostało już tylko zrelacjonowanie lekarskiego werdyktu, nerwy powróciły, ręce zaczęły drżeć. Kapłan dotknął jego ramienia.

- Spokojnie, spokojnie, przecież nic wam tu nie grozi. Cóż więc stwierdził lekarz? Że wasz przypadek nieuleczalny jest? Śmiertelny zgoła może?

- Jest znacznie gorzej… To… to opętanie – ostatnie słowa Jan wypowiedział szeptem.

Gdy słowa przebrzmiały, duchowny nie wyglądał ani na przerażonego, ani na oburzonego, ani nawet na zdziwionego. Można by rzecz, że przez chwilę na jego twarzy zagościło rozbawienie, jeśli jednak tak było, ukrył je szybko.

- Powiedzcie… miewacie jakieś luki w pamięci? Zdarzało wam się ocknąć w miejscu, do którego nie szliście? Uświadomić sobie robienie czegoś, czego nie mieliście zamiaru robić? Może budzicie się nie tam, gdzie zasypialiście?

- Nie, nie, ojcze.

- A spazmatyczne bóle miewacie? Czy gdy budzicie się w środku nocy, odczuwacie tortury jakieś, palą was członki, może trzęsiecie się w konwulsjach.

- Nie, ojcze. Wizje są straszne, ale straszne… tutaj – dotknął ręką czoła. – Fizyczne boleści im nie towarzyszą.

- A te, jak je nazywacie, sugestie? Zmuszają was do czegoś? Czyniliście ostatnio coś nietypowego?

- Nie – Jan zażarcie pokręcił głową. – Skądże znowu. Pracuję jak zawsze, ojcze, codzienna rutyna. A te sugestie… Wywołują pewne myśli, współgrają z wizjami. Ale tak właściwie… Nie, nie zmuszają, nie namawiają nawet. To tylko takie podszepty. Rzecz jasna ignoruję je, zwłaszcza że to jakieś siły nieczyste do złego skłonić mnie pewnie próbują. Tak, ojcze?

- Oj, niepotrzebnie wam ten medyk stracha napędził – duchowny obserwował, jak na twarz jego rozmówcy wstępuje ulga, przemieszana z niedowierzaniem. – Toż przecież siły nieczyste nie bawiłyby się z wami w podchody, w delikatne podszepty. Jakbyście opętani zostali, to miotałaby wami paraliże, konwulsje, wasze członki jak w ogniach piekielnych by były, a myśli wasze chaosem ogarnięte albo już ku złu skłonione. I wreszcie – czy przestępując próg świątyni, czuliście coś? Choćby opór najmniejszy? Chęć zawrócenia?

- Nie, nie ojcze. Bałem, się, prawda to, nie świątyni jednak, ale słów ojca, w końcu gdybym opętany był, kto wie, jakie to grzechy na moim sumieniu musiałby ciążyć.

- Widzicie więc, że to nie diabły żadne.

Przez chwilę panowała cisza, ostatecznie przerwana przez Jana.

- Skoro nie diabły to, ani nie choroba, to skąd te wizje? Skąd conocne niepokoje?

- A nie rozważaliście – zapytał z pełną powagą kapłan – nie rozważaliście, czy to nie woła was Bóg?

Powinien odczuwać ulgę. W końcu nie był opętany, nie był nawet chory. Ba, jeśli wierzyć słowom ojca Florentyna, to mógł mieć zadatki na jakiegoś proroka czy świętego. On jednak czuł jedynie strach. Strach przed nieznanym, strach przed czymś, co zdawało się przekraczać zdolności pojmowania prostego bednarza, który pragnął tylko świętego spokoju i przewidywalnej dziennej rutyny po kres swoich dni. Z drugiej strony… kimże był, by sprzeciwiać się woli niebios? Jeśli faktycznie Najwyższy zaplanował dla niego ważniejszą do odegrania rolę, nie jemu należało wątpić, pytać, zastanawiać się: „dlaczego?”. Widocznie tak miało być.

Do tej pory nie zgłębiał istoty swoich wizji, nie analizował, co też się w nich pojawia, nie próbował szukać w nich elementów wspólnych albo nadawać im jakikolwiek sens. Po kolejnych rozmowach z ojcem Florentynem musiało się to zmienić. Teraz codziennie, zanim jeszcze wzeszło słońce, podążał do świątyni i starał się jak najdokładniej opowiedzieć kapłanowi o tym, czego doświadczył danej nocy. Nie było to proste – początkowo często brakowało mu słów, by opisać to, co po prostu czuł, co „wiedział”. Wizje jednak zdawały się wychodzić na przeciw jego staraniom – stawały się coraz wyraźniejsze, dokładniejsze. Podobnie sugestie – Janowi wydawało się, że za kilka, może kilkanaście dni będzie w stanie pojąć, czego się tak właściwie od niego oczekuje.

- I cóżeście dziś wyśnili? – w progach świątyni powitał Jana jak co dzień uśmiechnięty ojciec Florentyn.

- Obrazy zaczynają powtarzać się, ojcze. Teraz jestem tego najzupełniej pewien. Dziś śniłem ten, który nawiedza mnie najczęściej. Widzę dwa ptaki, krążące wokół siebie, jeden czerwonawy, drugi bardziej w brązie. Początkowo krążą w nicości, tak sądzę, potem otacza je krąg ognisty, a wreszcie szybują nad morzem. Po wodach żegluje statek, z jednym rzędem wioseł. Wreszcie niebo chmurzy się, wiatr wzbija morskie fale, a okręt zalany przez spienione bałwany tonie. Toną też wszyscy, którzy nim żeglowali, ich ciała, twarzami zwrócone ku morskich odmętom, dryfują po powierzchni, niesione przez spokojne już fale. I wtedy te dwa ptaki przestają nad nimi krążyć, siadają na kolejnych ciałach, i dziobią, dziobią tak długo, aż bielejące kości zaczyna być widać. I wówczas pojawia się niepokój, jakby ktoś przenosił do mojej głowy własne emocje. Niepokój, lęk, ale też i gniew, i rozpacz, i frustracja. A potem sugestia, która zaczyna mnie wzywać. Wzywać do siebie. Tak, że z dnia na dzień coraz bardziej czuję, że powinien wyruszyć. Powinien, prawda, ojcze?

- Jeśli tak czujecie, to powinniście. Decyzja do was należy, a i niebiosa do niczego nie przymuszają, jednakże ignorowanie Bożych nawoływań raczej się Ojcu Niebieskiemu nie spodoba.

-  A te wizje, ojcze? Co one znaczą, gdzie sens w nich?

- Niezbadane są wyroki, nieprzenikniona są wola i zamiary Wszechmogącego – kapłan rozłożył ręce w geście niemocy i uśmiechnął się przepraszająco. – Jeśli jednak podążycie ścieżką Pana, prędzej czy później odnajdziecie odpowiedzi.

Było już po jesiennym ekwinokcjum, dni stawały się coraz krótsze. Jan od tygodnia szykował się do drogi. Suszone, osolone płaty wołowego mięsa, krąg sera i suchary leżały na dnie podróżnego juku, podobnie jak bukłak piwa. Na wierzchu mężczyzna ułożył zwinięte cieplejsze nakrycie oraz derkę. Konno jeździć nie umiał. Zresztą, cud by się musiał stać, by bednarza stać było na wierzchowca, podróżować więc zamierzał pieszo.

W noc przed wyruszeniem w drogę zdawało mu się, jakoby powtarzająca się wizja stała się jeszcze bardziej wyrazista, a nawoływanie – silniejsze.

Początkowo podróż była całkiem przyjemna. Instynkt wiódł Jana przez pola, łąki, lasy, nocował i jadał w przydrożnych gospodach, a jeśli tych akurat nie stało – w zagajnikach, na polanach albo stodołach życzliwych chłopów. Z czasem jednak dnie stawały się coraz krótsze, noce – zimniejsze, a okolica – bardziej nieprzyjazna i trudniejsza do przebycia. Wreszcie, w miesiącu listopadzie, Jan dotarł do Gór Srogich. Wówczas zaś, gdyby zdrowy rozsądek usiłował podpowiedzieć mu, że lepiej zawrócić, niż próbować przemierzać górskie krainy w przededniu zimy, śniegów i mrozów, i tak by go nie posłuchał. Zew sugestii pchał go w przód i w przód, nakazywał stawiać kolejne kroki. A Jan wcale się przed tym nie bronił, wręcz przeciwnie. Każdego dnia wędrówki coraz bardziej wierzył w sens w swej misji, w jej niebagatelne znaczenie. W to, że wybrany został do wyższych celów, których co prawda nie rozumie, ale nie przeszkadzało mu to.

Nie przeszkadzało mu to ufać i wierzyć.

Chęć podążania do przodu za wszelką cenę rosła i rosła. Od pewnego czasu zatrzymywał się jedynie po zapadnięciu zmroku, uzupełniał zapasy, spał krótko, budził się i wyruszał nim zaczynało świtać. W ciągu dnia nie zatrzymywał się, jadł i pił podczas wędrówki – szkoda mu było czasu na nawet krótkie postoje. Gdy zaczęły się ulewne, jesienne deszcze, a potem gdy spadł pierwszy śnieg – nie były one przeszkodami. Jan wyjmował wówczas z juku ciepłe okrycie, w ostateczności także derkę, po czym otulał się nimi, nie przerywając marszu.

Do przodu, wciąż do przodu. Jan odgarnął z czoła mokre, przydługie włosy, przyspieszył kroku. Śnieg zacinał mu prosto w twarz, robiło się coraz chłodniej i coraz ciemniej. Niebawem słońce zajdzie, ale gdyby tak zignorować zmierzchanie i kontynuować marsz? Tak, tak trzeba, nie czas na odpoczynek, w końcu każdy dzień zwłoki, każda godzina oddalają go od celu.

Ścieżka prowadziła Jana wzdłuż górskiego zbocza. Pokłady śniegu były coraz głębsze, a przedzieranie się przezeń wyraźnie spowolniło jego tempo marszu. Nie wiadomo kiedy zapadł zmrok, a śladów ludzkiej bytności nigdzie w pobliżu nie było widać. Najrozsądniejsze wydawało się zawrócenie do osłoniętego od śnieżycy miejsca, które nadawałoby się na nocleg. Mężczyzna jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi zdecydował się iść dalej.

Nie zastanawiał się, jak daleka podróż jeszcze go czekał. Przestał nawet rozważać, co tak właściwie odnajdzie na końcu tej drogi. „Przecież woła mnie Bóg”, powtarzał półgłosem raz za razem. W myślach zaś miał jedynie obraz kolejnego kroku. I kolejnego. I jeszcze jednego. Nie odczuwał już zmęczenia, nie odczuwał chłodu, głodu, pragnienia. Przepełniała go jedynie potrzeba zmierzania naprzód i naprzód, połączona z jego własnym poczuciem misji, z oddaniem, z wiarą. Przede wszystkim z wiarą.

Nie pamiętał, kiedy upadł po raz pierwszy ani kiedy zaczął upadać coraz częściej. Nie pamiętał, kiedy rozdarł spodnie i rozorał udo o wystający konar. Może tydzień temu, może dzień temu? Rana jątrzyła się, ale tego także nie odczuwał. Po kolejnych kilku krokach upadł po raz kolejny, i choć próbował z całych sił, nie mógł podźwignąć się z ziemi. Owiewał go zimny, górski wiatr i tumany śniegu. Próbował przebijać się przez zaspy na kolanach, odgarniać hałdy białego puchu czerwonymi od mrozu dłońmi. Nie zauważył, kiedy stracił resztki sił i padł twarzą w śnieg. Nie myślał o zimnie, o mrozie. Nie myślał o śmierci, kiedy umierał z wiarą w sercu i obrazem dwóch ptaków, szybujących nad ciałami topielców przed oczami.

***

Pracownię alchemiczną wypełniało przyjemne ciepło, a buchający w kominku ogień oświetlał komnatę. Uczeń otworzył oczy i otarł rękawem szaty krople potu z czoła. Przygryzł wargę, a grymas twarzy zdradzał, że nie wszystko poszło po jego myśli.

Jego mistrz również wiedział o niepowodzeniu, wyczuł je, choć znajdował się na zewnątrz ulokowanej na szczycie góry wieży. Stromizna zboczy i liczne żłoby skalne, które rozorały podejście, sprawiały, że mało kto dałby radę się tu wspiąć, nie wspominając o zbudowaniu wieży o całkiem imponujących rozmiarach. A jednak! Zaś dwóm mieszkającym tu magom zdawał się nie przeszkadzać ani brak wiodącej ze szczytu drogi, ani niesprzyjająca aura – śnieg prószył tu przez większą część roku, a siarczysty mróz uniemożliwiał przebywanie na zewnątrz przez dłuższy czas. Nie było to jednak problemem dla czarodzieja, który otoczony bąblem ciepłego powietrza wzniósł się na jeden z balkonów wieży, a potem wkroczył do pracowni.

Jednym gestem pozbył się chroniącej go przed zimnem osłony, a potem oparł ręce na biodrach i surowym wzrokiem popatrzył na swego podopiecznego.

- Widzisz, Rudolfie, do czego prowadzi zbytnia pewność siebie i zachłyśnięcie się mocą? W kontroli nie chodzi przecież o doprowadzenie do śmierci obiektu, chodzi o jego wykorzystanie. A jak użytecznym można być, będąc martwym? Co?

Skarcony uczeń nie odpowiedział, pokiwał jedynie smętnie głową.

- Cóż, Rudolfie, może będziesz mieć nauczkę na przyszłość. Bo chyba tobie też nie uśmiecha się marnować tylu miesięcy pracy? Skoncentrujmy się więc na ćwiczeniu kontroli przepływu mocy. Swój potencjał udowodniłeś już, zaiste, zdolny jesteś do władania potężnymi zaklęciami. Pamiętaj jednak, że niekiedy wystarczą bardziej subtelne działania.

Mistrz podszedł do stołu alchemicznego, chwycił kilka fiolek i jął mieszać ich zawartości. Otrzymana mikstura kolorem i konsystencją przypominała ciekłą rtęć – nie mogła być jednak równie zabójcza, gdyż mag wręczył naczynie uczniowi.

- Wypij. Powinieneś odczuć własną moc z większą świadomością, niczym rzeczny strumień, którym możesz sterować – wybierać kierunek, ustalać szerokość, nadawać tempo.

Rudolf posłusznie wlał w siebie zawartość fiolki, nie wzdrygnął się nawet, gdy przełykał srebrny płyn.

- Czujesz różnicę?

- Tak, mistrzu. Postaram się być bardziej uważny.

- Nie staraj się, tylko po prostu to zrób. A teraz zaczynamy wszystko od początku. Wybierz swój cel.

Uczeń zamknął oczy. Ujrzał znajomą osadę, pełną chat i warsztatów. Przemykał wzrokiem między mieszkańcami. Zatrzymał się na wysokim, młodym, ubranym w kapłańskie szaty mężczyźnie. „Tak, ten się nada”, pomyślał. „Od czego by tu zacząć?”.

Otworzył oczy. Jego wzrok natychmiast powędrował na wiszący na wprost niego obraz, duże płótno w złotej ramie. Na pierwszym planie dwie dziwonie, różowawo upierzony samiec i nieco mniejsza, brunatna samica, uchwycone zostały w locie w stronę morskiej tafli. W tle tonął galeon, a martwe ciała żeglarzy dryfowały po powierzchni wody, niesione falami. „Tak, zacznę od tego”, uznał, po czym ponowie opuścił powieki i skoncentrował się na celu.

Napisano 07.08.2010