Stracone zachody miłości — „Obsydianowe serce cz.2”, Ju Honisch

By | 26 marca 2012

Kończąc recenzję pierwszej części „Obsydianowego serca”, wyrażałam nadzieję, że w ślad za obiecującym początkiem podąży satysfakcjonujące zakończenie. Urywająca się w połowie powieść stanęła przed wyborem jednej z kilku ścieżek – fantastycznej, przygodowo-kryminalnej bądź romansowej. Bohaterowie mogli okazać się odgrywającymi napisane dla nich role kukiełkami bądź żyjącymi własnym życiem pełnokrwistymi postaciami. Jak ostatecznie wybrnęła z tego Ju Honisch? Niestety, nie tak, jak czytelnik by sobie życzył.

Druga część „Obsydianowego serca” nie jest ani powieścią, którą można od góry do dołu skrytykować, ani utworem, który spełniłby oczekiwania rozbudzone przez tom pierwszy i okładkowe noty. Przyjemnie spędza się przy niej czas, wartka akcja nie pozwala nudzie wkraść się choćby na moment między stronice, a XIX-wieczne realia, zarysowane zgrabnie, wiernie i z nutką ironii, cieszą oko. Cóż jednak z tego, kiedy dobre wrażenie zacierają karykaturalni główni bohaterowie i silenie się na nadmierną, rażącą sztucznością dramaturgię w końcowym fragmencie książki?

Im bliżej końca, tym bardziej „Obsydianowe serce” przypomina typowy, ckliwy romans, zapominając o manuskrypcie, od którego zależą losy całej ludzkości. Kolejne wydarzenia podyktowane są chęcią dotarcia do punktu kulminacyjnego, a jego jedynym celem jest połączenie bohaterów w sposób mający wykazać ich niezwykłe oddanie i udowodnić gotowość do poświęceń. Wszyscy czytelnicy zaś westchną z rozmarzeniem i uwierzą w miłość do grobowej deski, jaka zrodziła się między postaciami po jednym dniu znajomości. Po lekturze pierwszej części nikt raczej nie miał wątpliwości, którego z adoratorów wybierze Corrisande Jarrencourt, więc brak jakiegokolwiek zaskoczenia to tylko gwóźdź do trumny tego sztampowego zakończenia, rażącego swym pompatycznym dramatyzmem i oblepionego kilogramem cukru, od którego zgrzytają zęby.

Szkoda, że wątek miłosny przytłoczył i zdominował drugą część powieści, podczas gdy mogła ona skupić się na rozwijaniu intrygi kryminalnej czy też bardziej wnikliwym zaprezentowaniu systemu magii i świata tajemniczych feyonów. Autorka skąpi nam informacji na te tematy, brnąc po raz kolejny w opis przymiotów bohaterów i powtarzając to, co już wiemy – panowie są mężni, silni i gotowi oddać życie w obronie dam, niewiasty zaś dobre, o czystym sercu, a przy tym odważne i cierpiące w milczeniu. Postaciom nie udało się wyrwać ze schematów, które pozwalają oddać ich charakterystykę w jednym zdaniu, a kiedy jakiś wątek poboczny zaczyna nabierać rumieńców – jak ujawniona tajemnica Elizy Parslow – zostaje zduszony w zarodku.

Szkoda zmarnowanego potencjału „Obsydianowego serca”, zarówno bowiem świat, który wykreowała Honisch, jej wiedza dotycząca obyczajów, strojów czy wystroju wnętrz, jak i wciągający, łatwo przyswajalny styl i dobrze zapowiadający się wyścig po niebezpieczny manuskrypt, rodziły nadzieję na książkę lepszą od tej, jaką ostatecznie otrzymaliśmy. Jeśli można ją komuś z czystym sumieniem polecić – to tylko koneserkom romansów w historycznych realiach, którym nie przeszkodzą elementy fantastyczne. Romansów przewidywalnych i nad wyraz dramatycznych, dodajmy, ze sztampowymi bohaterami w roli głównej. Pozostali mogą ominąć tę pozycję i nie będą szczególnie stratni.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów oraz Portalowi LubimyCzytać.

4 thoughts on “Stracone zachody miłości — „Obsydianowe serce cz.2”, Ju Honisch

  1. Silaqui

    Tendencja spadkowa to nie dla mnie…
    Już przy pierwszym tomie nie pasowało mi macosze traktowanie wątku fantastycznego, a teraz widzę, że jest tylko gorzej.Szkoda, bo potencjał był :(

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Szkoda, że musiałam przez to przebrnąć… :D
      Ale obiecuję, że najbliższe recenzje będą dotyczyć mniej rozczarowujących książek! :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *