O sieroctwie na polskich drogach

By | 7 lipca 2010

Jako że moja emigracja do stolicy trwa już dobre trzy lata, nastąpił najwyższy czas, by porzucić usługi Polskich Kolei Państwowych i zacząć zawierzać na trasie własnemu środkowi transportu. W poprzednich dwóch latach zdarzało mi się siadać za kierownicą raczej od święta, a wizja tłuczenia się jednopasmówką od Rawy Mazowieckiej do Łodzi za kawalkadą TIR-ów zdecydowanie mnie odstraszała. Wygodnictwo sprawiło jednak, że ostatnimi czasy zrezygnowałam z tułaczki pociągami i wzięłam kierownicę w swoje ręce. Z jednej strony – była to cudowna decyzja, gdyż prowadzić wprost kocham, a z moimi czterema kółkami, które pieszczotliwie nazywanym w myślach „Czarną Strzałą”, odczuwam szczególną więź, czy wręcz zespolenie. Z drugiej strony – koszmar polskich dróg i polskich kierowców objawił mi się w pełnej krasie. Jako że o nawierzchni, dziurach, braku autostrad i bezsensownych ograniczeniach prędkości napisano już chyba wszystko, dziś zajmiemy się tą drugą kwestią.

Odcinek trasy między Warszawą a Rawą Mazowiecką, która plus-minus mieści się w połowie pokonywanej przeze mnie drogi, to teoretycznie dwupasmówka. Teoretycznie, gdyż wszystkim wiadomo, że prawym pasem poruszają się wyłącznie TIR-y oraz sieroty drogowe. Sieroty drogowe charakteryzują się jechaniem wolniej niż każdy TIR i niemym okrzykiem „uwaga, jadę!” dobywającym się z ich gardeł i spod masek ich pojazdów. Lewym pasem z kolei poruszają się wszyscy pozostali – czyli ci, którzy jadą szybciej niż znaki przewidują (czyt. jadą, a nie wloką się), jak również ci, którzy się na nim znaleźć nie powinni. Są to mianowicie TIR-y wyprzedzające inne TIR-y, TIR-y wyprzedzające sieroty drogowe oraz sieroty drogowe, którym wydaje się, że sierotami nie są. A to niestety najgorszy rodzaj sierot. O ile sierota „uwaga, jadę!” potulnie toczy się po prawej stronie, na jednopasmówkach zaś kulturalnie trzyma się blisko pobocza, ułatwiając normalnym kierowcom wyprzedzenie jej, o tyle sierota drogowa, która myśli, że jest kozakiem, zawsze zajmuje swoim jestestwem lewy pas dwupasmówki – i i tak się po nim toczy, miast jechać. No jasny szlag by to trafił!

Czy naprawdę tak trudno trzymać się niepisanych zasad współżycia na drodze, które ułatwiają wszystkim podróż? Skoro ja mogę kulturalnie zjechać na prawo, gdy widzę mknącą za mną dwieście na godzinę beemkę albo merca, to czy taka sierota w swoim polonezie, czinkłeczento czy innym dużym fiacie nie może z łaski swojej również na moment zjechać na prawy pas, gdy widzi mnie na swoim ogonie? I o ile w skrajnej desperacji na drodze dwupasmowej mogę wyprzedzić taką kozaczącą sierotę z prawej strony, o tyle na jednopasmówce nie ma tak łatwo – jedzie taka sierota jak najbliżej lewej krawędzi, bo czemu nie, najczęściej za jakimś TIR-em, traktorem, snopowiązałką czy beczkowozem – i ani myśli wyprzedzić! Znaczy, chciałaby, i owszem, wychyla się nieustannie, to przyspiesza, to zwalania, ale nie wyprzedza! Nie wyprzedza, bo jest sierotą, i zwyczajnie nie umie tego zrobić szybko, sprawnie i bezpiecznie. I gdyby była to sprawa owej sieroty, nerwowo wlokącej się przez kolejne –dziesiąt czy –set kilometrów, to oczywiście nic a nic by mnie to nie obchodziło. Kiedy jednak taką sierotę mam przed sobą i nijak nie jestem w stanie przewidzieć, co za chwilę zrobi na drodze, to nie jest już tak różowo.

No dobrze, dobrze, wyzłośliwiam się tu, wyzywam od sierot, a gdzie pointa? Pointy nie ma. Wymknęła się rurą wydechową, gdy trąbiłam przed skrzyżowaniem w Łodzi na jaśniepana o aparycji dziadka mroza, który jechał sobie po lewym pasie, zatrzymał się w połowie (choć światło było zielone, a za nim kilku chętnych do przejechania przez to skrzyżowanie), po czym puścił prawy kierunkowskaz i postanowił poczekać, aż jadący pasem środkowym łaskawie wpuszczą go między siebie. Fakt zablokowania tych, którzy musieli potem przez niego odstać kolejną zmianę świateł, był kompletnie nieistotny, grunt, że jaśniepan dziadek mróz nie czekał w długiej kolejce na środkowym pasie, tylko był taki sprytny, że się do niej wepchnął. Rany, no skąd się tacy biorą?!

  • http://bass-driver.blogspot.com Leniwiec Gniewomir

    Uwaga, będę stawał w obronie tych, co by chcieli wyprzedzić a nie bardzo mogą.

    Otóż dysponując pod białą maską mego wehikułu grzmiącymi 73 KM doświadczyłem tydzień temu na własnej skórze tego, jak fajnie jedzie się polskimi jednopasmówkami. Otóż w zeszły poniedziałek z samego rana przyszło mi ruszyć do Zamościa (via Lublin), a fragmenty dwupasmowe na owej trasie są… trzy. Kilku-kilkunastokilometrowe. Reszta to jednopasmówki – ładne, z w miarę niezłą nawierzchnią but still. I teraz weż wyprzedź ciężarówkę, gdy a) bez mocnego wychylenia się po prostu nie widać czy z przeciwka coś jedzie, b) zazwyczaj jedzie, c) nawet, gdy ledwie majaczy na horyzoncie, wiesz dobrze, że moc wehikułu nie wystarczy na znalezienie się przed wyprzedzanym obiektem na czas…

    Lepiej jechać troszkę wolniej a dojechać w całości a nie kozaczyć (przepraszam Magdę K. jeśli to czyta ;-)) i dojechać w czarnym worku. Lub kilku. I piszę to jako gość, który prowadzić uwielbia a i stopę miewa dość ciężką, gdy warunki pozwolą.

    Dodam jeszcze, że od roku masz śliczną A2, z której zresztą skorzystam jadąc w weekend do i ze Zgoerza.

    • http://oceansoul.waw.pl Oceansoul

      „I teraz weż wyprzedź ciężarówkę, gdy a) bez mocnego wychylenia się po prostu nie widać czy z przeciwka coś jedzie”
      Bez urazy, ale to zdanie to akurat straszliwa bzdura. Jak widzę (a widzę naprawdę często) auto siedzące ciężarówce czy innemu molochowi zaraz na ogonie, w odległości metra-dwóch, i wychylające się to mocno na lewo, to wracające na prawo, niby to chcąc wyprzedzić, to nie wiem, czy śmiać się, czy jednak przerażać, że ktoś (dużo ktosiów) tak jeździ. Odległość trzyma się na tyle dużą, by bez ostrego wychylania spokojnie było widać, czy wyprzedzać można. A jak można, to wtedy się przyspiesza i sprawnie wyprzedza. Jeśli jedzie się zaraz za ciężarówką i przyspiesza dopiero w trakcie wyprzedzania, a nie przed rozpoczęciem manewru, to nic dziwnego, że się potem nie może zdążyć.
      Co prawda wpis ten ma trzy lata, ale z tego co pamiętam, to jego myśl była bardzo prosta: Jeśli się nie umie albo ma za słaby pojazd, by sprawnie i bezpiecznie wyprzedzać w określonych warunkach – to się nie wyprzedza, tyle. A przy okazji nie utrudnia tego innym. Naprawdę, nie wszyscy i nie zawsze musimy to robić. Czasem trzeba mierzyć siły na zamiary, a kozaczeniem będzie dla mnie w tym przypadku próba wyprzedzania na siłę (sprowadzająca się do owego udawania wahadła), bo przecież „ja za tirem będę jechał/jechała?! niedoczekanie!”.

      A2 jeżdżę, odkąd ją otworzyli, to prawdziwe błogosławieństwo drogowe, przynajmniej póki nie ma opłat. Pociągi na trasie Łódź-Warszawa przestały mieć jakikolwiek sens, przynajmniej do czasu, aż nie będą szybkie niczym TGV.

    • http://bass-driver.blogspot.com Leniwiec Gniewomir

      Oj, nie jest tak rósioffo. Odstęp trzymam zawsze i wszędzie, ale jak droga wąska a ciężarówka szeroka to i tak niestety wiele się nie zobaczy co i jak na przeciwnym pasie się dzieje. Dlatego wyprzedzałem z rzadka i tylko wtedy, gdy miałem 100% pewności, że nic z przeciwka nie jedzie. I nie utrudniałem innym – patrzyłem tylko jak co i rusz jakiś mistrz buta w podłodze hamuje gwałtownie i wciska się przede mnie (a za ciężarówkę) bo jednak przeszacował.

    • http://oceansoul.waw.pl Oceansoul

      O, ci gwałtownie wpychający się przed faktycznie są straszni. Trudno ich nie wpuścić, zwłaszcza gdy prawie na zderzenie czołowe na pasie obok się szykują, ale nieraz miałam wrażenie, że zaraz mnie taki staranuje, żeby się tylko wepchnąć i uciec w ostatniej chwili.
      Za to o dziwo na tej A2 całkiem kulturalnie jeżdżą, a przynajmniej ja jeszcze nie natrafiłam na jakąś szczególną sytuację. I wiedzą, do czego służy lewy, a do czego prawy pas – szok!

    • http://bass-driver.blogspot.com Leniwiec Gniewomir

      Jak się takiego nie wpuści to może zabić nie tylko siebie ale i człeka jadącego z przeciwka, więc też ustępuję… Ale mam zazwyczaj ochotę dopędzić takiego delikwenta np. na stacji i zdzielić go korbowodem od Kamaza. Niestety, jako, że takowego nie zwykłem jednak wozić ze sobą, pozostawałby któryś z moich basów (jak jadę w trasę to zazwyczaj jakiś mam ze sobą, przeważnie więcej, niż jeden – no chyba, że wywczas, ale to bardzo rzadkie zwierzę). A tegoż jednak szkoda, nawet zakładając, że jest mocniejszy, niż pusta czaszka danego indywiduum.

  • http://bass-driver.blogspot.com Leniwiec Gniewomir

    A, jeszcze jedno.

    Dla wleczenia się lewym usprawiedliwienia nie mam i mieć nie będę. To oznaka zwykłej mendozy. Opisałem zresztą mistrzów lewego i kilka innych typów tu:

    http://bass-driver.blogspot.com/2012/07/mistrzowie-lewego-pasa-i-inne-zwierzeta.html

    No i oczywiście pisząc „Zgoerz” miałem na myśli Zgierz… Fast typing fail.