I wody spadły na ziemię — „Noe”

By | 4 września 2014

Niedzielne popołudnie spędziłam z Noem. Zaczęło się od komiksu, skończyło na filmie. Jeśli moje zainteresowanie postacią biblijną wyda się któremuś ze znających mnie czytelników nieco dziwne ― przyznaję od razu, to wszystko wina Darrena Aronofsky’ego, reżysera i współscenarzysty filmu, a zarazem współautora komiksu. Do tej pory Aronofsky był dla mnie twórcą boleśnie opowiadającym o ludziach stopniowo pożeranych przez własną słabość, a każdorazowy seans „Requiem dla snu” czy „Czarnego łabędzia” przeżywałam bardzo mocno, w ciągłym napięciu, jednocześnie z pewną grozą obserwując te drobne rysy na ludzkiej psychice ― często rysy dziwnie znajome ― z wolna powiększające się, by ostatecznie doprowadzić jednostkę do zguby. Tego samego tonu spodziewałam się więc w tym przypadku ― bohatera targanego wątpliwościami, wewnętrznie skonfliktowanego, budzącego współczucie, ale i dziwnie znajomego. A dostałam… dostałam zaledwie próbę powiedzenia tego, ale niekoniecznie udaną.

noe-komiksy

Zacznijmy jednak od czterotomowej powieści graficznej, powstałej, jak głosi blurb, na podstawie pierwszego szkicu scenariusza napisanego przez Aronofsky’ego i jego wieloletniego współpracownika Ariego Handela, producenta „Źródła”, „Zapaśnika” i „Czarnego łabędzia”. Rysunkami zajął się kanadyjski artysta Niko Henrichon, którego znawcy komiksów kojarzą pewnie z oprawy graficznej „Lwów z Bagdadu”. Fabuła, co nikogo nie zaskoczy, koncentruje się na historii biblijnego potopu. Noego i jego rodzinę poznajemy na długie lata przed ulewnymi deszczami, w czasach suszy, kiedy jałowa ziemia, wyniszczona przez chciwość i niegodziwość ludzi, niemalże nie rodzi już owoców. Ród Noego, wywodzący się od Setha, najmłodszego z synów Adama i Ewy, pozostaje ostatnią ostoją dobroci ― ukazano go w kontrze do wszystkich pozostałych ludzi, potomków Kaina, zamieszkujących miasto Bab-ilim. Zepsucie trawiące tę społeczność objawia się na kartach komiksu przede wszystkim brakiem szacunku wobec zwierząt i ojczystej planety (a więc darów od Boga), jedzeniem mięsa, polowaniem i niewiarą w miłosierdzie Stwórcy, który skazał ich na życie w okrutnych warunkach. Karą za to, co uczynili Ziemi, ma być potop ― ukazujący się Noemu w snach i wizjach.

Fabuła podąża powszechnie znanymi torami, ale uzupełnia ją kilka autorskich pomysłów. Najciekawszym jest obecność sześciorękich gigantów, Strażników, którzy niegdyś zstąpili na Ziemię, by ulitować się nad losem ludzi wygnanych z Edenu, narażając się przez to Boży gniew i utratę skrzydeł, potem zaś zostali przez człowieka zniewoleni i w większości zgładzeni. Wątek Strażników dużo lepiej został ukazany w komiksie; w filmie zarówno strona fabularna, jak i wizualna, bardzo mnie rozczarowały ― wielkie kamienne postaci, na dodatek eksplodujące niczym u Baya czy Emmericha, zdecydowanie nie są tym, czego oczekiwałam po lekturze powieści graficznej, koncentrującej się raczej na wątpliwościach tych istot i ich trudnych losach, a nie przydatności bojowej.

noe1

Skoro zaś przy rysunkach jesteśmy ― oprawa graficzna na od pierwszej chwili bardzo przypadła mi do gustu, głównie z uwagi na paletę barw, krajobrazy i dość duże kadry. Zwłaszcza te zajmujące całą stronę (a niekiedy i dwie) prezentują się imponująco. Wspaniałe są choćby sceny, gdy poszczególne gromady zwierząt zdążają na arkę. Duże wrażenie robią też kadry opowiadające historię stworzenia świata, zstąpienia Strażników na Ziemię czy też katastroficzny potop i ukazanie ulewnych deszczów. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, do byłyby to sylwetki ludzi ― niekiedy na zbliżeniach wydają się nienaturalne, z kolei mimika często jest albo nieobecna, albo wyjątkowo koślawa. Do tego część twarzy ― postaci kobiecych i młodych mężczyzn ― wygląda właściwie identycznie i różnią je jedynie fryzury. Koniec końców jednak na rysunki patrzyło mi się przyjemnie, a ładne kadry zdecydowanie przeważały nad tymi mniej udanymi.

Szkoda, że film nie powtórzył komiksowej estetyki. Mamy tu zupełnie inne barwy, choćby dużo żywych zieleni (piękne skądinąd krajobrazy Islandii), nieobecnych właściwie na kartach powieści graficznej, czy wspomniany kuriozalny wygląd gigantów. Przekonują jedynie sceny pojawienia się par zwierząt na arce, ale trwają raptem kilka chwil. Samym zdjęciom nie mam nic do zarzucenia ― odpowiadał za nie Matthew Libatique, który pracował przy większości filmów Aronofsky’ego ― ale zupełnie nie tego oczekiwałam po lekturze pierwowzoru, zwłaszcza w czasach, gdy ekranizacje komiksów lubią rozpieszczać czytelników kadrami przeniesionymi wprost z tomów, czy choćby umiejętnym odtworzeniem tego samego klimatu w adaptacji.

noe2

Porzućmy jednak wizualia, skupmy się na postaciach. To zresztą mój największy problem tak w przypadku filmu (w większej mierze), jak i komiksu. Noe, nasz protagonista, w filmie z twarzą Russella Crowe’a, to człowiek owładnięty wizją wypełniania boskiej misji, aż do granic szaleństwa. Mam nadzieję, że nie będzie to spoiler, jeśli zdradzę, iż w wersji Aronofsky’ego Noe ma za zadanie ocalić przed zagładą wyłącznie zwierzęta. Choć początkowo planuje zapewnić ciągłość także gatunkowi ludzkiemu, znaleźć żony dla synów i zabrać godnych tego ludzi z rodu Kaina, to na widok niegodziwości w Bab-ilim zmienia zdanie i stwierdza, że wolą Boga jest ocalenie z kataklizmu wyłącznie ziemskiej fauny. Prowadzi to do konfliktu z bliskimi, zwłaszcza środkowym synem Chamem, którzy są przeciwnego zdania.

Patrząc z perspektywy wartości wyznawanych przez bohatera, Noe parokrotnie staje przed niezwykle trudnymi wyborami ― decyduje nie tylko o losie anonimowych tysięcy, lecz także o życiu swoich najbliższych, jednocześnie przez cały czas będąc przekonanym o ważkiej roli, jaką powierzył mu Bóg i nie kwestionując poleceń Stwórcy (czy też swojej interpretacji tychże). Dla reżysera było to ogromne pole do popisu, otwierało przed nim możliwość ukazania jednostki muszącej wybierać mniejsze zło, ale pozostało zupełnie niewykorzystane. Filmowy Noe jest nawiedzonym bucem ― bo tak; scenarzyści nie usiłują nawet bronić jego racji, pokazać go w pozytywnym świetle, a to, co na swoją obronę ma do powiedzenia sama postać, jest całkowicie nieprzekonujące. Ale nawet takie podejście dałoby się obronić; gdyby tak fabuła poszła o krok dalej i ostatecznie miast czynić z Noego natchnionego proroka zaoferowała nam po prostu fanatyka, ekoterrorystę i szaleńca, do którego tak naprawdę nie przemawia żadne bóstwo… Niestety, o takim obrazoburstwie w mainstreamowym kinie można sobie tylko pomarzyć.

noe3

Aktorom w tym filmie po prostu nie chce się grać. W tym niegraniu najlepiej mimo wszystko wypada Russell Crowe, w którym można dopatrzeć się jego poprzednich kreacji, z „Gladiatorem” na czele; patrzenie na pozostałych sprawia więcej bólu niż przyjemności. Jennifer Connelly jako żona protagonisty jest nieznośnie pretensjonalna, zaś wcielająca się w przybraną córkę Noego Emma Watson razi groteskową, przerysowaną mimiką. Logan Lerman (Cham, teoretycznie ten najciekawszy z synów; pozostali dwaj w filmie przemykają gdzieś w tle, ale ze scenariusza najwyraźniej ich wykreślono) na ekranie po prostu jest, ale ogranicza się głównie do wytrzeszczania oczu. Znając tę dwójkę z innych ról, aż trudno w to uwierzyć, zwłaszcza gdy w pamięci mam choćby ich występ w „Charliem”. Ani aktorom, ani postaciom nie pomagają proste, łopatologiczne dialogi. To, co nieźle sprawdzało się w komiksowych dymkach, na dużym ekranie niekoniecznie ma rację bytu.

Wyjątkowo narzekam, pora więc na kilka cieplejszych słów na koniec. Czy raczej o sugestię, by się moimi utyskiwaniami nie w pełni przejmować. Komiks jest tak naprawdę całkiem niezły ― głównie z uwagi na budowanie klimatu, kolorystykę czy niektóre kadry ― i szczerze wierzę, że warto dać mu szansę. Gorzej w przypadku filmu; zekranizowany „Noe: Wybrany przez Boga” nie sprostał moim oczekiwaniom, zwłaszcza w warstwie psychologicznej. Tym większe rozczarowanie, że dotyczy jednego z moich ulubionych reżyserów/scenarzystów. Nawet muzyka Clinta Mansella wyjątkowo nie zapadała w pamięć ― co stwierdzam po raz pierwszy w przypadku ścieżki dźwiękowej autorstwa brytyjskiego kompozytora. Umówmy się więc tak: sięgniecie po pierwszy tom komiksu Aronofsky’ego, Handela i Henrichona — a potem zdecydujecie, co robić dalej. Tak żeby nie było na mnie.

Noe: Wybrany przez Boga

PS Ten film miał też wersję z polskim dubbingiem! Tak, nie pytajcie…

  • Tytuł: Noe (Noah), tomy 1-4
  • Autor: Darren Aronofsky, Ari Handel (scenariusz), Niko Henrichon (rysunki)
  • Wydawnictwo: Sine Qua Non
  • Rok wydania: 2013-2014
  • Liczba stron: 192
  • ISBN: 978-83-7924-080-7; 978-83-7924-122-4; 978-83-7924-151-4; 978-83-7924-174-3
  • Tytuł: Noe: Wybrany przez Boga (Noah)
  • Reżyseria: Darren Aronofsky
  • Scenariusz: Darren Aronofsky, Ari Handel
  • W rolach głównych: Russell Crowe, Jennifer Connelly, Emma Watson, Logan Lerman, Ray Winstone
  • Rok produkcji: 2014
  • Czas trwania: 2 godz. 18 min.

Źródło komiksowych kadrów: materiały promocyjne Wydawnictwa Sine Qua Non.

  • Megapodius

    Moim zdaniem każdy tom był coraz gorszy. Ostatni wymęczył mnie juz tak, że filmu nie obejrzałem. Ale rysunki byly naprawdę bardzo dobre. Nie slyszałem wcześniej otym dubbingu. Aż boję sie go sobie wyobrażać.

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Przeczytałam całość jednym rzutem i akurat tego wrażenia nie odniosłam, podobnie jak nie doświadczyłam efektu wymęczenia. Ale film mnie za to wymęczył, zwłaszcza że liczyłam, iż będzie od komiksu lepszy, a nie sporo słabszy. Może też dlatego, że tak jedno po drugim? Chociaż w przypadku ekranizacji, które mnie zachwyciły, nigdy nie miałam tego problemu, że „za szybko”.
      Do rysunków z pewnością będę wracać. Tym bardziej mi szkoda, że niektóre elementy wizualne (księżycowy krajobraz, widoczny np. na okładce pierwszego tomu; gigantów; scenę ze zwierzętami z czwartego tomu) ktoś sobie zmienił/wyciął na zasadzie „bo tak”.

  • http://bookhunters2.blogspot.co.uk/ Iwona Magdalena

    Film widziałam. Momentami był nudny, szału nie robił. Zresztą wspomniałam o nim w moim lipcowym, podsumowaniu tak dogłębnie… ok, wspomniałam. I wiem, że oglądałam, i pamiętam dużo wody i A. Hopkinsa w jakiejś starej jaskini :D

  • Pingback: 144. Tetralogia „Noe” Aronofsky, Handel, Henrichon | Ostatni rozdział