Nieregularny Przegląd Literacki #004

By | 8 grudnia 2012

Nieregularny Przegląd Literacki co prawda regularności nie nabrał (i dobrze, trzeba by nazwę zmieniać), ale za to wzrosła jego częstotliwość. Dziś trochę fantastyki, trochę klasyki i trochę powieści historycznej, więc liczę na to, że dla każdego coś wartego przeczytania się znajdzie. A skoro mam okazję napisać wstęp odautorski – dodałam na górze nową belkę z kategoriami wpisów, mam nadzieję, że ułatwi nawigację, albo przynajmniej nie będzie przeszkadzać. ;)

***

„Myszy i ludzie”, John Steinbeck
Utwór krótki, jednowątkowy, ale z tych, których się nie zapomina długi czas po lekturze. Historia przedstawia się bardzo prosto — nietypowy duet, Lennie i George, wędruje w poszukiwaniu kolejnej pracy na farmie. Bohaterowie zdają się być swoim przeciwieństwem, zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i usposobienie, a jednak ich losy są ze sobą nierozerwalnie splecione. Na stu kilku stronach Steinbeckowi udaje się poruszyć — a co ważniejsze, ująć w sposób przemawiający do czytelnika — kilka bardzo istotnych kwestii, na których inni polegliby, mając o wielokroć więcej kartek do zapisania. Warto wsłuchać się w to, co amerykański pisarz ma do powiedzenia o dyskryminacji, stosunkach społecznych i więzach przyjaźni, o marzeniach i poszukiwaniu własnego miejsca w życiu.
Czego zabrakło? Niczego. Wzbudziło apetyt na kolejne spotkanie z twórczością pisarza.
Dla kogo? Dla każdego. Dodatkowo także dla tych, którzy mają ochotę poznać jedno z „wielkich nazwisk”, a boją się zaczynać od opasłych powieści Steinbecka.

„Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi”, Rafał Kosik
Jako że chwilowo wyczerpałam zasób powieści i opowiadań Rafała Kosika skierowanych do dorosłych czytelników (a o „Kameleonie” w twardej oprawie wciąż nie słychać…), postanowiłam zmierzyć się z młodzieżowym cyklem autora. Przygody Felixa, Neta i Niki to lektura bardzo sympatyczna, napawająca optymizmem i pozytywnym wartościami, która z pewnością urzeknie każdego czytacza w wieku książkowych bohaterów, a i starszego odbiorcę potrafi odstresować i przenieść na moment do świata, gdzie — wbrew pozorom — wszystko jest o wiele prostsze.
Czego zabrakło? Utrzymywania czytelnika w napięciu i nieco bardziej prawdopodobnych bohaterów — byłam w ich wieku nie aż tak dawno temu i strasznie wyidealizowany jest powieściowy obraz 13-latków oraz szkolnych realiów.
Dla kogo? Dla młodzieży będzie jak znalazł, zwłaszcza jako zachęta do poznawania literatury fantastycznej. Dla starszych — tu już mam wątpliwości; w porównaniu z „Felixem…” nawet początkowe tomy Harry’ego Pottera wypadają bardziej dorosło i mrocznie. W cyklu Kosika wszystko jest słodkie i pogodne, a kiedy tylko w tle zaczyna pobrzmiewać smutniejsza nuta, autor nie poświęca jej większej uwagi i prześlizguje się po temacie.

„Kochanice króla”, Philippa Gregory
Henryka VIII znają wszyscy, nawet ci, którzy nie interesowali się szczególnie historią Anglii. Król kojarzony jest przede wszystkim jako religijny reformator oraz niezdecydowany mężczyzna, który żenił się aż sześć razy, a niewygodnych małżonek pozbywał się za pomocą katowskiego topora. Najbardziej znaną żoną monarchy była królowa numer dwa, czyli Anna Boleyn. Mało kto wie jednak, że zanim Henryk dał się uwieść Annie, darzył względami jej siostrę Marię. I to właśnie z perspektywy Marii powstała książka Philippy Gregory. Choć to przede wszystkim powieść historyczna opisująca barwne czasy Tudorów, ich blaski i cienie, to w równym stopniu jest to książka o kobietach, o siostrzanej rywalizacji, ale i trudnej miłości, o oddaniu rodzinie, a wreszcie o pozycji niewiast w XVI wieku i tym, jak próbowały radzić sobie z ograniczeniami, jakie nakładały na nie obyczaje. Do tego należy dodać emocjonalny język autorki i mnogość szczegółów dotyczących epoki — dla miłośników tego typu literatury „Kochanice króla” są pozycją obowiązkową.
Czego zabrakło? Co prawda powieść jest dość obszerna, zwłaszcza gdy zestawi się ją ze skrótowym filmem na jej podstawie, ale mimo to chciałoby się, by zakończenie trwało i trwało. Ciekawi mnie też, jak wypadłaby ta sama opowieść pisana z perspektywy Anny — trochę więc szkoda, że zabrakło dwugłosu i naprzemiennej narracji z punktu widzenia obu sióstr.
Dla kogo? Dla szukających pozycji spod znaku historii i romansu. A także dla miłośników czasów Tudorów, którzy z wypiekami na twarzy śledzili serial stacji Showtime albo zaczytywali się w innych książkach opisujących te czasy.

„Wieczna księżniczka”, Philippa Gregory
Zachęcona powyższą pozycją błyskawicznie sięgnęłam po kolejną książkę Philippy Gregory. Tym razem poświęconą Katarzynie Aragońskiej, pierwszej żonie Henryka VIII, wcześniej poślubionej jego starszemu bratu, Arturowi. Powieść ukazuje życie Cataliny w opanowanej przez Maurów Hiszpanii, a potem na walijskim dworze, gdzie wszystko jest dla niej nowe i niezrozumiałe. Młoda księżniczka ma przeciwko sobie część rodziny swego małżonka, dotkliwie przeżywa wczesne owdowienie, a potem przez wiele lat żyje w nędzy na angielskim dworze, gdzie nikt jej nie chce. Gregory ukazuje hart ducha i niezłomność Katarzyny, jej wierność złożonym przysięgom i umiejętność dążenia do postawionego sobie celu, często niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za to zapłacić. Prócz fantastycznie oddanych XVI-wiecznych realiów na uwagę zasługuje także naprzemienna narracja w pierwszej i trzeciej osobie, co pozwala przedstawić zarówno punkt widzenia królowej, jak i obiektywnego narratora.
Czego zabrakło? Przede wszystkim ciągłości akcji. Za dużo tu przeskoków czasowych i białych plam — sprawia to wrażenie, jakby autorka nie miała w pewnych momentach pomysłów, o czym pisać, albo już by się jej nie chciało. Ten drugi zarzut odnosi się zwłaszcza do zakończenia, które po prostu urywa się w pewnym punkcie historii. Spodziewałam się, że Gregory pociągnie akcję aż do śmierci Katarzyny, przedstawi wydarzenia znane z „Kochanic króla” z perspektywy hiszpańskiej księżniczki. Tymczasem niczego takiego nie otrzymałam.
Dla kogo? Podejrzewam, że głównie dla pań. Ale jeśli są tu panowie, którzy lubią prozę historyczną z dużą dawką dworskich romansów, to proszę się przyznać, a obiecuję stosowne pokajanie się za stereotypowe poglądy.

„Gra Endera”, Orson Scott Card
Każdy miłośnik science fiction z pewnością dobrze zna literaturę pióra Orsona Scotta Carda. Dla przyzwoitości wypada jednak napisać, że „Gra Endera” jest powieścią otwierającą cykl o Enderze Wigginie — chłopcu nad wiek inteligentnym i dojrzałym, taktycznym geniuszu, a zarazem wrażliwym dziecku, którego decyzje i umiejętności mają zdecydować o przyszłości Ziemi. Bohater Carda jest ostatnią nadzieją ludzkości w walce z rasą obcych zwanych Robalami, ale nie czyni to książki typową opowieścią o wybrańcu i ratowaniu świata. To w równej mierze powieść psychologiczna, wspaniale mierząca się z psychiką wyjątkowego dziecka stawianego w sytuacjach, gdzie nie ma dobrych i złych wyborów. To także książka o manipulacji i grach odczytywanych na różnych płaszczyznach (powstało kilka wartościowych naukowych opracowań dotyczących ujęcia gier w „Grze Endera”, polecam!), o polityce i problemach społecznych, o relacjach wśród dzieci oraz między dziećmi a dorosłymi. Card całkowicie mnie zaskoczył — spodziewałam się pozycji „zaledwie” bardzo dobrej, a dostałam rewelacyjną. Wisienką na torcie była zaś narracja Rocha Siemianowskiego w audiobooku, polecam więc i tę wersję.
Czego zabrakło? W powieści właściwie niczego. Mnie — nie zabrakło, ale przybyło. Lat. Nie żeby przygody Endera nie nadawały się na lekturę dla starszych czytelników, nadają się jak najbardziej. Ale mogę jedynie domyślać się, jak ogromne wrażenie zrobiłaby na mnie ta książka 10 lat temu. Tak więc żałuję, że moje pierwsze spotkanie z prozą Carda nastąpiło tak późno.
Dla kogo? Dla każdego. Dobra propozycja dla rozpoczynających przygodę z fantastyką czy, węziej, science fiction. Prognozuję też większy boom na tę powieść w przyszłym roku przy okazji ekranizacji, wspomnijcie moje słowa — więc jeśli ktoś chce przeczytać, zanim zacznie się moda, to polecam już teraz. ;)

  • http://theforevermoment.blogspot.com/ Fka

    Ja też dopiero teraz zaczęłam przygodę z twórczością Carda. Chociaż kupiłam prawie cały cykl o Enderze to na pierwszy ogień poszła jedna z nowszych jego powieści – „Tropiciel”. Jestem mniej więcej w połowie i jak na razie mam całkiem pozytywne wrażenia. Opowieść zaczęła się bardzo klasycznie ale raczej nie jest to jakieś przewidywalne czytadło fantasy, zobaczymy jak będzie dalej :)

    • http://oceansoul.waw.pl Oceansoul

      Z Cardem chętnie będę zapoznawać się dalej, a że po „Mówcy umarłych” raczej poczekam na wydanie kolejnych audiobooków o Enderze, to może też sięgnę po „Tropiciela” – głównie dlatego, że jednoczęściowa. :) A kolejne cykle pewnie dopiero w jakiejś dalszej przyszłości.

  • http://my-fantastic-books.blogspot.com/ Immora

    W „Grze Endera” mnie również niczego nie brak. Ta powieść jest genialna :) A FNiN sama kiedyś muszę zacząć, ale trochę ceny książek z serii mnie blokują, biorąc pod uwagę ich ile jest…

    • http://oceansoul.waw.pl Oceansoul

      FNiN też nie kompletuję własnego, bo faktycznie dość drogi, a zdecydowanie wracać do przeczytanych tomów nie będę. Tak więc najlepiej chyba dorwać jakichś młodszych znajomych/rodzinę, ewentualnie bibliotekę. ^^