Nieregularny Przegląd Literacki #002

By | 9 października 2011

Dawno literackiego przeglądu na blogu nie było, śmiem jednak zakładać, że na niedobór polecanych przeze mnie książek nie możecie narzekać. Ale z uwagi na to, że w ostatnim tygodniu miałam potwornie mało czasu na czytanie, a w najbliższym czasie lepiej nie będzie (jedne studia, drugie studia, magisterka, praca…), to czas reaktywować tę serię krótszych tekstów, które co jakiś czas pojawiać się będą między obszerniejszymi recenzjami.

***

„Żegnaj, laleczko”, Raymond Chandler
Philip Marlowe to detektyw równie znany, co Hercules Poirot czy Sherlock Holmes, a przy tym flagowa postać kryminałów Chandlera. Jest błyskotliwy i cyniczny, nie tylko główkuje, ale wykazuje się również sprawnością fizyczną, a przy tym łamie serce niejednej femme fatale – taki trochę James Bond w realiach noir. Powieść warto docenić także za barwny język i duszny, przytłaczający klimat.
Czego zabrakło? Najbardziej rozczarowała mnie jednak sama intryga, prowadzona chaotycznie, często pozbawiona typowego dla kryminałów suspensu i zostawiająca niewielkie pole do popisu podczas podejmowania prób domyślenia się, „kto zabił”.
Dla kogo? Mało prawdopodobne, bym wracała do kolejnych książek Chandlera, myślę jednak, że warto znać choć jedną jego powieść – by wiedzieć, na ile się taki styl i taką konwencję lubi. Ja jednak wolę Christie.

„Stalowy Szczur”, Harry Harrison
Pierwsze science fiction na wesoło, z jakim miałam okazję się zetknąć. Cykl powieści o Stalowym Szczurze opowiada o perypetiach Jima DiGriz, zręcznego oszusta, mistrza manipulacji i szybkiego zmieniania tożsamości. To postać, którą łatwo polubić i której chętnie się kibicuje – zabawna, inteligentna, a przy tym niepozbawiona określonego kodeksu moralnego, przez co zyskuje na wiarygodności. Jim to zdecydowanie najjaśniejszy punkt tej dość prostej, jednowątkowej opowieści.
Czego zabrakło? Definitywnie lepszego zakończenia, które nie może mierzyć się z brawurowym początkiem. A także czegoś, co skłoniłoby mnie do sięgnięcia po kolejne części, których mamy w sumie dwanaście. Póki co, nie planuję dalszych przygód z Harrisonem, zbyt wiele innych książek pod ręką.
Dla kogo? W gruncie rzeczy tylko dla tych, którym wstyd nie znać niektórych nazwisk zapisanych w historii literatury science fiction. Nie jest to książka, której nie można nie znać. Co oczywiście nie oznacza, że nie spędzi się przy niej miło czasu – w ramach odprężenia między poważniejszymi dziełami można po „Stalowego szczura” sięgnąć, zaliczyć i zapomnieć.

„Kolor magii” & „Blask fantastyczny”, Terry Pratchett
Musiało kiedyś do tego dojść – sięgnęłam po książki jednego z najsłynniejszych współczesnych twórców fantastyki. A że lubię porządek i chronologię, musiałam rozpocząć od pierwszych tomów serii o Świecie Dysku i nie słucham nikogo, kto każe Pratchetta czytać seriami lub zacząć od późniejszych tomów. I nie żałuję, zwłaszcza jeśli prawdą jest, że kolejne pozycje będą coraz lepsze. Już w dwóch pierwszych sporo było momentów, kiedy po prostu nie mogłam się nie śmiać, do tego dochodzi żywy, barwny styl, błyskotliwość oraz pomysłowość autora. Prędzej czy później z pewnością sięgnę po dalsze części.
Czego zabrakło? Chcę jeszcze, jeszcze, jeszcze więcej humoru! I więcej Śmierci! I jeszcze bardziej zakręconych koncepcji!
Dla kogo? Na dobrą sprawę – dla każdego. Młodszych, starszych, mniej i bardziej oczytanych, fanów fantastyki, antyfanów fantastyki, wariatów… No, może tylko totalni sztywniacy nie mają po co po serię sięgać.

„Opowieści o makabrze i koszmarze”, H.P. Lovecraft
Czy ktoś z obecnych mógł nie słyszeć wcześniej o twórczości Lovecrafta i słynnym „Zewie Cthulhu”? Nie sądzę. Darujmy sobie więc peany na temat ojca opowieści grozy i przejdźmy do sedna. W tym zbiorze o jakże wdzięcznym tytule (i równie wdzięcznej okładce) znajdziecie najsłynniejsze, najbardziej klasyczne opowiadania autorstwa Samotnika z Providence. Nawet jeśli nie macie ochoty na lekturę całości, zajrzyjcie choć do „Szepczącego w ciemności” – mistrzostwo!
Czego zabrakło? Różnorodności. Największym grzechem, jaki popełnia Lovecraft, jest kopiowanie samego siebie. W zbyt wielu opowiadaniach dominuje ten sam schemat, ten sam typ bohatera, stopniowanie napięcia w identyczny sposób, powielanie fabularnego rysu. Da się jednak temu zaradzić – wystarczy nie próbować pochłaniać całego tomu za jednym zamachem i dozować sobie kolejne historie.
Dla kogo? Dla każdego, kto chciałby sięgnąć do korzeni horroru. Dla miłośników klasyki i nieco archaicznego, acz niezwykle klimatycznego stylu. Dla wszystkich, którym wstyd nie znać słynnego Cthulhu.

8 thoughts on “Nieregularny Przegląd Literacki #002

  1. Moreni

    Moim ulubionym motywem z „Koloru magii” są bogowie grający w coś, co do złudzenia przypomina RPG.;) Wywołał u mnie szczery zachwyt – dosłownie gwiazdki w oczach, jak z anime.;) Śmierć będzie grał pierwsze skrzypce już w czwartym tomie. Uwielbiam tego gościa.;)

    Co do reszty, raczej nie mogę się wypowiadać, bo nam tylko ze słyszenia. A raczej nie planuję poznawać bliżej.;)

    Reply
  2. Silaqui

    Trzy pozycje przeczytałam (Pratchett i Lovercraft), a nad „Stalowym Szczurem” zastanawiałam się wczoraj.Telepatia jakaś czy co/? ;P

    Reply
  3. Harashiken

    O Stalowym Szczurze już nie raz słyszałem, „Opowieści o makabrze…” widziałem jakiś czas temu u Aleksandry, a za Pratchetta, jakoś nigdy nie miałem wielkich chęci się zabrać.

    Reply
  4. Oceansoul Post author

    Moreni – moim ulubionym momentem zdecydowanie był ten, w którym Śmierć opowiada o swoim pobycie na balu maskowym. ^^ Cudowna postać! No i kufer. :D

    Silaqui – ha, ja tak przeczuwam tę książkową telepatię od czasu pisania o twórczości Carrolla. ^^

    Harashiken – też długie lata omijałam Pratchetta, po części nawet z premedytacją. Myślę, że nawet jeśli nie zostanie się jego fanem, warto przeczytać choć jedną powieść i wiedzieć, z czym się „je” ten słynny Świat Dysku. :)

    Reply
  5. Harashiken

    Oceansoul, Oceansoul wiem, że powinienem ale jego jest od cholery. Już mam dostatecznie dużo do czytania, a jak jeszcze wciągnąłbym się w Świat Dysku i wciągnął go na swoje listy to po prostu byłby koniec świata. Tak więc póki co również będę go omijał z premedytacją.

    Reply
  6. Karodziejka

    Miałam mniej więcej podobne odczucia co do Chandlera, gdy dawno temu czytałam jego „Głęboki sen” – ostatnio jednak nachodzi mnie chwilami myśl, że warto sobie ten styl odświeżyć :)

    Pratchetta można czytać później dowolnie, ale rzeczywiście te pierwsze książki lepiej przeczytać w takiej kolejności, jak zostały napisane. Wprowadzają w świat :)

    Obok Śmierci moje ulubione postacie to Wiedźmy :)

    Lovecrafta znam, ale akurat nie te najbardziej znane pozycje – czyli Zew Ctulhu czy Opowiadania właśnie. Trzeba nadrobić :)

    Reply
  7. Oceansoul Post author

    Sam styl też bym chętnie za jakiś czas zgłębiła jeszcze raz, ale dużo chętniej w wykonaniu kogoś innego. Kusi mnie choćby „Sokół maltański” Dashiella Hammetta albo „Czarna Dahlia” Jamesa Ellroya.

    Pratchettowskich Wiedźm jeszcze nie znam, ale z tego, co kiedyś sprawdzałam, będą w trzeciej części, tak więc już niebawem powinnam się z nimi spotkać. :)

    A Lovecrata gorąco polecam, zwłaszcza przy odpowiednim dawkowaniu.

    Serdecznie witam na blogu! :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *