Nieregularny przegląd filmowy #011 (Oscary 2015)

By | 1 lutego 2015

Witajcie w moim ulubionym czasie każdego roku ― przedoscarowej gorączce. Podobnie jak w 2014 i 2013 roku postanowiłam zaprezentować Wam krótki przegląd pozycji nominowanych w najważniejszych kategoriach. Cykl zakończymy zaś, podobnie jak w ubiegłym roku, spekulacjami i przewidywaniami. Na początek jednak ― pięć pierwszych tytułów, od których zaczęłam oglądanie. Pozostałe – już wkrótce.

***

„American Sniper” / „Snajper”, Clint Eastwood

American SniperNie wiem, jak to się stało, ale do chwili ogłoszenia nominacji oscarowych w ogóle o tym filmie nie słyszałam ― a przecież reżyseruje Clint Eastwood, a w głównej roli występuje Bradley Cooper. Tymczasem na naszym rynku film w ogóle nie był promowany mimo rychłej premiery. Z kolei w Stanach Zjednoczonych zdążył już wzbudzić kontrowersje ― zarówno z uwagi na trudny temat, niejednoznaczną postać protagonisty oraz scenariusz oparty na równie niejednoznacznej książce. Z jednej strony może nie powinno to dziwić, z drugiej ― w moim odbiorze to, co się z tego filmu wyniesie, zależy od indywidualnej wrażliwości widza. A sama produkcja? Dość angażująca, dobrze zagrana. Ot, poprawna, niewznosząca się jednak na żadne wyżyny wybitności. Moim typem oscarowym z pewnością nie będzie, również z uwagi na indywidualne preferencje i fakt, że filmy wojenne to zupełnie nie moje kino. Ale jeśli lubicie Bradleya Coopera, to warto zobaczyć go na ekranie.

„Foxcatcher”, Bennett Miller

FoxcatcherNie wyobrażacie sobie, jak strasznie się wynudziłam na tym filmie. A ja naprawdę rzadko piszę takie słowa. Nie chodzi tu w żadnym razie o tematykę, bo choć o zapasach nie wiem kompletnie nic, to poprzedni film reżysera Bennetta Millera, „Moneyball”, traktujący o równie obcym dla mnie baseballu, oglądałam jak urzeczona. Tymczasem „Foxcatcher”, choć opowiada z założenia ciekawą historię, jest produkcją kompletnie bez pomysłu. Interesująco na ekranie robi się tak naprawdę w ostatnich minutach ― i film zaraz się kończy. Gdyby finałowe wydarzenia przenieść przynajmniej na połowę seansu, a potem pokazać ich reperkusje, otrzymalibyśmy o wiele ciekawszy obraz. A tak pozostaje nam oglądanie pracy charakteryzatorów, którym udało się jakimś cudem oszpecić Marka Ruffalo i dorobić Steve’owi Carellowi odpychająco wielki nos. I tylko z Channingiem Tatumem niczego nie dało rady zrobić, dalej jedynie patrzy w przestrzeń wzrokiem nieskalanym myślą. Jak na razie zdecydowanie najsłabszy film, który obejrzałam, skuszona oscarowymi nominacjami.

„Gone Girl” / „Zaginiona dziewczyna”, David Fincher

Gone GirlNie jestem może największą fanką Davida Finchera na świecie, ale jeszcze nigdy się na jego filmach nie zawiodłam. „Gone Girl” przebiła wręcz moje oczekiwania ― w końcu czego dobrego można spodziewać się po produkcji, w której gra główną rolę Ben Affleck? Tymczasem okazało się, że Fincher nawet ze słomy jest w stanie ukręcić złoto ― i nawet drewniany Affleck jest tu wyjątkowo trafnie obsadzony. Film trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty, ma bardzo dobre zdjęcia (nienominowane), bardzo dobrą muzykę (nienominowaną), rewelacyjny scenariusz (nienominowany) oraz ― nominowaną, całe szczęście ― magnetyzującą Rosamund Pike w roli tytułowej. Zaskakuje kilkoma zwrotami akcji i niesztampowym, dającym do myślenia zakończeniem. Jeśli miałabym wskazywać największego niesłusznie przegranego tegorocznych nominacji do Oscarów, to będzie to definitywnie „Gone Girl”. Polecam wszystkim, nie tylko osobom maniakalnie śledzącym sezon nagród filmowych.

„The Grand Budapest Hotel” / „Grand Budapest Hotel”, Wes Anderson

The Grand Budapest HotelPrzyznam się Wam do czegoś ― do czegoś, przez co niektórzy mogą zacząć patrzeć na mnie krzywo. Nie przemawiają do mnie filmy Wesa Andersona. Mówię to bez niechęci, a i do obydwu produkcji reżysera, które oglądałam (pierwszą było „Moonrise Kingdom” przy okazji oscarowych nominacji dwa lata temu), podchodziłam całkowicie neutralnie. W obu przypadkach nie potrafiłam jednak zrozumieć, co tak właściwie powinno budzić mój zachwyt. Oczywiście, strona wizualna jest niesamowita, niezwykle spójna, a w dodatku oryginalna. Aktorzy, nawet ci na trzecim planie, to nierzadko pierwsza liga, grająca bez pudła. Ale to wszystko stwierdzam chłodnym okiem. Jeśli chodzi o emocje ― a koniec końców to one są dla mnie w kulturze najważniejsze ― nie doświadczam niczego. Ani się nie smucę, ani nie wzruszam, ani nie bawię, ani niczego nowego sobie nie uświadamiam. W dodatku fabuła nie ma sensu, no nie ma za grosz. Gdy pytam entuzjastów, o co chodzi z kinem Andersona, słyszę: ale tu nie chodzi o sens, chodzi o klimat. Akceptuję oczywiście taką odpowiedź, ale zaliczam się do tego ― wąskiego chyba ― grona, którym to nie wystarcza. Nie dla mnie Anderson.

„Whiplash”, Damien Chazelle

WhiplashFilm, w którym totalnie się zakochałam. Ostatnią produkcją, do której podchodziłam w równie emocjonalny sposób, był „Black Swan” Darrena Aronofsky’ego. W „Whiplashu” Damiena Chazelle’a można doszukać się podobnych motywów, choć bez psychodelicznych halucynacji i przy dźwiękach jazzu zamiast Tchaikovsky’ego. Poświęcenie, talent, granice własnej wytrzymałości, dążenie do perfekcji ― to wszystko jednak w „Whiplashu” odnajdziemy. Do tego świetny montaż i porażająca geniuszem gra głównych bohaterów odgrywanych przez J.K. Simmonsa i Milesa Tellera. Ale wysoki poziom poszczególnych składowych nie czyni filmu wybitnym. Potrzeba jeszcze emocji ― i to właśnie one różnicują w moim odbiorze produkcję Chazelle’a od innych nominowanych. Takiej dawki napięcia nie zwykło się oczekiwać po dramacie o aspirującym perkusiście. A jednak! Końcowe katharsis zasługuje na oddzielne oklaski. Choć od seansu minął już miesiąc, do dziś wzdrygam się na wspomnienie całej gamy przeżywanych wówczas uczuć. Takie filmy chcę oglądać.

3 thoughts on “Nieregularny przegląd filmowy #011 (Oscary 2015)

  1. Megapodius

    W przypadku filmów nominownych w tym roku, widziałem ich mniej niż tych z poprzedniego, ale zaliczam się właśnie do tych osób, którym The Grand Budapest Hotel i filmy Andersona się podobają. Ja akurat doświadzyłem dużo emocji, ale rozumiem, że nie wszyskim musi się podobać.

    Reply
  2. Agata

    Mam takie samo zdanie o filmach Andersona – niby fajne, ale żeby się aż tak zachwycać? Nie chwytam tego. Snajper zupełnie mnie nie kusi, nie przepadam za filmami wojennymi. Finchera za to uwielbiam, ale Zaginionej dziewczyny jeszcze nie widziałam, najpierw chcę przeczytać książkę. Whiplash bardzo, bardzo mi się podobał, ale nie aż tak bardzo, jak Black Swan :)

    Reply
  3. Anna Omiecińska

    Grand Budapest Hotel był po prostu inny, miał w sobie coś wyjątkowego. Spodziewałam się niestety czegoś dużo lepszego, ale i tak warto było obejrzeć.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *