Nieregularny przegląd filmowy #010 (Oscary 2014)

By | 28 lutego 2014

Nadeszła pora na ostatni przegląd tegorocznych oscarowych nominacji. Jeśli przegapiliście któryś z poprzednich odcinków, nadróbcie koniecznie (pierwszy, drugi, trzeci), ponieważ już jutro zajmę się snuciem przypuszczeń i spekulacji dotyczących niedzielnych zwycięzców! Tymczasem poniżej przedstawiam pięć ostatnich tytułów, które obejrzałam w minionym tygodniu, tym samym kończąc realizację styczniowo-lutowego planu.

***

„Witaj w klubie”, Jean-Marc Vallée (Dallas Buyers Club; 2013)

„Witaj w klubie”, Jean-Marc ValléePrzyznam szczerze, że mocno zaskoczył mnie ten film. A może to złe słowo? Może po prostu nie wiedziałam, czego się tak właściwie po nim spodziewać, więc nie dokonałam żadnych założeń poza nastawieniem się na baczne obserwowanie poczynań mocno odmienionego (fizycznie i aktorsko) Matthew McConaugheya? „Witaj w klubie” jest opartą na faktach opowieścią Ronie Woodroofie, mężczyźnie żyjącym chwilą ― jego codzienność wypełnia hazard, picie, kokaina i kobiety. Zdawałoby się, że traktuje swoją egzystencję lekką ręką; aż do chwili, gdy niespodziewanie słyszy wyrok: HIV, AIDS, miesiąc w świecie żywych. Jeśli jednak ktoś sądził, że z dnia na dzień Ron postanowił wyzbyć się hedonistycznych skłonności i zaczął prowadzić cnotliwe, wyciszone, prawe życie, niezwykle się pomylił. W poczuciu niezgody z literą prawa i chciwymi koncernami farmaceutycznymi wykorzystuje pozostały mu czas, by zawalczyć o dostęp do leków dla siebie i innych chorych mogących odwlec wyrok śmierci i ulżyć w cierpieniu, a o których niedopuszczeniu do obrotu nie zadecydowały w żadnym stopniu względy medyczne, jedynie chęć zysku i dziurawe ustawodawstwo. Mimo wyboru takiego właśnie zagadnienia „Witaj w klubie” koncentruje się przede wszystkim na bohaterze i jego przemianach, pozostawiając pozostałe kwestie w tle. Powszechnie chwalony McConaughey okazał się zaiste fenomenalny, a na ekranie wtóruje mu Jared Leto w niełatwej roli transgenderystki Rayon. Film mierzy się także z uprzedzeniami wobec chorych na AIDS, przypominając o nie tak odległych, krzywdzących poglądach dotyczących postrzegania nosicieli wirusa HIV. Obraz Jeana-Marca Vallée nie jest co prawda moim oscarowym faworytem, ale warto się z nim zapoznać.

„Nebraska”, Alexander Payne (2013)

„Nebraska”, Alexander PayneWyjdę pewnie na ignorantkę, ale mnie „Nebraska” nie urzekła w żadnym stopniu. Co prawda fanką twórczości Alexandra Payne’a nigdy nie byłam ― „Spadkobierców” uważam za przyzwoitych, acz bez szału, a „Bezdroża” za dobre, ale nic ponadto ― ale dopiero jego najnowsze dzieło zmęczyło mnie i rozczarowało. Jeśli jesteście koneserami kina drogi, to może spojrzycie na „Nebraskę” przychylniejszym okiem. Trudno też nie zauważyć, że nominowany za rolę pierwszoplanową Bruce Dern wykreował poruszającą i przekonującą postać. Ale tak historia, jak i wszystko to, co w nią wplecione, po prostu do mnie nie przemówiły, a samych kameralnych filmów o rodzinnych rozliczeniach i wspominkach widziałam już na tyle dużo, by „Nebraska” niczym mnie nie zaskoczyła. Nie do końca też rozumiem, po co tak właściwie ten biało-czarny obraz; nie mam nic do zabiegu jako takiego i brak kolorów nie sprawia, bym miała filmu nie obejrzeć czy gorzej go ocenić, ale potrzebuję wiedzieć, czemu twórcy zdecydowali się na taki krok. Wiem więc, czemu czarno-biały był „Artysta” czy „Ed Wood”, ale nie mam pojęcia, czemu taki zabieg miał służyć w tym wypadku. Oczywiście pofatygowałam się poszukać wyjaśnień ― Payne said he wanted to produce an „iconic, archetypal look”. According to cinematographer Phedon Papamichael, the choice was to use „the poetic power of the black and white in combination with these landscapes and of course the landscapes are playing a huge role in this story”[1] ― ale nie przekonały mnie one ani trochę. Pozostaję nieczuła na urok „Nebraski” ― może ktoś z Was podpowie mi, czemu zachwyca, skoro nie zachwyca?

„Tajemnica Filomeny”, Stephen Frears (Philomena; 2013)

„Tajemnica Filomeny”, Stephen FrearsOch, jaki to był dobry film! Jak dobrze napisany, jak dobrze opowiedziany, jak dobrze zagrany! Pełen niuansów, trudnych tematów, niełatwych emocji, nieoczywistych decyzji, z niesamowicie wiarygodną Judi Dench w tytułowej roli. Chyba pora mi zostać fanką Stephena Frearsa, który już wcześniej oczarował mnie „Niebezpiecznymi związkami” i „Królową”. „Tajemnica Filomeny” to ujmująca historia starszej kobiety, która postanawia odszukać swojego syna, teraz pięćdziesięcioletniego mężczyznę. Nie dane jej było wychowywać go ― w ramach pokuty za poddanie się cielesnej żądzy i hańbę spowodowaną zajściem w ciążę spędziła kilka lat na ciężkiej pracy w klasztorze. Zakonnice odebrały jej także dziecko i oddały adopcyjnej rodzinie. W bolesnych poszukiwaniach towarzyszy Filomenie cyniczny dziennikarz, Martin Sixsmith (Steve Coogan). Ich wspólna podróż jest okazją do skonfrontowania wyznawanych wartości przez obydwie strony, rozmów na temat wiary i szczęścia, a wreszcie krzywdy i wybaczenia. Wszystko podano jednak widzowi z gracją i umiarem, bez wciskania na ekran tego czy innego światopoglądu. Wciąga także sama historia, momentami niepozbawiona akcentów humorystycznych. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak polecić Wam film Frearsa, jeden z lepszych obrazów, jakie obejrzałam dzięki nadrabianiu oscarowych nominacji.

„Feral”, Daniel Sousa (2012)

„Feral”, Daniel SousaNa koniec zestawienia krótka wzmianka o dwóch animacjach krótkometrażowych. Wspominałam już o przeuroczym „Miejscu na miotle”, ale teraz pora na zupełnie inny klimat. „Feral” bardzo oszczędnie operuje kolorem i rysunkiem, by opowiedzieć historię dziecka, najprawdopodobniej wychowanego w lesie, które nagle trafia do cywilizacji. Uwagę zwraca symbolika obrazów i ciekawa estetyka wykonania. Pozbawioną dialogów, dwunastominutową produkcję, wyświetlaną podczas Festiwalu Filmowego w Sundance, możecie obejrzeć tutaj.

„Pan Hublot”, Laurent Witz, Alexandre Espigares (Mr Hublot; 2013)

„Pan Hublot”, Laurent Witz, Alexandre EspigaresJedenastominutowy „Mr Hublot” urzekł mnie przede wszystkim steampunkowymi dekoracjami. Para bucha z kominów, paleta barw utrzymana jest w brązach, beżach i szarościach, główny bohater nie rozstaje się z charakterystycznymi goglami, a kwiaty czy psy zostały zastąpione ich mechanicznymi odpowiednikami. Stonowaną, a chwilami wręcz ponurą estetykę, równoważy ciepła historia i radosna w tonie ścieżka dźwiękowa. „Pana Hublota” (który, podobnie jak jego poprzednik, także jest pozbawiony dialogów) możecie znaleźć tutaj.

To już wszystkie filmy, które postanowiłam (bądź mogłam) obejrzeć w ramach przygotowania przed tegorocznymi Oscarami. W przypadku większości tytułów ― i tych dzisiejszych, i tych opisywanych wcześniej ― zachęcałam Was do oglądania, czekam więc na opinie dotyczące poszczególnych tytułów!

Źródło [1]: http://en.wikipedia.org/wiki/Nebraska_(film)

  • Agata

    W ostatniej notce opisałaś akurat te filmy, których nie udało mi się (lub nie chciało) obejrzeć. Do Nebraski zupełnie nie mnie ciągnie, gdyby nie to, że „Witaj w klubie” było nominowane do Oscara pewnie też nie zwróciłabym na ten film uwagi. Z tych wszystkich filmów mam właściwie ochotę tylko na „Tajemnicę Filomeny”, ale przez chorobę zwyczajnie nie zdążyłam wybrać się do kina. Bardzo jestem ciekawa Twoich tegorocznych typów :) Mnie, szczerze mówiąc, żaden film w tym roku nie powalił…

    • Mnie zazwyczaj bardziej powalają te, które i tak nie wygrywają. Albo nie są nawet nominowane. Mogę zdradzić już dziś, że ze wszystkich filmów z 2013 roku, które widziałam, najbardziej podobały mi się „Ratując pana Banksa” i „Wyścig” – przy czym żaden nie został nawet nominowany. ;)

      A patrząc na ostatnie lata Oscarów (2009-2013), ani razu w kategorii głównej nie zwyciężył mój faworyt. Nie mam najwyraźniej akademickiego gustu. :D

    • Agata

      Wyścig widziałam -świetny! Zagadką pozostaje dlaczego nie został nominowany. Wwa lata temu miałam przynajmniej swojego faworyta (Służące lub o Północy w Paryżu), to samo w zeszłym roku (Django lub Les Miserables), a w tym roku nic, choć obejrzałam 6 filmów na 9. Chyba też nie mam akademickiego gustu :)

    • jareckr

      Mnie „mocno odmieniony fizycznie i aktorsko” Matthew McConaughey wgniata w glebę w serialu „True Detective”. Kapitalna rola, świetnie zagrana postać – jedna z najlepszych jakie widziałem w serialach i filmach kryminalnych. A „Dallas Buyers Club” chcę obejrzeć właśnie z uwagi na tego aktora. Ależ przemiana! Godna co najmniej kilku najwyższych nagród!

    • Zaraz się zabieram za „True Detective”, czekam już tylko na dwa ostatnie odcinki, by mieć całość, i oglądam. :) Ale że prawie wszyscy serial (i role obu panów) chwalą, to nie spodziewam się zawodu.