Nieregularny przegląd filmowy #009 (Oscary 2014)

By | 13 lutego 2014

Przyszła pora na krótkie opisanie pięciu kolejnych nominowanych produkcji, które widziałam w minionym tygodniu. Tym razem nie zabrakło lekkich rozczarowań, ale pojawiły się też tytuły w pełni satysfakcjonujące. Co my tu mamy… Trzy wyczekiwane filmy fabularne, każdy z gwiazdorską obsadą. Dwie animacje ― jedna znana wszystkim, druga zaś prawie nikomu. Czytajcie i oglądajcie!

***

„American Hustle”, David O. Russell (2013)

„American Hustle”, David O. RussellZacznijmy od największego rozczarowania, jakiego doznałam podczas nadrabiania ubiegających się o nagrody tytułów. Po „American Hustle” spodziewałam się dużo z kilku powodów. Imponująca jest sama liczba oscarowych nominacji ― aż dziesięć, w tym we wszystkich najważniejszych kategoriach. Dobrze rokowała także uznana obsada oraz David O. Russell ― reżyser i współautor scenariusza ― którego poprzedni film, „Poradnik pozytywnego myślenia”, bardzo przypadł mi do gustu. Niestety, o jego najnowszej produkcji nie mogę powiedzieć tego samego. Zawiódł mnie przede wszystkim scenariusz, który jak na kryminał i opowieść o wielkim przekręcie okazał się wybitnie ślamazarny i rozwlekły, momentami wręcz nudny. Najciekawsze jest tak naprawdę ostatnie dziesięć minut, ale żeby ich doczekać, trzeba wytrwać przez pierwsze dwie godziny. Czekanie ułatwia co prawda wyśmienite aktorstwo ― mnie najbardziej oczarował Christian Bale, jego rola jest bardzo świeża i zupełnie inna od poprzednich wcieleń, w jakich go oglądałam, i to nie tylko z uwagi na tuszę i maskowanie łysiny. Jak zwykle kupiła mnie także Jennifer Lawrence, choć tym razem nie pojawiała się na ekranie zbyt często. Amy Adams też świetnie sobie poradziła; jedynie Bradley Cooper pozostał w cieniu pozostałych i nie miał właściwie okazji, żeby się specjalnie wykazać. Czy polecam ten tytuł? Tylko tym, którzy odczuwają obowiązek obejrzenia wszystkich głośnych filmów zeszłego roku, ewentualnie fanom członków obsady.

„Sierpień w hrabstwie Osage”, John Wells (August: Osage County; 2013)

„Sierpień w hrabstwie Osage”, John WellsTym razem trudno mi mówić o jakimś wielkim zawodzie, ale znowuż spodziewałam się filmu ciut lepszego. Scenariusz „Sierpnia w hrabstwie Osage” powstał na podstawie sztuki teatralnej i w filmie ta kameralność jest jak najbardziej widoczna. To opowieść o wielopokoleniowej rodzinie, wpisującej się poniekąd w przysłowiowy stereotyp „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”, spotykającej się na okoliczność pogrzebu. Powracają dawne żale i konflikty, na jaw wychodzą skrywane przez lata sekrety, a kryzys goni kryzys. Problem w tym, że jak na dwugodzinny film jest tego wszystkiego po prostu za dużo, a liczba „trupów w szafie” mocno zachwiała moją zawieszoną niewiarą. Ponownie nie można się za to przyczepić do strony aktorskiej. Niektórzy twierdzą, że Meryl Streep w roli opryskliwej matki tym razem przeszarżowała, ale w moim odbiorze jej postać była idealnie wiarygodna, choć rzecz jasna dość specyficzna. Bardzo dobrze wypada wcielająca się w najstarszą córkę Julia Roberts, w dramacie dla odmiany podobała mi się znacznie bardziej niż w licznych komediach. Całkowicie niewykorzystany pozostał z kolei Ewan McGregor, który wypowiada w filmie może ze trzy zdania. Niewiele więcej miał do zagrania Benedict Cumberbatch. By podsumować swoje wrażenia ― lubię filmy „przegadane”, lekko teatralne, ale do „Sierpnia w hrabstwie Osage” wracać nie będę. Warto obejrzeć go raz, ale raczej nie jest to obraz, który wspomnę po latach. Za mało wiarygodny ten dramat rodzinny, a szkoda, bo sam wątek relacji toksycznej matki z córkami byłby dostateczną siłą napędową i ― nieprzytłaczany innymi kwestiami ― pewnie wywarłby na mnie o wiele większe ważenie.

„Ona”, Spike Jonze (Her; 2013)

„Ona”, Spike JonzeDopiero co spekulowałam w zapowiedziach na luty, że to będzie dobry film. Nie pomyliłam się ani trochę ― najnowszy komediodramat Spike’a Jonze’a dostarcza fantastycznych emocji. Jest równocześnie smutny, ale i kojący, a chwilami także uroczy i zabawny. Choć na dobrą sprawę wypełniają go dialogi, a akcji nie ma wiele, to trudno oderwać wzrok od ekranu. Reżyser dopuszcza widza bardzo blisko bohatera, Theodore’a Twombly (Joaquin Phoenix), który znalazł się na życiowym zakręcie. Mężczyzna nie radzi sobie z odejściem żony, z dowcipnego i towarzyskiego przeistoczył się w zamkniętego w sobie odludka, dzielącego codzienność między pracę a granie na konsoli. Jego życie odmienia zainstalowanie systemu operacyjnego przedstawiającego się jako Samantha (głos Scarlett Johansson). Coraz bardziej zażyła relacja ze sztuczną inteligencją może nieść ze sobą zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki ― i wszystkie aspekty poznamy w tej historii. Trafnie można domyślać się także pytań dotyczących natury AI i stopnia jej uczłowieczenia. Czy zbiór bitów może cokolwiek odczuwać? A może empatia Samanthy wynika wyłącznie z tego, jak została zaprogramowana? „Ona” wyróżnia się znacznie na tle innych filmów science fiction od strony wizualnej ― to nie jest krajobraz pełen budynków z metalu i szkła, zimny i odpychający; wręcz przeciwnie, pastelowa kolorystyka pozbawiona jest w dużym stopniu odcieni błękitów, kojarzonych z futurystycznymi wizjami. Warto całkowicie utonąć w tym świecie na dwie godziny, a potem zasmucić się na myśl, jak naszej rzeczywistości niedaleko do filmowej wizji.

„Kraina lodu”, Chris Buck, Jennifer Lee (Frozen; 2013)

„Kraina lodu”, Chris Buck, Jennifer LeeTo mój ulubiony film z tego zestawienia ― co chyba nie powinno dziwić zważywszy na moją ogromną miłość do produkcji Disneya i naprawdę wysoki poziom ich ostatniego dzieła. Fabuła koncentruje się na relacji dwóch sióstr, Anny (Kristen Bell) i Elsy (Idina Menzel), niegdyś sobie bardzo bliskich. Ich stosunki komplikują magiczne moce Elsy, nad którymi dziewczyna nie potrafi zapanować ― dla dobra Anny odsuwa się więc od siostry, wybiera samotne dźwiganie swojego brzemienia, by przypadkiem nie dopuścić do tragedii. Anna, nieświadoma powodu, dla którego Elsa nagle zaczęła ją ignorować, czuje się rzecz jasna odtrącona; mimo to w godzinie próby bez wahania staje po stronie siostry. „Frozen” przełamuje schematy, jakie do upadłego powielały animacje przez ostatnie dekady, a do tego robi to z gracją i humorem. Można by co prawda krzywić się, że następuje to dopiero teraz, albo że to i tak zbyt mały krok naprzód w opowieściach o księżniczkach, ale pamiętajmy, że to wciąż baśń, w której nie da się porzucić niektórych uproszczeń. Zgodnie z najlepszymi tradycjami nie brakło w „Krainie lodu” piosenek; od pierwszego przesłuchania pokochałam „Let It Go”, zwłaszcza wersję w wykonaniu Idiny Menzel, a z czasem w pamięć zapadła mi także część pozostałych utworów. Nie zawodzi też animacja ― opady śniegu jeszcze nigdy nie wyglądały tak dobrze!

„Ernest i Celestyna”, Stéphane Aubier, Vincent Patar, Benjamin Renner (Ernest et Célestine; 2012)

„Ernest i Celestyna”, Stéphane Aubier, Vincent Patar, Benjamin RennerFilmy nieanglojęzyczne bardzo rzadko mogą powalczyć o Oscary w kategoriach innych niż ta jedna jedyna przeznaczona dla zagranicznych produkcji. Co innego animacje. W tym roku wśród nominowanych znalazły się trzy tytuły amerykańskie, jeden japoński (o którym niestety Wam nie napiszę, ponieważ nie można go nigdzie obejrzeć) i jeden francusko-belgijski ― „Ernest i Celestyna”. To przeurocza opowieść o nietypowej przyjaźni myszy i niedźwiedzia, którzy pomagają sobie w trudnych chwilach (a przy okazji wpędzają się także w dodatkowe kłopoty). Pierwszym elementem zwracającym uwagę jest piękna kreska, przywodząca na myśl ilustracje w książkach dla najmłodszych; kontury są rozmyte, miękkie, a barwy delikatne i stonowane ― pod względem wizualnym to absolutne przeciwieństwo krzykliwie kolorowych (choć nierzadko równie ładnych) animacji komputerowych królujących na szczytach list box office’u. Także sposób podania historii znacznie różni się od tego, do czego przywykliśmy ― przede wszystkim mamy tylko dwoje głównych bohaterów, ale dzięki temu odpowiednio rozwiniętych, z dobrze zarysowanymi cechami charakteru, i to niekoniecznie samymi chwalebnymi. Miło też dla odmiany obejrzeć animację, w której postaci nie dokonują czynów wielkich, nie ratują miast czy królestw, nie mierzą się z podstępnymi korporacjami czy Głównym Złym. Nie obawiajcie się jednak nudy! Przygody myszy i niedźwiedzia śledzi się z niesłabnącą przyjemnością niezależnie od wieku.

Kolejny odcinek będzie już ostatnim z cyklu Oscary 2014 i powinien pojawić się pod koniec lutego. Postaram się także o obszerny wpis z moimi typowaniami. A chwilowo zachęcam Was do nadrabiania poszczególnych tytułów, nie tylko powyższych, ale i tych opisanych w poprzednich częściach Nieregularnego Przeglądu, byśmy mogli podyskutować później o naszych typach ;).

  • Agata

    Kraina lodu ogromnie mi się podobała, ale żałuję, że oglądałam w polskiej wersji :) American Hustle dobrze zagrane, ale wyjątkowo nudne. Sierpień w Osage County podobało mi się, ale ilość trupów w szafie jednak trochę za dużo. No i brak wyrazistych postaci męskich. Ona – chyba obejrzę w ten weekend :)

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Ja widziałam angielską i gorąco polecam, choćby jako drugą. :) Przez to wszystko złapałam potem fazę na Disneya i zamiast kolejnych filmów Oscarowych powtórzyłam sobie „Zaplątanych”, „Dzwonnika…”, „Pocahontas”, „Tarzana” i „Lilo i Sticha”. Co to był za tydzień! :D
      Ale od poniedziałku może uda mi się wrócić na ‚właściwe’ tory. :)