Nieregularny przegląd filmowy #008 (Oscary 2014)

By | 24 stycznia 2014

Pora na drugą część przeglądu oscarowego! (Pierwszą znajdziecie tutaj). Ostatni tydzień pod względem filmowym był dla mnie bardzo intensywny ― każdego z oglądanych tytułów wprost nie mogłam się doczekać. Na szczęście też żaden z nich nie okazał się zawodem, a jednemu udało się na dobre podbić moje serce.

***

„Ratując pana Banksa”, John Lee Hancock„Ratując pana Banksa”, John Lee Hancock (Saving Mr. Banks; 2013)
Film, z przyczyn kompletnie mi nieznanych, prawie że pominięty w nominacjach Oscarowych (walczy o statuetkę jedynie w kategorii Najlepsza muzyka oryginalna), choć docenili go Brytyjczycy, czego wyrazem jest pięć nominacji do nagród BAFTA. Mimo że od mojego seansu minęło już kilka dni, dalej nie potrafię o nim zapomnieć. To niezwykle wzruszająca i pełna ciepła opowieść o Pameli Travers, autorce powieści o Mary Poppins. Konkretnych motywów możemy wyróżnić w tej historii wiele ― by wspomnieć o przywiązaniu do bohaterów swojej twórczości, wpływie własnych przeżyć i wspomnień na kreację postaci czy przebieg wydarzeń oraz wolności interpretacji w starciu z autorską wizją. Oczywiście na pierwszym planie widzimy walkę o prawa do ekranizacji „Mary Poppins”, o które Walt Disney starał się przez dwadzieścia lat. Obserwujemy, jak powstała ta produkcja, oglądamy pierwsze szkice koncepcyjne, słuchamy braci Sherman przy pianinie, komponujących „Let’s Go Fly a Kite” czy „A Spoonful of Sugar”. Nie można jednak powiedzieć, że to film o filmie. To raczej próba zrozumienia niełatwego charakteru i budzących konsternację decyzji P.L. Travers, granej przez rewelacyjną w tej roli Emmę Thompson. Zderzenie ze sobą zdystansowanej Mrs. Travers i bezceremonialnego Walta Disneya (Tom Hanks) ogląda się na ekranie z ogromną przyjemnością, a sceny komiczne przeplatają się w odpowiednich dawkach z dramatycznymi. Co prawda należę do tych widzów, którzy wzruszają się często, ale nie przypominam sobie, kiedy ostatnim razem było to równie intensywne, co podczas oglądania „Ratując pana Banksa”. Po prostu pokochałam ten film.

„Kapitan Phillips”, Paul Greengrass„Kapitan Phillips”, Paul Greengrass (Captain Phillips; 2013)
Pamiętam, że gdy pierwszy raz natknęłam się na zapowiedź tego filmu, poczułam zawód ― oto Tom Hanks w głównej roli, której nie zobaczę, ponieważ fabuła opowiada o wydarzeniach kompletnie mnie nieinteresujących. Na całe szczęście jakiś czas później spłynęła na mnie świadomość dobrych stron ignorancji i postanowiłam mimo wszystko obejrzeć „Kapitana Phillipsa”, co okazało się świetną decyzją. Oparta na faktach fabuła przedstawia kapitana statku handlowego zaatakowanego przez czterech somalijskich rybaków z konieczności trudniących się piractwem. Filmowi udała się trudna sztuka utrzymywania napięcia przez dwie godziny, w większej części dzięki dość kameralnym scenom. Oczywiście, mamy tam sceny akcji, ale uwagę przyciągają szczególnie te fragmenty, w jakich dochodzi do rozmów i konfrontacji między głównymi bohaterami ― tytułowym kapitanem oraz przywódcą piratów, Musem. W tego drugiego wciela się nominowany za rolę drugoplanową Barkhad Abdi, debiutant nieposiadający przygotowania aktorskiego (brak doświadczenia dotyczy wszystkich postaci Somalijczyków). I choć faktycznie jest to bardzo dobra rola, to w moim odbiorze pierwsze skrzypce grał przez cały czas Hanks, a emocje zaprezentowane w końcowych scenach zostały oddane fenomenalnie. Film Greengrassa, po którym obawiałam się trochę zbytniego przeszarżowania ze scenami akcji, okazał się jednym z najlepszych zeszłorocznych dramatów.

„Wilk z Wall Street”, Martin Scorsese„Wilk z Wall Street”, Martin Scorsese (The Wolf of Wall Street; 2013)
Jeśli po raz kolejny Leonardo DiCaprio wyjdzie z ceremonii oscarowej bez statuetki, to trzeba będzie ze zrezygnowaniem przyznać ― oni go po prostu nie lubią i już. „Wilk z Wall Street” to właściwie teatr jednego aktora, a oglądając jego Jordana Belforta, przechodzącego przez wszystkie stany emocjonalne, od radości, przez furię, po paraliż spowodowany zażyciem narkotyków i inne stany upojenia, aż trudno uwierzyć, że to tylko gra. Co zaś się tyczy samego filmu ― niewątpliwie jest to widowisko specyficzne i nie do końca w mojej stylistyce, nigdy bowiem nie gustowałam w produkcjach, w których „fuck” pada co ponad trzy razy na minutę (dokładnie ― 569 razy na 179 minut), a sporą część czasu ekranowego zajmują libacje. Co nie zmienia faktu, że to naprawdę dobry film, choć osobiście trochę się dziwię opiniom traktującym go jako przezabawną komedię. Z mojego punktu widzenia to opowieść smutna, po części także dlatego, że oparta na faktach, tyle że nieopowiadająca historii w sposób cierpiętniczy, co ironiczny. A już z pewnością nie jest to film o tym, że branie narkotyków i korzystanie z usług prostytutek to dobra droga ― tyle że Scorsese potrafi przekazać to bez choćby krztyny moralizatorstwa czy wybielania swojego bohatera. Dla mnie to także opowieść o pewnej ironii życia, w którym (odwrotnie niż w fikcji) niekoniecznie każdy zostaje ukarany współmiernie do winy. Ale tak to już bywa.

„Zniewolony”, Steve McQueen„Zniewolony”, Steve McQueen (12 Years a Slave; 2013)
Przyznam szczerze, że nie zachwyciłam się tym filmem w tak znacznym stopniu, co niektórzy inni recenzenci. To rzecz jasna bardzo dobry i godny uwagi dramat, ale w moim odczuciu ― nic ponadto. Nie do końca nawet wiem, jak ubrać w słowa swoje zarzuty; historia Solomona Northupa (Chiwetel Eijofor) jest bowiem poruszająca, a na ludzką niegodziwość i niesprawiedliwość losu przedstawione na ekranie trudno znaleźć wystarczająco mocne określenia. Przez cały czas miałam jednak wrażenie, jakby ktoś wtłaczał mi na siłę do głowy to, co już dawno wiem. Jak choćby to, że niewolnictwo było złe, okrutne, krzywdzące ― oczywiście, że takie było, ale niczego nowego się na ten temat z filmu nie dowiedziałam. To samo tyczy się warunków pracy i życia czarnoskórych czy postaw ich właścicieli. Ciekawsza wydała mi się pierwsza połowa filmu i pobyt Northupa w gospodarstwie pana Forda (Benedict Cumberbatch); więcej tam miejsca na niejednoznaczności, szczególnie w dylematach właściciela niewolników, który jednocześnie wiedział, że robi źle, ale tłumił w sobie wyrzuty sumienia. Z kolei druga połowa, gdy Solomon zbierał bawełnę na plantacji pana Eppsa, to już bardzo szablonowa historia. Michael Fassbender rewelacyjnie zagrał bezdusznego plantatora, ale przez cały czas miałam wrażenie, że napisana dla niego postać jest zbyt schematyczna i papierowa. Jeszcze mniej przekonujący okazał się Samuel Bass (Brad Pitt) ― motywacjom bohatera przeznaczono zbyt mało czasu ekranowego, by był on wiarygodny, a nie sprawiał wrażenie zaledwie deus ex machiny, pozwalającej filmowi skończyć się tak, jak się skończył. Ale choć w moich oczach „Zniewolony” nie jest arcydziełem, to w dalszym ciągu trudno nie uznać go za jeden z lepszych obrazów minionego roku.

„Miejsce na miotle”, Jan Lachauer, Max Land„Miejsce na miotle”, Jan Lachauer, Max Land (Room on the Broom; 2012)
Na koniec animowana produkcja krótkometrażowa ― choć nienależąca do tych najkrótszych, trwa 25 minut. Jej twórcy to Studio Sol oraz Magic Light Pictures, firmy, którym zawdzięczamy między innymi „The Gruffalo” (nominowanego do Oscara trzy lata temu) i jego kontynuację, „The Gruffalo’s Child”. „Room on the Broom” utrzymane jest w podobnej stylistyce ― postacie, nawet te z założenia przerażające czy niebezpieczne, są cieplusie i milusie, że aż chce się je przytulić, a zabawną, rymowaną historię opowiada narrator (w tej roli tym razem Simon Pegg). „Miejsce na miotle” i „Grufołaka” łączy także autorka pierwowzorów, Julia Donaldson, jedna z najliczniej nagradzanych pisarek książek dla dzieci w Wielkiej Brytanii. Animacja przedstawia dzień z życia rudowłosej czarownicy (mówiącej głosem Gillian Anderson), która podczas lotu na miotle nieustannie gubi jakiś drobiazg, ale znajduje dzięki temu nowych przyjaciół. Polecam gorąco, podobnie jak wymienione wyżej wcześniejsze produkcje studia, są po prostu przeurocze!
PS „Miejsce na miotle” oraz dwie części „Gruffalo” Julii Donaldson, z oryginalnymi ilustracjami Axela Schefflera, które „ożywili” twórcy krótkometrażówek, możecie kupić także w Polsce.

Mam nadzieję, że zachęciłam Was choć do niektórych z powyższych tytułów. Tymczasem idę nadrabiać pozostałe zaległości i zbierać materiał na kolejne odcinki omówienia. :)

  • Agata

    Eh ale filmów Ci się udało obejrzeć w tym tygodniu! U mnie w pracy w tym tygodniu nadgodziny, ogólnie intensywny okres, więc widziałam tylko jeden film, nawet nieoscarowy :/ Co do Zniewolonego się niestety zgadzam, mocny film, a jednak czegoś mi w nim brakowało. Wprowadzenie postaci Bassa było bez sensu. Na trzy pierwsze filmy ostrzę sobie zęby, ale mam takie zaległości, że nie wiem co mam najpierw oglądać :P Liczę na szybki kolejny przegląd :D

    • U mnie dla odmiany cierpią na tym książki, ostatnią czytałam z trzy tygodnie.
      Postaram się, by kolejna część pojawiła się na początku lutego. :)