Nieregularny przegląd filmowy #004 (Oscary 2013)

By | 24 lutego 2013

Ostatnia część Przeglądu oscarowego, tym razem poświęcona długometrażowym animacjom. Jak się okazało, jeszcze przed ich ogłoszeniem miałam obejrzane cztery na pięć produkcji (do nadrobienia pozostawał jedynie „Ralph Demolka”), co tylko świadczy o mojej słabości do tego gatunku. Dla lepszego zobrazowania dodam, że spośród dziewięciu produkcji aktorskich walczących o miano najlepszego filmu aż do chwili ogłoszenia listy nominowanych nie widziałam ani jednego z nich. Poprzednie dwa odcinki znajdziecie tu i tu, a teraz zapraszam do zapoznania się z pięcioma animacjami 2012 roku.

***

„Frankenweenie”, Tim Burton (2012)
Tim Burton to jeden z twórców charakterystycznych — do tego stopnia, że ci, którzy jego stylistyki nie lubią, twierdzą, że w każdym filmie otrzymujemy to samo. A ci, którzy go uwielbiają, wiedzą, że mogą każdy jego obraz oglądać w ciemno i się zachwycać. Ja jestem z tej drugiej grupy i choć nie zaliczam „Frankenweenie” w poczet moich ulubionych produkcji Burtona, to byłam po seansie w pełni usatysfakcjonowana. Film opowiada historię Victora Frankensteina, który w tej wersji jest młodocianym wynalazcą, typem cichego outsidera, blisko związanego ze swoim czworonożnym przyjacielem, Sparkym. Kiedy Sparky umiera, Victor rozpoczyna eksperyment mający przywrócić psa do życia — co, rzecz jasna, nie pozostanie bez konsekwencji. W produkcji pełno nawiązań nie tylko do „Frankensteina” Mary Shelley, lecz także innych klasycznych pozycji grozy, a prócz tego — jak to zwykle u Burtona — łączy się ona w jakiś sposób z innymi filmami reżysera, zwłaszcza tymi starszymi. Ciekawostkę, na którą warto zwrócić uwagę, stanowi utrzymanie „Frankenweenie” w czarno-białych barwach, co jest ukłonem zarówno w stronę horrorów sprzed dekad, jak i pierwszej wersji tego filmu. Mam nadzieję, że nie zraża to bardziej ‚nowoczesnych’ widzów, gdyż po tę animację zdecydowanie warto sięgnąć, zwłaszcza jeśli jest się fanem animacji poklatkowych i kunsztu Burtona.
Pierwowzór: Krótkometrażowy film Burtona o tym samym tytule z 1984 roku. Warto po niego sięgnąć, ponieważ sporo jest różnic między oryginałem a remakiem, w dodatku pierwowzór stworzony został zupełnie inną techniką — to film aktorski, a nie animowany.
Podobne produkcje: „Miasteczko Halloween”, „Gnijąca panna młoda” oraz „Koralina”. Wszystkie łączą humor z grozą, wszystkie korzystają z możliwości animacji poklatkowej. Mój faworyt to zdecydowanie „Miasteczko Halloween”, dopracowane do ostatniego szczegółu. Oglądam średnio co dwa lata i jeszcze mi się nie znudziło.

„Merida Waleczna”, Mark Andrews & Brenda Chapman (Brave; 2012)
Pixar to w moich oczach pewna marka, studio właściwie niezawodne (no, może poza Autami 2, ale w ogólnym rozrachunku można na to przymknąć oko), od czasu do czasu wypuszczające film prawdziwie wybitny. „Merida” co prawda wybitna nie jest — nie, gdy postawić ją obok „Wall-E” czy „Odlotu” — ale i tak nie rozczarowuje. Przede wszystkim dzięki wybitnemu klimatowi staroszkockiej legendy, na który składa się fabuła, elementy magiczne, muzyka i głosy (oraz akcenty) postaci. Poza tym jest to wspaniała opowieść o więzi córki z matką, chwilami szalenie wzruszająca — jest w niej dużo uniwersalności, a w ogólnym rozrachunku i ciepłej mądrości, która zachwyci nie tylko najmłodszych widzów. Postacie głównych bohaterów zostały dobrze nakreślone, widać racje każdej z nich, widać nieporozumienia wynikające z braku odpowiednio prowadzonej komunikacji. A na deser jest jeszcze przepiękna strona wizualna. Choć nominowani są w tym roku na dość wyrównanym poziomie i żaden z filmów nie wybija się ponad szereg, to ja ostatecznie będę trzymać podczas gali kciuki za „Meridę”.
Podobne produkcje: Pod pewnymi względami „Merida” przywodziła mi na myśl jedną z moich ukochanych animacji, „Małą Syrenkę” — w obu produkcjach mamy nieporozumienie na linii rodzic-dziecko, uciekanie się do pomocy podejrzanej wiedźmy i późniejsze zmaganie z konsekwencjami pochopnie wykorzystanej magii.

„Piraci!”, Peter Lord (The Pirates! Band of Misfits; 2012)
Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie… prelekcja na ostatniej Avangardzie, podczas której Dominika Oramus wspominała o postaci Karola Darwina w popkulturze i przywołała ten właśnie tytuł jako jeden z przykładów. Po konwencje natychmiast nadrobiłam zaległości, tym chętniej, że reżyser był mi znany i kojarzył się dobrze, a do tego uwielbiam animacje, w których postacie ulepione są z plasteliny i animowane techniką poklatkową (a takich niestety pojawia się jak na lekarstwo). Tematyka również zacna i w obrębie moich zainteresowań — z jednej strony piraci, z drugiej królowa Wiktoria i wiktoriańska Anglia. Fabuła i intryga nie są co prawda szczytem wyrafinowania, a i humor w wielu miejscach szalenie typowy (a to ktoś się potknie, a to ktoś wpadnie do garnka z czymś tam), ale postacie są tak sympatyczne, a strona wizualna tak urocza, że trudno nie pokochać tego filmu, zwłaszcza gdy jest się fanem konwencji (oraz wiktoriańskiej Anglii i piratów, ARRR!).
Pierwowzór: Autor scenariusza, Gideon Defoe, napisał go na podstawie własnej książki.
Podobne produkcje: Oczywiście wszystkie inne ‚plastelinowe’ produkcje, w których maczał palce Peter Lord, czyli „Uciekające kurczaki” oraz cykl o przygodach Wallace’a i Gromita (polecam szczególnie „Golenie owiec” oraz nagrodzoną Oscarem w 2006 roku „Klątwę królika”).

„ParaNorman”, Chris Butler & Sam Fell (2012)
Jedyny film z zestawienia, który niespecjalnie przypadł mi do gustu. ParaNorman łączy dość ograny motyw nastolatka, nieznajdującego wspólnego języka z rodziną i rówieśnikami, z elementami horroru, konkretnie — wiekową klątwą i inwazją zombie. Do tego dochodzi próba sparodiowania amerykańskich filmów grozy, między innymi poprzez wykorzystanie stereotypowej grupki postaci i zagrywek (piękna blondynka, przygłupi mięśniak, zabarykadowanie się w budynku przed hordą monstrów, i tak dalej). Z mojego punktu widzenia zabrakło jednak iskry spajającej całość; nie wyszło ani śmiesznie, ani strasznie, ani wzruszająco. Bohaterowie denerwowali, a w najlepszym razie budzili obojętność. Motyw outsiderstwa zrealizowano dużo gorzej niż np. w opisanym niżej „Ralphie Demolce”, a nieporozumienia rodzinne nie mają nawet połowy tej głębi co relacje z „Meridy Walecznej”. Jeśli ktoś, tak jak ja, nałogowo ogląda wszystkie animacje, może po „ParaNormana” sięgnąć, ale lepiej nastawić się na średnią produkcję, a nie dzieło wybitne.
Podobne produkcje: Jeśli za główny motyw przyjąć wykorzystanie elementów typowych dla horrorów i przedstawienie ich w sposób ironiczno-prześmiewczy i z pewnym dystansem, to przychodzi mi na myśl przede wszystkim „Dom w głębi lasu”. Ale nie dajcie się zwieść moim przedziwnym skojarzeniom i lepiej nie pokazujcie go dzieciom. ;)

„Ralph Demolka”, Rich Moore (Wreck-It Ralph; 2012)
„Ralph Demolka” to animacja, która miała szansę okazać się wspaniała, a ostatecznie wypadła ‚zaledwie’ bardzo dobrze. Na pierwszy plan wysuwa się przede wszystkim wykorzystanie motywów gier komputerowych i uczynienie postaci żyjących wewnątrz maszyn z salonu gier bohaterami. Przypominać może to nieco „Toy Story” — kiedy dzieci nie patrzą, postaci uważane jedynie za rekwizyty żyją własnym życiem. W „Ralphie” otrzymały także własny świat, a właściwie wiele światów, połączonych ze sobą głównym węzłem. Bohaterowie poszczególnych tytułów mogą odwiedzać się wzajemnie, co daje nam pretekst do zwiedzenia kilku różnych growych krain, począwszy od kosmicznego FPS-a, po cukierkowe (dosłownie i w przenośni) wyścigi. Innym ciekawym elementem produkcji są gagi skierowane do fanów elektronicznej rozgrywki, aluzje do znanych tytułów czy motywów. Raduje też kilka wątków, zgrabnie splecionych ze sobą, w tym dość klasyczny (i zaskakująco mało disneyowski) motyw inwazji obcej, owadopodobnej rasy. Dlaczego więc film nie okazał się rewelacyjny? Za dużo w nim ogranych motywów i tekstów z założenia zabawnych, ale wypadających nieco czerstwo. Prócz bohaterów dość oryginalnych i interesujących, jak Ralph i Calhoun, otrzymujemy też dwójkę megairytującą i megaprzewidywalną w postaci Vanellope i Felixa. Ale pewnie w tym przypadku młodsi odbiorcy będą zupełnie innego zdania niż ja.
Pierwowzór: Trudno mówić w o pierwowzorze, ale warto wspomnieć o inspiracji — czyli grach komputerowych, tych pamiętających zamierzchłe czasy automatów w salonach gier. Nie zabrakło też aluzji do tak znanych tytułów, jak Pac-Man, Sonic czy Mario.