Nieregularny przegląd filmowy #003 (Oscary 2013)

By | 17 lutego 2013

Pierwszą część oscarowego Przeglądu możecie znaleźć tutaj. Przed Wami część druga, a zarazem przedostatnia. Zapraszam. :)

***

„Les Miserables. Nędznicy”, Tom Hooper (Les Miserables; 2012)
Jeden z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku — pełne rozmachu musicale otrzymujemy w kinie wyjątkowo rzadko. Ostatnią produkcją, jaką kojarzę, był „Upiór w operze”, czyli film sprzed ośmiu lat. Do „Nędzników” mam jednak szczególną sympatię: uwielbiam wersję Teatru Roma, znam nagrania z West Endu i Broadwayu, szykuję się na seans koncertu z okazji jubileuszu 25-lecia. Pojawiła się więc obawa — czy reżyser nie zepsuje, czy aktorzy podołają? I… jestem zachwycona. Choć mało kto z obsady ma na co dzień do czynienia z występami na deskach teatrów muzycznych, to byli po prostu znakomici. Strzałem w dziesiątkę okazała się też decyzja, by nagrywać śpiew na planie; brzmienie jest bardzo naturalne, a wokale pełne emocji, pozbawione postprodukcyjnych wygładzeń. Rewelacyjna jest sama muzyka, często bogatsza w stosunku do tych pierwszych nagrań teatralnych. Do tego dochodzą świetnie dobrane role (szczególnie Jeana Valjeana i Javerta, ale i drugoplanowe, z Eponine i Thenardierami na czele), wspaniała charakteryzacja i scenografia. Warto jeszcze wspomnieć o smaczku dla fanów — w filmie gościnnie pojawili się odtwórcy postaci Jeana Valjeana i Eponine występujący w pierwszej obsadzie zarówno na West Endzie, jak i na Broadwayu. Colm Wilkinson wcielił się w biskupa, a Frances Ruffelle w jedną z prostytutek. Choć całe widowisko trwało blisko trzy godziny, to publiczność siedziała zastygła w fotelach, urzeczona. I ja się do nich zaliczam (co jest o tyle godne wzmianki, że coraz bardziej irytują mnie zbyt długie filmy; przykład znajdziecie jeszcze w tym wpisie). „Les Miserables” to, obok „Django”, mój oscarowy faworyt.
Pierwowzór: Powieść „Nędznicy” Victora Hugo, klasyka XIX-wiecznej literatury francuskiej. Znawcy twierdzą, że musical, a więc i ten film, dość wierny jest książce — mnie zaś z całą pewnością zachęcił do jej przeczytania.
Podobne produkcje: Innych ekranizacji „Nędzników”, pozbawionych otoczki musicalowej, niestety nie widziałam, więc nie porównam. Jeśli zaś chodzi o godne polecenia śpiewane superprodukcje — z pewnością warto sięgnąć po wspomnianego „Upiora w operze”. No i wybrać się na Les Mis do teatru, jeśli będziecie mieć okazję.

„Wróg numer jeden”, Kathryn Bigelow (Zero Dark Thirty; 2012)
Nie do końca wiem, co sądzić o tym filmie. Sam temat i zarys fabuły dość chwytliwy — śledzimy poczynania agentki CIA po pamiętnym 11 września, która ma obsesję na punkcie znalezienia i zabicia Osamy Bin Ladena. Oczywiście jest to zadanie arcytrudne, wymagające lat wytężonej pracy, działań moralnie dwuznacznych, cierpliwości i zmagań z przełożonymi, którzy nie wierzą w poszlaki wynajdywane przez bohaterkę. Tyle że jak na taki temat, wykonanie okazało się straszliwie nudne, a film liczący sobie dwie godziny czterdzieści minut — niesamowicie rozwleczony i pełen zbytecznych dłużyzn. Może to u mnie maleje tolerancja na produkcje o takim czasie trwania, ale coraz bardziej przeszkadza mi ten brak kompresji (co nie oznacza, że z założenia nie lubię długich filmów — po prostu muszę widzieć uzasadnienie dla takiego zabiegu). W każdym razie, „Wróg numer jeden” jest moim zdaniem słabszy od poprzedniego filmu Kathryn Bigelow, a najbardziej godny uwagi element to Jessica Chastain w roli głównej.
Pierwowzór: Ponoć historia oparta na faktach, ale że kompletnie nie siedzę w temacie — nic więcej w tej kwestii nie jestem w stanie stwierdzić.
Podobne produkcje: Jeśli komuś spodobał się „Wróg numer jeden”, pewnie nie wzgardzi „Hurt Locker. W pułapce wojny”; mnie bardziej przypadł do gustu, choć także nie należał do moich ówczesnych oscarowych faworytów.

„Lincoln”, Steven Spielberg (2012)
Patos, amerykańska flaga, prezydent-bohater narodu? Tak, to wszystko znajdziemy w tym filmie. Nie wiem jednak, jakim cudem ktokolwiek był zaskoczony, skoro jest to opowieść o najsłynniejszym (albo przynajmniej — jednym z najsłynniejszych, powiedzmy, trzech) amerykańskim przywódcy, o równie słynnej trzynastej poprawce do konstytucji, o niewolnictwie i o wojnie secesyjnej, a na domiar wszystkiego za kręcenie tego obrazu zabrał się Spielberg. Naprawdę ktoś spodziewał się innego filmu, niż otrzymał? Może miałam szczęście, ale nastawiłam się dokładnie na to, co dostałam. Historię Stanów Zjednoczonych bardzo lubię, filmy Spielberga zresztą też, a i rozmach i patos, jeśli pasują tematycznie, potrafią mi nie przeszkadzać ani trochę. Do tego rewelacyjny Daniel Day-Lewis (również żadne zaskoczenie, nie widziałam go jeszcze w żadnej złej roli), równie godny uznania Tommy Lee Jones i na dokładkę świetna charakteryzacja. Nie nudziłam się ani chwili, choć i ten film zalicza się do dłuższych produkcji.
Pierwowzór: Książka „Team of Rivals: The Political Genius of Abraham Lincoln” autorstwa amerykańskiej historyczki Doris Kearns Goodwin, znanej w USA autorki biografii prezydentów — prócz życia Lincolna opisała m.in. rządy Lyndona Johnsona, Johna Kennedy’ego, Franklina Roosevelta (za tę ostatnią publikację otrzymała nagrodę Pulitzera). Mógłby ktoś się pokusić o wydanie w Polsce!
Podobne produkcje: „Abraham Lincoln: Łowca wampirów”? :D A tak poważnie —produkcji o prezydentach USA było pewnie całkiem sporo. W tej chwili przychodzą mi na myśl głównie seriale: „The Kennedys”, „John Adams”. Warto też sięgnąć po świetny film o Richardzie Nixonie, „Frost/Nixon”, ale to kino zdecydowanie bardziej kameralne niż to tworzone przez Spielberga.

„Życie Pi”, Ang Lee (Life of Pi; 2012)
Mam z tym filmem pewien problem — niejako na własne życzenie oglądałam go świeżo po lekturze książki. Książki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie i wzbudziła dużo emocji. Trudno było temu dorównać i tak jak się można spodziewać, film nie był w stanie tego powtórzyć. Nie był zły, o nie. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że był bardzo dobry. Widać w nim zamysł, widać spójność, widać bogactwo wizualne i przepiękne zdjęcia. Na poziomie treści jest też stosunkowo wierny swojemu pierwowzorowi; owszem, kilka rzeczy wycięto, kilka lekko zmieniono, ale nie to stanowi problem. Ten leży dużo głębiej. Otóż, pod pewnymi względami książkę można uznać za wstrząsającą — sugestywne opisy wwiercają się w mózg, a czytelnik współodczuwa wraz z dryfującym po Oceanie Spokojnym bohaterem, cierpiącym samotność, głód i zwątpienie. W filmie zaś te elementy spłycono, skrócono, skupiając się raczej na warstwie przygodowej. Prawdopodobnie to po części wymóg tego środka przekazu, któremu nie jest łatwo oddać to, co siedzi w głowie Pi Patela. Obstawiam też chęć obniżenia progu wiekowego poprzez rezygnację z pewnych treści (lub z ich prezentacji). Musicie wybaczyć mi ten brak konkretów, ale z doświadczenia mogę powiedzieć, że im mniej się o fabule wie, tym lepiej w tym przypadku. Tak więc czytajcie i oglądajcie, poznajcie historię Pi i Richarda Parkera, a wreszcie dajcie się oczarować tej nietypowej opowieści.
Pierwowzór: Powieść Yanna Martela pod tym samym tytułem.

„Kochanek królowej”, Nikolaj Arcel (En Kongelig Affære; 2012)
Filmów o nieszczęśliwych królowych, hrabinach czy księżnych mamy w kinematografii dość sporo — zarówno tych opartych na faktach, jak i będących fikcją. Wiele cech odróżnia jednak „Kochanka królowej” od produkcji amerykańskich czy brytyjskich. Na pierwszy rzut oka jest to chłodna kolorystyka zdjęć, pełnych szarości, błękitów i brązów. Scenografia czy stroje nie kapią przepychem (co nie znaczy, że czegokolwiek im brakuje), narracja biegnie dość powoli, a dramaturgia narasta stopniowo, bez gwałtownych wzlotów czy upadków. To ten typ filmu, w który ‚wsiąka się’ podczas seansu, który czaruje swoim minimalizmem i oszczędnością. Przede wszystkim widzimy tu postacie i ich dramaty, nie zaś pracę kostiumologów czy charakteryzatorów. Choć tytuł sugeruje, że będziemy mieć do czynienia z romansem, to jest to zbytnie uproszczenie tematu — jeden z głównych wątków stanowi bowiem kwestia rodzących się idei oświeceniowych w królestwie duńskim i dramaty na scenie politycznej. Jak dla mnie — film poruszający na kilku poziomach, w kategorii filmu nieanglojęzycznego podobał mi się dużo bardziej niż „Miłość”. Przeczuwam jednak, że Akademia nie podzieli mojego zdania.
Pierwowzór: Scenariusz filmu napisano na podstawie duńskiej powieści „Prinsesse af blodet” („Księżniczka krwi”) autorstwa Bodil Steensen-Leth.
Podobne produkcje: Jeśli lubi się dramaty o nieszczęśliwych kobietach, uwięzionych w społecznych konwenansach i aranżowanych małżeństwach, można spróbować „Księżnej” — acz jak wspominałam, sama stylistyka będzie diametralnie inna od tej z produkcji duńskiej, pełna blichtru i bardziej ‚krzykliwa’ emocjonalnie.

9 thoughts on “Nieregularny przegląd filmowy #003 (Oscary 2013)

  1. Nieelegancka

    Już długo się noszę z zamiarem przeczytania „Życia Pi” i jakoś kiepsko mi to idzie. Mam nadzieję, że wreszcie mi się to uda.
    Na pewno z chęcią zobaczę „Kochanka królowej” i może „Nędzników”. „Lincoln” tak nęci i nęci tym pięknym plakatem ;D.

    Pozdrawiam

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Martela czyta się strasznie szybko, tak więc podejrzewam, że jak już się zacznie, to zaraz się skończy. :)

      Pozdrawiam również. :)

  2. Viginti Tres

    Będziesz coś pisać o książkowej wersji „Życia Pi”? Jestem ciekawa, bo jakiś czas temu czytałam fragmenty i wydały mi się strasznie takie… pretensjonalne, patetyczne? Tylko że czytałam po angielsku i nie wiem, czy to kwestia obcego języka (wątpię), czy zaznajomienia się tylko z urywkami. Czy może rzeczywiście mam rację i reszta utrzymana jest w podobnym wzniosłym tonie. Jeśli tak, to szkoda, bo bardzo nie lubię takiej narracji, wiesz, w stylu „patrz czytelniku i niechaj ci serce wali, a łzy płyną rzeką; przy okazji podam ci kilka ważkich tematów do rozważań, np. o życiu śmierci i wódce”. Nie przeszkadza mi, kiedy autor chce wywołać emocje, byle tylko znał się na tej sztuce (wg mnie drugiej problematycznej w literaturze, zaraz po pisaniu scen erotycznych). Dlatego też szanuję m.in. MacLeoda – on w specyficzny sposób wycisza taki fragment, nie zabierając mu jednak mocy oddziaływania. No i Valente, która balansuje czasem na granicy kiczu, ale ostatecznie wychodzi obronną ręką. (To teraz ja się rozpisałam).

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Tak dumam i dumam, co tu odpisać, żeby być najbliżej Prawdy. O samej książce pewnie tylko coś wspomnę w jakimś Przeglądzie, więc postaram się w miarę wyczerpująco odpowiedzieć tutaj:
      Początek jest dość pretensjonalny, sporo tam religii, sporo jakichś takich ‚prawd życiowych’ i trochę łopaty, że życie jest piękne, etc. Ale kiedy zaczyna się książka właściwa, znaczy część na oceanie, to jest już dużo lepiej – z czasem coraz bardziej się ten nastrój zmienia i zmienia, wzniosłość gdzieś znika, robi się prozaicznie, na pierwszy plan wysuwają się faktyczne problemy (głód, pragnienie, zezwierzęcenie, etc). No i zakończenie nieźle wali po głowie – więc wydaje mi się, że choćby dla niego warto przebrnąć. (Chociaż nie wiem, czy nie odczytuję go całkowicie wbrew intencjom autora i dlatego tak mi się podoba :D).
      Literacko nie jest to żadną miarą poziom subtelności MacLeoda czy Valente, ale nie jest to też poziom Coelho, zwłaszcza im dalej od początku. Tak więc ja bym powiedziała, że warto spróbować – tak czy siak czyta się szybko, więc nawet przy rozczarowaniu nie zmarnujesz więcej niż dwóch-trzech wieczorów. ;)

    2. Viginti Tres

      Co do tych faktycznych problemów, to pamiętam jęczenie „I’m going to dieee”, żeby za chwilę, po zastanowieniu i przypomnieniu sobie boga, zyskiwać pewność „No, I will not die, I will not die!”. Może jestem okropna, ale kiedy czyta się to na głos z odpowiednią intonacją, efekt prezentuje się cudownie. ;) Ale cóż, będę miała na uwadze, że to jednak nie Coelho. A czy taka rekomendacja zdoła mnie nakłonić do sięgnięcia, pewnie przekonam się kiedyś w bibliotece. ;)

  3. Agnieszka

    Do „Nędzników” mnie zupełnie nie ciągnie, może dlatego, że nie cierpię musicali. Powieść jednak swego czasu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Z kolei „Lincoln” już tak, choć trochę obawiam się amerykańskiego płytkiego hurrapatriotyzmu. „Life of Pi” strasznie chciałam obejrzeć, bo książka mnie dokumentnie rozwaliła, zresztą przez długi czas sądziłam, że jej się nie da sfilmować. I zdaje się, w Twoja opinia te obawy potwierdza, cała ta finezyjna warstwa psychologiczna musiała jakoś ustąpić przygodzie.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Obejrzeć w sumie można, głównie dla cudnych zdjęć, ale jednak co książka, to książka.
      „Nędzników” chętnie przeczytam, nawet z okazji premiery filmu jakaś księgarnia udostępniła za darmo ebooka, ale że dłuuugi niemożebnie, to nie mam pojęcia, kiedy uda mi się zabrać…

  4. Kadzia

    Mogłabym coś napisać o „Życiu Pi”, ale idealnie ujęłaś moje uczucia. Ja także oglądałam film po lekturze książki i chociaż mi się podobał, to brakowało tej iskry, tego co w powieści mną wstrząsało. Niemniej przy pożegnaniu z R.P się wzruszyłam.
    W moim kinie jeszcze nie puszczają, a chcę zobaczyć na dużym ekranie „Lincolna”. Jestem bardzo ciekawa tego filmu, ponieważ zdobywa dużo negatywnych i wiele pozytywnych recenzji/opinii. Chcę ocenić sama.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Jakbym miała – choć są tak różne – te filmy jakoś porównać, to „Lincoln” podobał mi się bardziej. Acz patrząc po różnych średnich ocen, to chyba jestem w mniejszości. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *