TOP 5: Najpierw książka, potem film

By | 8 marca 2014

Liczę dziś szczególnie na Wasze zrozumienie, wsparcie i napisanie mi, że nie jestem sama w swoich dylematach. Jak wiadomo, wszystkie gałęzie kultury rządzą się swoimi prawami, dysponują własnymi środkami wyrazu, sposobami opowiadania historii czy angażowania odbiorcy. Często sięgają jednak po te same fabuły, a nie pomylę się chyba, zgadując, że najpopularniejszym kierunkiem inspiracji jest przenoszenie literatury na taśmę filmową. Moja postawa wobec kolejności poznawania pierwowzoru i jego ekranizacji nie jest jednak spójna i zależy od wielu czynników. Czasami nie przeszkadza mi obejrzenie filmu w pierwszej kolejności; stosunkowo często ograniczam się wyłącznie do filmu, rezygnując z lektury. Ale zdarza się i tak, że książka ma bezwzględne pierwszeństwo i póki jej nie przeczytam, nie ma szans, bym skusiła się na seans. I właśnie tymi ostatnimi przypadkami zajmiemy się dzisiaj.

TOP 5: Najpierw książka, potem film

1. XIX-wieczna klasyka

Najważniejszym elementem książek, który siłą rzeczy ulega zatraceniu w ekranizacji, jest narracja i styl pisarski. W przypadku lektur kładących główny nacisk na fabułę nie jest to szczególną stratą; gorzej z tymi książkami, które czytam nie tylko po to, by poznać interesującą historię, lecz w celu zachwycania się słownictwem i kunsztem autora. Do tej kategorii zalicza się rzecz jasna wiele tytułów z różnych nurtów i podgatunków, ale najważniejszym są XIX-wieczne powieści, zazwyczaj opasłe, często ekranizowane więcej niż raz. W takich sytuacjach czuję potrzebę, by najpierw zapoznać się z pierwowzorem, a dopiero potem z kolejnymi wersjami filmowymi.

Przykłady: Anna Karenina, Dawid Copperfield, Rozważna i romantyczna, Targowisko próżności, Wichrowe wzgórza

Anna Karenina

2. Książka bardziej znana niż film

Często dzieje się tak, że choć film powstaje na podstawie książki, to w toku dziejów (albo i od razu) zyskuje większą sławę od niej. Zapewne każdy z nas nie jeden raz oglądał już obraz, nie mając pojęcia o tym, że kryje się za nim literacki pierwowzór. W takich przypadkach nie miewam wyrzutów sumienia, jeśli z książką zapoznam się w drugiej kolejności albo wcale. Jeśli to jednak powieść jest znanym dziełem, nierzadko zaliczanym w poczet najlepszych tytułów w danym nurcie, a jej ekranizacje, choć znane, nie dorównują jej popularnością czy uznaniem w oczach krytyków ― wolę najpierw poczytać.

Przykłady: Lolita, Moby Dick, Na wschód od Edenu, Solaris, W drodze

Na wschód od Edenu

3. Film uznawany za lepszy od książki

Kategoria może nie szczególnie obszerna, ale ciekawa. Istnieje bowiem grupa filmów, w przypadku której wszyscy doskonale pamiętają o tym, że książka była pierwsza. W powszechnej opinii to jednak ekranizacja uznawana jest za lepszą od swojego pierwowzoru. Mimo takich przekonań, często nie mogę jednak poskromić własnej ciekawości i i tak pragnę sprawdzić, na ile te plotki okażą się prawdziwe. A nie zawsze są. Na wszelki jednak wypadek ― gdyby inni mieli rację ― wolę zacząć od czytania, by dopiero potem przejść do oglądania, dzięki czemu lepsza pozycja zostanie na deser.

Przykłady: 2001: Odyseja kosmiczna, Czarownice z Eastwick, Przeminęło z wiatrem, Zielona mila

Przeminęło z wiatrem

4. Książka czeka już na mojej półce

Często bywa tak, w pierwszej kolejności sięgam po to dzieło kultury, które najpierw wpadnie mi w ręce. W tym przypadku liczy się także zakup książki, a nie sama lektura ― dlatego też jeśli jakaś powieść stoi już w mojej biblioteczce, czułabym się nie fair w stosunku do niej, zaczynając od filmu. Zresztą, co się odwlecze, to nie uciecze; filmów na liście „do obejrzenia” mam na tyle dużo, że jeśli kilka z nich (a jest to w gruncie rzeczy niewielki ułamek) będzie musiało poczekać dość długo, aż najpierw znajdę czas na przeczytanie odpowiedniej pozycji książkowej, nic się nie stanie.

Przykłady: Chłopiec z latawcem, Imię róży, Kopalnie króla Salomona, Śniadanie u Tiffany’ego, Złodziejka książek

Śniadanie u Tiffany’ego

5. Sztuki Williama Shakespeare’a

Najbardziej restrykcyjna, sądząc po nazwie, grupa, i chyba najdziwniejsza. W końcu dramaty ― utwory sceniczne, idealne do oglądania na deskach teatrów ― powinny równie dobrze sprawdzać się na ekranie. W przypadku wiernych wersji filmowych teksty dialogów pozostają przecież bez zmian, więc można by pomyśleć ― po co najpierw zapoznawać się z samym tekstem? W tym przypadku właśnie po to, by już go znać, a podczas oglądania móc skupić się na czymś innym niż samo poznawanie fabuły (a jeśli się jej dobrze nie zna, to jednak ona przykuwa w pierwszej kolejności uwagę). Zresztą, sprawdzałam na swoim przykładzie, oglądając zarówno te adaptacje, w przypadku których pierwowzory znałam, jak i te, które były dla mnie zupełnie nowe ― i inaczej odbierałam te z pierwszej kategorii, mogąc skupić się na interpretacji aktorów i zabiegach reżyserskich. Dlatego od tej pory: najpierw czytanie zaległych sztuk, dopiero potem ich ekranizacje.

Przykłady: Burza, Koriolan, Otello, Ryszard III, Tytus Andronikus

Otello

Jak ta kolejność wygląda w Waszym przypadku? Najpierw oglądacie czy najpierw czytacie? Może jest Wam to obojętne ― decyduje los i to, co pierwsze wpadnie Wam w ręce? A może, podobnie jak ja, kierujecie się dziwnymi zasadami, niekoniecznie zawsze logicznymi?

PS Wczoraj przekroczyłam granicę pierwszej setki udzielonych odpowiedzi na Ask.fm ― dzięki za zaangażowanie! :) Ten eksperyment zdecydowanie można uznać za udany. Jeśli macie ochotę bawić się dalej, to zapraszam do zadawania kolejnych pytań. Oraz do lektury dotychczasowych tematów, poświęconych przede wszystkim literaturze.

12 thoughts on “TOP 5: Najpierw książka, potem film

  1. Moreni

    Och, temat tak bardzo prawdziwy! Ja jestem jeszcze bardziej ortodoksyjna w tej kwestii – w ogóle nie uznaję oglądania filmu przed przeczytaniem książki (no, dwa wyjątki dopuszczam:1) nie wiedziałam, ze istnieje jakaś książka do tego filmu i 2)bardzo, bardzo chcę obejrzeć film, a nie mam nawet widoków na dopadnięcie książki). Takie założenie sobie poczyniłam, a że nie mam szczególnego parcia na gapienie się w ekran, to i jakoś w miarę bez zgrzytów sobie z tym radzę. Choć nieoglądanie „47 roninów” trochę mnie kosztowało, ale ostatecznie internety mówią, że mała strata, więc przeżyję.;)

    Reply
    1. Oceansoul

      Ja chyba za dużo oglądam (albo za mało czytam), żeby móc jednak wdrożyć takie założenie. :) No i nie ukrywam, że jeśli mam wątpliwości, czy jakaś historia w ogóle mnie wciągnie, to wolę zacząć od filmu, gdyż to z reguły najwyżej dwie godziny zmarnowane na coś kiepskiego, niż brać się za książkę i czytać kilka dni. A jak się okaże, że jednak mi się podobało, to najwyżej wrócę do książki. :)

    2. Moreni

      Ja tam na filmach nie polegam, bo zwykle książki podobają mi się bardziej. Np. nigdy nie przeczytałabym Pullmana, gdybym najpierw obejrzała film. A to by była ogromna strata.;)

    3. Oceansoul

      Ja zaczęłam od filmu i o ile nie był niczym wybitnym, to już np. strona wizualna czy niektóre koncepcje (niedźwiedzie polarne!) spodobały mi się bardzo, więc parę lat później, jak już pozapominałam szczegóły fabuły, przeczytałam książki z radością. :)
      Ale mnie też zazwyczaj książka podoba się bardziej, niezależnie od kolejności. Choć pewnie i kilka przykładów na bardziej podobające się filmy mogłabym znaleźć.

  2. Agata

    W moim przypadku rządzi przypadek. Staram się najpierw czytać książki, a potem film, ale kilka razy zdarzało mi się odwrotnie, najczęściej gdy nie wiedziałam, że scenariusz powstał na podstawie książki.

    Reply
    1. Oceansoul

      W tym przypadku jako miłośniczka książki w pierwszej kolejności mogę tylko powiedzieć: A w życiu! ;)

    2. Agnes K.

      O! Serio tak myślisz? No ok, ok. Ja jednak trwam przy swoim – film jest przepiękną wariacją na temat książki, wykraczającą poza ramy tego, co napisał autor. Tak.

  3. Bacha85

    Zdecydowanie książka Choć w sporej mierze wynika to z prostej, choć nieco absurdalnej, przyczyny, że łatwiej mi znaleźć kilka, kilkanaście godzin na lekturę, niż około dwóch godzin na film.
    Wolę najpierw poznać książkę, by dać szersze pole do popisu dla wyobraźni, nie nadając bohaterom ich filmowych twarzy. I tak czekam na przykład z seansem Nędzników.
    Choć oczywiście jest cały worek filmów, które już widziałam, a książka, jak czekała, tak czeka. Po niektóre sięgnę na pewno (Skrzydła gołębicy Henry’ego Jamesa, po jakże pięknym filmie Miłość i śmierć w Wenecji) do innych raczej mnie nie ciągnie, jak Fight Club, który uwielbiam w filmowej wersji, albo Zieloną milę, która mi się podobała, a czytać mi się jakoś nie chce.

    Reply
  4. Isc

    Przy takim zestawieniu nie wypada nie wspomnieć o jednym z nielicznych przypadków, gdzie książka napisana na podstawie scenariusza do filmu jest lepsza od samego filmu. Mianowicie Stowarzyszenie Umarłych Poetów. Wielu ludzi ciągle uważa film z Williamsem za doskonałą ekranizację :P

    Sam też jestem zwolennikiem nadrobienia ksiązkowego pierwowzoru, tudzież komiksowego. A nawet jeśli czasowo nie da rady, bo np. premiera za tydzień, a mam dużo innych rzeczy na głowie to zawsze staram się rozeznać w temacie w jakiś tam sposób. Bo to już nie chodzi o rozpatrywanie, czy oryginał lepszy, czy gorszy, ale żeby oceniać film mając pełny albo chociaż zarysowany kontekst.

    Reply
    1. Oceansoul

      Ja akurat najpierw czytałam książkę, a film widziałam znacznie później (choć kolejność powstawania była mi znana) – i chyba jednak wolę film. Ale do książki chętnie kiedyś wrócę, czytałam ponad 10 lat temu, więc już mi się sporo pozacierało. :)

      Z komiksowymi pierwowzorami jestem za to na bakier. Ale zaczynam powoli nadrabiać wstecz, więc kto wie, może kiedyś dojdę do poziomu, w których zdołam je czytać przed obejrzeniem filmu. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *