Loading...
Literatura

Mutanci pod zaborami – „Nadzieja czerwona jak śnieg”

Polskie zrywy niepodległościowe okresu zaborów nie są tematem, który podejmuje się chętnie. Z lekcji historii pamiętamy głównie nieudolne dowództwo, kiepską organizację i braki w wyposażeniu armii, zaś z literatury – dramaty Mickiewicza i Słowackiego czy powstałe trzy dekady później powieści-rzeki Żeromskiego i Orzeszkowej, które, choć trudno odmawiać im wielkości czy ważności, nie spotkają się z zainteresowaniem wielu dzisiejszych czytelników. Długo nikt ze współczesnych autorów nie próbował mierzyć się z tym tematem, ująć go w formie przystępnej dla młodego Polaka. Na szczęście – do czasu. Oto bowiem w zgrabnym mariażu powieści historycznej i fantastycznej swoją wizję powstania styczniowego kreśli Andrzej W. Sawicki – i robi to w sposób nad wyraz udany.

Początkowo w „Nadziei czerwonej jak śnieg” opowieść biegnie tym samym torem, co w źródłach historycznych. Szybko okazuje się jednak, iż za klęski polskich bojowników, w równym stopniu co niewielki zapas amunicji albo zardzewiałe karabiny, odpowiada obecność w armii carskiej oborotena, czyli osobnika skażonego mutatio – innymi słowy, kontrolowaną przez danego delikwenta mocą nadprzyrodzoną, będącą w stanie przeważyć o zwycięstwie bądź porażce w potyczce. Dla Tymczasowego Rządu Narodowego staje się jasne, iż najlepiej pokonać wroga jego własną bronią – naczelnik Warszawy Stefan Bobrowski wysyła więc na front kapitana Jana Jemiołę, którego celem jest uformowanie niewielkiego oddziału złożonego z oborotenów. Nie będzie jednak łatwo ani odnaleźć odmieńców, zazwyczaj zaszczutych ze względu na budzący przerażenie miejscowych charakter mocy, ani tym bardziej przekonać ich do współpracy.

Choć wątek osób skażonych mutatio natychmiast przywodzi na myśl zdolności bohaterów komiksu X-Men czy takich seriali, jak Heroes albo The 4400, w polskiej myśli literackiej jest jeszcze niewyeksploatowany. Sawicki zgrabnie zapełnia tę niszę, wpierw opowiadaniem „Grabarz i ogrodniczka”, a następnie niniejszą powieścią. Książkowi oboroteni władają mocami, które zarówno ciekawie i efektywnie się prezentują, jak i odgrywają ważną rolę w fabule i nie odnosi się wrażenia, iż znalazły się w utworze przypadkiem. Co więcej, charakter tych nadprzyrodzonych umiejętności współgra z osobowościami osób, które nimi dysponują. Sami oboroteni to prawdziwe indywidualności, silne i charyzmatyczne postaci, nieskore podporządkować się komukolwiek. Nietrudno przychodzi czytelnikowi kibicowanie im w ich dążeniach.

Wśród bohaterów wyróżnić należy przede wszystkim wspomnianego już kapitana Jemiołę oraz stojącego po przeciwnej stronie barykady Teofila Pustowójtowa, carskiego szpiega i oborotena o wyjątkowo silnej mocy. Pustowójtow to postać kreowana z najwyższą pieczołowitością, zmagająca się z resentymentami tak do Polaków, jak i Rosjan, walcząca z wyrzutami sumienia, poczuciem obowiązku i uczuciami patriotycznymi. Jego dramatyczny życiorys oraz targające nim wątpliwości to jeden z najlepszych wątków powieści. Szkoda tylko, że im bliżej końca, tym bardziej ta postać zyskuje na przewidywalności.

Fabułę trudno nazwać idealną. Sam koncept jest naprawdę dobry – pieczołowicie opisywane działania powstańcze, trzymające w napięciu potyczki wojsk polskich i rosyjskich, wymykające się spod kontroli moce, a wszystko to okraszone rozmyślaniami Jemioły czy Pustowójtowa. Na całości ciąży jednak położenie zbytniego nacisku w dalszej części powieści na perypetie miłosne nieszczęśliwie zakochanych odmieńców, co nie pasuje do pozostałych elementów fabuły. Paradoksalnie, zauważają to sami bohaterowie, bądź co bądź na ich barkach spoczywają losy uciśnionego narodu, autor jednak brnie w ten ślepy zaułek i raz po raz opisuje powłóczyste spojrzenia panien budzących zainteresowanie nie tych kawalerów, których powinny. Wątki te wprowadzają do treści pewną lekkość, ale sprawia ona wrażenie zbytecznej między opisami okrucieństwa carskich żołnierzy czy surowych warunków, w jakich przyszło bronić się Polakom.

Także w zakresie narracji Sawicki pokusił się o zabieg nie do końca przemyślany. Większą część powieści cechuje narracja trzecioosobowa, prowadzona z punktu widzenia różnych postaci. Przeplata się ona z fragmentami pisanymi w pierwszej osobie, narratorem jest wówczas kapitan Jemioła. Trudno stwierdzić, dlaczego autor zdecydował się na taki krok. Można by oczekiwać, iż styl będzie zmieniał się w zależności od tego, czy wypowiada się narrator wszechwiedzący, czy Jemioła, nic takiego nie ma jednak miejsca i myśli kapitana przedstawiane są za pomocą tych samych środków wyrazów, co pozostałe fragmenty powieści. Pomysł sam w sobie nie był więc chybiony, ale wykonanie – zawiodło.

Styl autora jest lekki i dość prosty, łatwy w odbiorze dla współczesnego czytelnika. Widać, iż Sawicki solidnie przygotował się do procesu twórczego, obrazowo przedstawia bitwy i oblężenia, konne pościgi, władanie XIX-wieczną bronią czy sposób dowodzenia oddziałami. Całość ubarwia odpowiednią terminologią, ale język narracji czy dialogów bliski jest mowie współczesnej, z wyjątkiem niezwykle skąpych fragmentów w jidysz czy gwarze chłopskiej. Niekoniecznie trzeba traktować to jak wadę – nie można się jednak nastawiać na dzieło niesłychanie wyszukane i ambitne, porażające językowym pietyzmem. Ale już na solidną porcję rozrywki – jak najbardziej.

„Nadzieja czerwona jak śnieg” to powieść godna uwagi każdego miłośnika historii, którego nie przechodzą dreszcze na myśl o wstawkach fantastycznych. Także ci, którzy z upodobaniem zwykli śledzić filmy, seriale czy komiksy o bohaterach dysponujących niezwykłymi mocami, powinni poczuć się usatysfakcjonowani lekturą. Lojalnie ostrzegam jednak – zwłaszcza że próżno szukać o tym informacji na stronie wydawcy – iż powieść zapowiada się na pierwszy tom dłuższej serii, której objętość trudno odgadnąć. Zakończenie pozostaje otwarte, a dalsze losy bohaterów – nieznane, liczę więc na to, że Andrzej W. Sawicki uraczy nas prędko kontynuacją i kolejnymi przygodami dzielnych oborotenów, walczących o wolność polskiego narodu.

  • Tytuł: Nadzieja czerwona jak śnieg
  • Autor: Andrzej W. Sawicki
  • Wydawnictwo: Bellona / Runa
  • Rok wydania: 2011
  • Liczba stron: 528
  • ISBN: 978-83-89595-78-2 / 978-83-11-12180-5


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Runa i Wydawnictwu Bellona oraz Portalowi Insimilion.

  • Ja się chyba mimo wszystko nie skuszę – moja niechęć do fantastyki historycznej ma się świetnie i nie zamierza ustąpić.;)

  • Pozwolę sobie podrążyć. ^^
    Ta niechęć to przez jakąś konkretną pozycję/autora czy też z góry coś Cię odpycha od tego typu książek?

  • Wiesz, ja po prostu nie lubię powieści historycznych i fakt, że mamy tam odrobinę fantastyki jakoś nie ratuje sytuacji (co stwierdziłam przy pomocy Pilipiuka, chociaż jego „Oko Jelenia” czy „Operacja Dzień Wskrzeszenia” są przechylone raczej w stronę SF niż fantasy, a także kilku innych, zagranicznych pisarzy – fakt, nienajlepszych) – a jak mamy do tego jeszcze historię Polski, dokumentnie obrzydzoną w szkole, to klops (historia innych zakątków świata ma w sobie posmak egzotyki, więc ewentualnie czasem może ujść). Z irracjonalnych antypatii to tylko Komuda – nigdy nie czytałam żadnego utworu tego pana, ale jak popatrzę na te okropne okładki, to mnie jakoś takie przeświadczenie, że to słabe, przejmuje…

  • Sama koncepcja prezentuje się nad wymiar ciekawie, ale Twoja recenzja jest drugą, któa ukazuje te same „niedociągnięcia”. A to dla kogoś niezbyt lubującego historię może przeważyć szale na stronę „nie przeczytam”…
    Ps. Ja tam Żeromskiego lubię bardzo,choć czytałam całe dwie jego powieści :P
    Ps2. Jak do cholery się zalogować? :(

  • @Moreni: pojmuję. ^^ Ja się niegdyś z kolei szalenie interesowałam historią, zwłaszcza tą nie-współczesną, dlatego mnie takie książki przyciągają. Potem sobie odświeżam, jak to naprawdę było. :D

    @Silaqui: Niezbyt lubiącym historię ogólnie nie polecam tej pozycji, dużo w niej historyczności, a zdecydowanie mniej fantastyki.
    Żeromskiego bardzo lubię „Przedwiośnie” i w miarę akceptuję „Ludzi bezdomnych”. Z kolei „Syzyfowych prac” nie cierpię serdecznie, podobnie jak cierpiętniczych nowelek o Siłaczkach i podobnych. :D
    Wydawało mi się, że kiedyś dawało się to zrobić po prawej stronie. A teraz sama nie mogę tego znaleźć… Poszukam w ustawieniach, bo wydaje mi się, że powinno się dać to przywrócić. Niestety, musiałam wrócić do tych okropnych kodów, bo po jednej dobie bez nich boty od razu na mnie napadły. :(

  • „Syzyfowe prace” czytałam jakieś cztery razy, zaczęłam chyba w czwartej klasie podstawówki :P

    Jakoś przeżyję te kody :)