„Ms. Marvel Vol. 3: Crashed”, G. Willow Wilson, Takeshi Miyazawa, Elmo Bondoc

By | 4 grudnia 2015

msm3coverDwukrotnie już czytaliście moje zachwyty dotyczące „Ms. Marvel” (o tutaj: tom 1, tom 2). Pora więc na nieco mniej przesyconą entuzjazmem opinię, poświęconą trzeciemu albumowi, „Crashed”. Składa się na niego pięć zeszytów ― numery od 12. do 15. serii „Ms. Marvel” oraz zeszyt numer 2. „S.H.I.E.L.D.”, w którym gościnnie pojawia się Kamala Khan. Wspominam o tym szczegółowo z tej prostej przyczyny, że kompozycja tego tomu to niestety jedna z jego największych wad. [W tekście niewielkie spoilery].

Zaczynamy od jednostrzałowej historii okolicznościowej, walentynkowego numeru „Loki in Love” z rysunkami Elmo Bondoca. Bóg psot, który (przynajmniej chwilowo) gra po stronie tych dobrych, ku swemu niezadowoleniu zostaje zesłany do Midgardu ― wprost do New Jersey, na które Asgardczycy zwrócili uwagę na skutek wydarzeń opisanych w poprzednim tomie „Ms. Marvel”. Tymczasem Bruno chciałby zaprosić Kamalę na szkolny bal zorganizowany z okazji dnia zakochanych, ale nie jest to takie proste ― po pierwsze, dziewczyna raczej nie podziela jego afektu, a po drugie, i tak nie ma szans, by surowi rodzice Miss Marvel zgodzili się na jej udział w zabawie.

Zeszyt ten służy za przerywnik między dwiema bardziej złożonymi historiami. Kamala tym razem nie mierzy się z przeciwnikiem, a z typowymi dla nastolęctwa emocjami, zaś Loki ― jak to Loki ― jest przede wszystkim po swojej stronie i sieje zamęt. Historyjce trudno odmówić lekkości czy humoru, nie wyróżnia się ona jednak w żaden sposób, nie rozwija postaci głównej bohaterki, nie posuwa do przodu linii fabularnej serii. Z ust Laufeysona dowiadujemy się zaś, że przyjaciele z liceum zostają z nami na całe życie, co po raz pierwszy podczas lektury tej serii komiksowej wzbudziło we mnie lekki cynizm i chęć skwitowania „Tak, tak sobie wmawiajcie, póki możecie”. Ot, numer sprawia wrażenie walentynkowej zapchajdziury.

msm13

Rysunki Bondoca stylizowane są na nieco niedbałe, tła pozbawione szczegółów, pozy i gesty nieco przesadzone. Czasami wypada to naprawdę dobrze, czasami ― nie do końca atrakcyjnie. Z rysowników obecnych w tym tomie jest jednak moim faworytem, a jego praca dobrze oddaje ducha całej serii, pasuje do klimatu znanego z poprzednich tomów. Do tego mamy Lokiego w wersji hipster-wiking, kupuję to. Choć dla równowagi muszę też nadmienić, że zdarzają się Bondocowi kadry, na których Kamala wygląda jak ciemnowłosa Smerfetka. Ale to jeszcze nie pora na narzekania ― poczekajcie do kolejnych opinii o rysownikach.

Po krótkiej wizycie Lokiego rozpoczynamy nowy story arc, rozpisany na kolejne trzy zeszyty. Minęło kilka tygodni od starcia z Inventorem, Kamala intensywnie trenuje w mieście New Attilan pod okiem Inhumans. Ale cięższe zmagania i tak czekają na nią w domu rodzinnym ― z wizytą przyjeżdżają najbliżsi przyjaciele rodziców Kamali wraz z synem Kamranem, bystrym młodzieńcem, dla którego nasza heroina od razu traci głowę. Powraca także poruszony w poprzednim zeszycie wątek nieodwzajemnionego uczucia Bruno. Jak więc można się spodziewać, te kilka numerów uderza nieco w romansowe tony ― ale robi to w uroczy, zabawny sposób, jeśli więc macie w sobie choć trochę wewnętrznej nastolatki (ja mam!), to powinno się Wam spodobać.

msm14

Oczywiście Kamala to wciąż Miss Marvel, pojawia się więc nowe zagrożenie ― i jest nim grupa innych osób dotkniętych efektami Terrigen Mist. A jak wiadomo czytelnikom innych komiksów Marvela czy też widzom śledzącym na bieżąco seriale należące do MCU ― nie wszyscy Inhumans są przyjaźnie nastawieni do świata. Część z nich woli wykorzystywać swoje moce w niecnych celach, pragnie wprowadzenia nowego porządku, w którym to oni zostaną grupą uprzywilejowaną. Bohaterka będzie więc rozmyślać o swoich mocach oraz ich wykorzystywaniu, ale nikogo raczej nie zaskoczy fakt, po czyjej stronie opowie się w tym sporze.

To, co przede wszystkim podoba mi się w tych numerach, to silny charakter Kamali, która ― nawet gdy serce mówi co innego ― pozostaje rozsądna i trzeźwo myśląca, zdecydowana, trzymająca się własnych zasad. Mimo niezwykłych mocy nie czuje się lepsza, nie chce dla siebie wyjątkowych uprawnień. Dodatkowo nie daje się swoim wrogom zastraszyć, nie poddaje się ich podłej manipulacji, będącej typowym „victim blaming” ― sama tego chciałaś, możesz teraz winić tylko siebie, i tak nikt ci uwierzy. Po krótkich wątpliwościach Miss Marvel dochodzi do jedynego słusznego wniosku, uczy się odrzucać poczucie wstydu i winy. Zaczyna także rozumieć, że nie może brać na siebie odpowiedzialności za decyzje i postępki innych Inhumans.

msm16

Za stronę wizualną tego story arcu odpowiada Takeshi Miyazawa. Mam pewien problem z tym rysownikiem; jego kreska mi się podoba, ale sama postać Kamali wygląda po prostu jak nie ona. Zdecydowanie nie widzę w niej tej Miss Marvel, którą pokochałam na kadrach Adriana Alphony. Spójrzcie choćby na jej nos na niektórych kadrach ― to zdecydowanie nie jest ten sam nos! Podobnie sylwetka czy mimika; jedynie w uproszczonych ujęciach z oddali Kamala prezentuje się tak, w pierwszym tomie. A do tego największy grzech ― i to może być najdziwniejszy zarzut wobec rysownika, jaki przeczytacie, ale muszę to z siebie wyrzucić ― jego ramki są takie równiutkie! To uporządkowanie tak bardzo nie pasuje do chaotycznych, kojarzących się z przypadkowymi bazgrołami nastolatki kadrami z pierwszego albumu. Jak dobrze, że w czwartym tomie wróci Alphona!

Choć mogłoby się wydawać, że nieco narzekam na trzeci album przygód „Ms. Marvel”, to do tego momentu przy lekturze bawiłam się naprawdę dobrze. A potem dotarłam do zakończenia tomu ― czyli drugiego numeru serii „S.H.I.E.L.D.”, napisanego przez Marka Waida i narysowanego przez Humberto Ramosa. Głównymi bohaterami są znani z serialu ABC agent Phil Coulson i ksenobiolog Jemma Simmons, którzy na kolejną misję trafiają do liceum Kamali Khan. W samej fabule nie ma niestety ani na tyle dużo sensu, uroku czy humoru, by się jakkolwiek broniła ― ot, generyczna sprawa, niczym jednostrzałowy odcinek z czasów, gdy serial „Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D.” był w najgorszej formie. Broni się jedynie króciutka rozmowa między Kamalą a agentką Simmons dotycząca prowadzenia sekretnej działalności w tajemnicy przed najbliższymi. Czyli jedna strona.

msm15

Rysunki Ramosa są… eufemistycznie rzecz ujmując, absolutnie nie w moim guście. Kamala wygląda jak napompowana lala (pozostałe postaci cierpią zresztą na to samo, więc nie jest to chyba kwestia niechęci rysownika do Miss Marvel), a dłonie bohaterów sprawiają wrażenie, jakby ktoś kiedyś połamał im wszystkie palce. Wielkie głowy, wielkie oczy, usta jak u karpia, nogi i talie jak patyki… Mam wrażenie, że Ramos całe życie chciał rysować mangę, ale przez przypadek trafił do komiksu amerykańskiego i teraz bardzo cierpi. Ja też cierpię, bo oprawa graficzna tego zeszytu nie tylko nie ma nic wspólnego z wcześniejszą stylistyką „Ms. Marvel” ― niezależnie od tego, kto ją rysował ― to w dodatku jest po prostu brzydka.

Jak więc można wnosić z moich utyskiwań, największą wadą trzeciego tomu jest kompozycyjna sklejka trzech historii i rysownicy, którzy niekoniecznie czują klimat serii (okay, głównie zawinił Ramos; po ujrzeniu jego wyczynów wzrósł mi gwałtownie poziom czepliwości). Oczywiście absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że „Ms. Marvel” to nagle słaby komiks ― bynajmniej, to wciąż moja najukochańsza marvelowa seria (co jest o tyle proste, że niewiele ich czytałam). Po prostu nie jest już tak doskonały, jak w pierwszym i drugim tomie, mniej tu także głębszych treści i ciekawszych przemyśleń, te obecne są jedynie w środkowej części. W całym albumie nie brakuje za to typowego dla serii humoru, a Kamala wciąż pozostaje uroczo nieporadna i zaraźliwie idealistyczna. Zobaczymy więc, jak w takim razie zareaguje na nadchodzący koniec świata… Opinia o tomie czwartym już niebawem!

msm17

  • Ogólnie rzecz biorąc to żaden z rysowników Ms. Marvel poza tym pierwszym, najfajniejszym nie szanuje jej nosa. A ten nos jest w całym designie najbardziej fantastyczny! :(

    • Oj tak, ogólnie mam żal do świata, że Alphona nie rysuje całości. :( Ale przynajmniej ma dla siebie 4 zeszyty w tomie 4., więc małe pocieszenie!