„Ms. Marvel Vol. 2: Generation Why”, G. Willow Wilson, Adrian Alphona, Jacob Wyatt

By | 5 kwietnia 2015

msmarvel2014-6-11Tak, dobrze myślicie. Znów będę zachwycać się nową Ms. Marvel. Jeśli nie wiecie, co to za seria, o czym opowiada, od czego zacząć lekturę i dlaczego to idealna pozycja dla początkujących fanów komiksów i/lub uniwersum Marvela ― niniejszym odsyłam Was do tekstu poświęconemu pierwszemu tomowi, „No Normal” (gromadzącemu zeszyty od pierwszego do piątego), gdzie znajdziecie wszystkie najbardziej podstawowe informacje. Dziś zaś zamierzam przyjrzeć się drugiemu wydaniu zbiorczemu, ale już z innej perspektywy i z założenia w sposób nieco bardziej szczegółowy. Oraz przy okazji spróbować wyjaśnić, dlaczego tak właściwie pokochałam tę serię. [Uwaga na niewielkie spoilery!]

Na drugi tom przygód nowej Miss Marvel składają się dwie historie ― dwuczęściowa „Healing Factor” i czteroczęściowa „Generation Why”, od której tytuł przejmuje cały album. Obydwie opowieści to w gruncie rzeczy bardzo klasyczne scenariusze superbohaterskie, przedstawiające obowiązkowy dla stawiającego pierwsze kroki herosa kryzys związany z nową tożsamością, kapryśnymi mocami, próbą pogodzenia codziennego życia z sekretnymi eskapadami w przebraniu oraz poszukiwaniem mentora, który wesprze dobrą radą, udzieli wskazówek, a przede wszystkim wykaże zrozumienie dla sytuacji protagonistki. Przyznajmy, nie brzmi to szczególnie odkrywczo. Cóż więc zdecydowało o tym, że to właśnie perypetie Kamali tak mnie urzekły i skłoniły do tego, by bliżej się tej serii przyglądać? Dwa czynniki: podejście do kwestii społeczno-pokoleniowych oraz wszechobecna afirmacja pozytywnych wartości.

Od samego początku bardzo cieszy mnie konsekwencja, z jaką scenarzystka G. Willow Wilson rozgrywa pokoleniowe konflikty i pozwala przemówić każdej ze stron. Już jedna ze scen otwierających „Healing Factor”, w której Kamala zostaje zmuszona do rozmowy z Sheikhem Abdullahem, duchownym z lokalnego meczetu, nie jest wcale pełną klisz konfrontacją uporządkowanej, statecznej starości z płochą, nierozważną młodością, w której obydwu stronom brakowałoby dobrej woli, by dojść do porozumienia. Choć bohaterka zaczyna dialog uprzedzona do surowego mężczyzny i nie przypuszcza, by w jakikolwiek sposób mógł on wykazać zrozumienie dla jej problemów związanych z sekretną tożsamością, zagubieniem w nowej roli i trudami wiążącymi się z chęcią niesienia pomocy z jednej strony i koniecznością okłamywania swoich bliskich z drugiej, szybko będzie musiała przyznać się do pomyłki. Na kartach „Ms. Marvel” nie demonizuje się ani ostrożnego rozsądku, ani rządzącej się swoimi prawami nastoletności, uwrażliwionej na wszelkie zakazy i nakazy, przeciwko którym od razu można by zacząć się buntować. W tym świecie, jeśli tylko obydwie strony zdecydują się wyjść sobie na przeciw, każde porozumienie jest w zasadzie możliwe. A dalej jest jeszcze lepiej.

Ms. Marvel

Szalenie podoba mi się to, jak została ukazana relacja Kamali z rodzicami. Po pierwsze, co może nie powinno budzić takiego zdziwienia ― ale budzi, jeśli poznało się wystarczająco duży wycinek popkultury ― bohaterka nie jest sierotą. Pochodzi z pełnej, kochającej rodziny, którą nie targają żadne wielkie tragedie oraz nie gnębią patologie. Oczywiście, nastolatce doskwiera pewna nadopiekuńczość, czasem dostanie szlaban, czasem zamknie się w pokoju z myślą, że przecież nikt na świecie jej nie rozumie ― ale wszystko odbywa się bez niepotrzebnych dramatów, bez silenia się na przesadzone konflikty. Jest w tych relacjach (co widać także dzięki doskonałym rysunkom) wiele ciepła, troski i prób zrozumienia mimo różnic pokoleniowych czy światopoglądowych. Jest też wiele zaufania; może nadinterpretowuję, w końcu Miss Marvel nie ujawnia prawie nikomu z najbliższych swojej sekretnej tożsamości i musi niekiedy uciekać się do kłamstw, ale jednocześnie przez cały czas każda ze stron wierzy w dobre intencje tej drugiej. Z mojego punktu widzenia to przede wszystkim postawa: nie mówisz nam, co cię gnębi, ale ufamy ci, że wiesz, co robisz, a gdy uznasz, że jesteś gotowa, sama nam o tym powiesz. To naprawdę miła odmiana po obcowaniu z innymi utworami ― głównie seriami ― w których postaci notorycznie obrażają się na siebie lub czynią sobie nawzajem wyrzuty za przewinienia mniejszego kalibru.

Ms. Marvel

Przejdźmy jednak z relacji w mikroskali do makroskali. Drugi story arc i cały album nie bez kozery zatytułowano „Generation Why”. Zatrzymajmy się na moment przy tym określeniu, wyrażeniu homofonicznym dla Generation Y ― Pokolenia Y. Mojego pokolenia, dzieci lat 80. i 90, zamerykanizowanych obywateli globalnej wioski. To my zakochaliśmy się w cyfrowej technologii, do tego stopnia, że nie wyobrażamy już sobie bez niej życia. To my jesteśmy tymi otwartymi i tolerancyjnymi, a równocześnie nieodpowiedzialnymi i zbyt pewnymi siebie. A może nawet egoistami, pasożytami i straconą generacją, z nosem wiecznie utkwionym w smartfonie, skupieni tylko na tym, co powierzchowne i płytkie, co szybkie i łatwo przyswajalne? Co tak właściwie chcemy po sobie zostawić, co chcemy pokazać kolejnemu pokoleniu? Te same pytania zadaje sobie nemezis Miss Marvel. Antagonista porywa nastolatki i użytkuje ich ciała jako źródło energii ― ponieważ postrzega to jako najlepsze wykorzystanie ich możliwości i sił witalnych. Tak samo zresztą podchodzą do tego jego ofiary; czują się bezużytecznymi i niegodnymi jednostkami, zdolnymi jedynie przekazać planetę w ręce kolejnych generacji w jeszcze gorszym stanie niż ten zastany, zarówno pod względem ekonomicznym, jak i ekologicznym.

Ms. Marvel

Miss Marvel koncentruje się jednak na pozytywach. Mimo że jako pokolenie rozwinęliśmy po części inne umiejętności niż poprzednia generacja X, nie oznacza to automatycznie, że nie nadajemy się do niczego ― po prostu mamy inne mocne strony i to właśnie na nich powinniśmy się skoncentrować. Gdy myślę o tym w kontekście choćby własnej osoby czy najbliższego otoczenia, nie mogę nie przyznać Kamali racji. Przecież to nie jest tak, że nagle zaczęliśmy rodzić się głupsi ― co, mam wrażenie, coraz częściej próbują wmówić nam tradycyjne media czy starsze pokolenia. Nie jest tak, że pokolenie X było tym mądrym i wspaniałym, a my, Igreki, powinniśmy przylepić sobie etykietę roszczeniowych konsumpcjonistów. Oczywiście, różnimy się, dostosowujemy się do zmieniającego się świata. Ale oznacza to tylko tyle, że powinniśmy postarać się, by w odpowiedni sposób nauczyć się wykorzystywać nasze atuty. A przy okazji może też wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość i przestać demonizować dorastające pokolenie Z ― do czego, niestety, mamy coraz większą tendencję.

Ms. Marvel

To nie jedyna kwestia, w której protagonistka może wykazać się nieustającą wiarą w ludzi i w dobro. Miss Marvel przez zdecydowaną większość czasu pozostaje optymistką; brak w jej postawie zimnego cynizmu, wyrachowania czy zgorzknienia, w zamian jest zaś urokliwa naiwność, poczucie humoru i czerpanie radości z życia. To dokładanie taka bohaterka, jakiej w tej chwili potrzebuję. Może dlatego, że jest mi charakterologicznie bliska, a może dlatego, że kiedy rzeczywistość dookoła akurat da w kość, to lepiej uciec do świata, w którym to właśnie idealistyczna postawa ma szansę zatriumfować. Kamala wspaniale sprawdza się także jako superbohaterka. Jest empatyczna i w bezpretensjonalny, naturalny sposób dba, by nikomu postronnemu nie stała się krzywda. Popełnia błędy, ale powoli zaczyna wyciągać z nich wnioski. Odznacza się sprytem i zaradnością, co nie oznacza jednak, że wszystko jej się udaje ― wręcz przeciwnie, jak do tej pory częściej ponosi porażki niż odnosi sukcesy, musi nauczyć się przyjmować pomoc od innych i nie bać o nią poprosić, gdy sytuacja tego wymaga. Nie ma tu miejsca ani na stanie w strugach deszczu ze smętną miną, ani na niestrawny patos, ani na defetystyczne konstatacje. Takiej postaci potrzebowałam.

Ms. Marvel

Przy tym wszystkim Kamala jest outsiderką, sama uważa się raczej za dziwną i niepopularną ― równocześnie zaś w ogóle nad tym nie ubolewa, tylko koncentruje na pozytywach. Łatwo poddaje się emocjom, działa pod wpływem chwili. Wreszcie ― czuje się geekiem, porównuje posiadanie supermocy do builda postaci w RPG, śmieje się z nawiązań do Star Wars, a w wolnej chwili pisze fanfiki o Avengers i X-Men. Swoje superbohaterstwo traktuje odpowiedzialnie, ale nigdy nie śmiertelnie poważnie. Choć z racji przynależności do Inhumans mogłaby czuć się wyróżniona, wciąż pozostaje bardzo bliska czytelnikowi i jego perspektywie. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że większość fanów komiksu o Miss Marvel jest w pewnym stopniu właśnie taka, jak ona, i w podobny sposób mogłaby zareagować w sytuacji nagłego odkrycia u siebie nadnaturalnych mocy. A przynajmniej ja jestem i dzięki temu tym łatwiej przychodzi mi empatyzowanie z protagonistką.

Ms. Marvel

Ale „Ms. Marvel” to rzecz jasna nie tylko rozważania o konflikcie pokoleń czy istocie superbohaterstwa. To równocześnie zabawna, lekka seria, pełna ujmującego i absurdalnego humoru. Niesłychanie cieszy mnie fakt, iż od pierwszego zeszytu nikt nie próbuje pisać tej historii ze zbędnym zadęciem. Wręcz przeciwnie ― nieustannie odnoszę wrażenie, że sami autorzy doskonale zdają sobie sprawę z faktu, jak odrealniony jest pod pewnymi względami świat, w którym ścierają się superbohaterowie i ich nemezis, a dzięki temu bez zahamowań uderzają w groteskowy ton. Przy okazji tą świadomością obdarzają też swoich bohaterów; i tak Miss Marvel zostaje wysłana do typowych dla utworów fantastycznych kanałów, nienaturalnie rozległych i strzeżonych przez olbrzymiego zmutowanego aligatora, ale od razu dostrzega absurd całej sytuacji. Antagonistą pierwszych dwóch tomów uczyniono zaś Thomasa Edisona, klona słynnego naukowca… tyle że obdarzonego głową nimfy, ptaka z rzędu papugowatych z charakterystycznym czubem. Co równocześnie nie przeszkadza twórcom wkładać w jego dziób ― pomiędzy kłótnie o by nikt nie nazywał go ptakiem ― także poważniejszych stwierdzeń.

Ms. Marvel

Pozostaje jeszcze ostatni aspekt ― oprawa graficzna. Fanką kreski Adriana Alphony jestem od momentu, gdy ujrzałam pierwszy kadr w pierwszym albumie i ten stan rzeczy nie uległ zmianie. W tomie drugim nastąpiło jednak to, co w przypadku komiksów Marvela nieuniknione ― część zeszytów została narysowana przez kogoś innego. W „Healing Factor” miejsce Alphony zajął Jacob Wyatt, szerzej jeszcze nieznany w świecie komiksu. Wystarczy rzut oka na dowolną stronę tej dwuczęściowej historii, by zauważyć brak charakterystycznych, odręcznych ramek kadrów czy delikatnych konturów postaci. Rysownikowi udało się za to zachować uproszczoną, wymowną mimikę bohaterów i ogólny ton oprawy graficznej, i to na szczęście bez prób kopiowania bardziej doświadczonego konfratra. Choć linie Wyatta są grube i wyraziste, sylwetki Miss Marvel i Wolverine’a kanciaste i przysadziste, a tła dość ubogie, to wciąż obecna pozostaje dobrze oddana dynamika czy właściwa Kamali niezdarność.

Ms. Marvel

Do czego tak właściwie zmierzam w tym wywodzie? Nie tylko do prostej rekomendacji, sprowadzającej się przecież do jednozdaniowego: przeczytajcie ten komiks, moim zdaniem warto. Prędzej do autodiagnozy i próby stwierdzenia, dlaczego akurat do tej serii wracam, skoro przecież na rynku mamy tak wiele komiksowych tytułów, z których można wybierać. Równocześnie to ostateczne przyznanie się do tego, że wciąż potrzebuję pozytywnych bohaterów, tak często deprecjonowanych przez dzisiejszą popkulturę. A przecież nie wszystko musi być ponure, dojrzałe i antybohaterskie. Ja wybieram Miss Marvel.

5 thoughts on “„Ms. Marvel Vol. 2: Generation Why”, G. Willow Wilson, Adrian Alphona, Jacob Wyatt

  1. Anna Flasza-Szydlik

    Bardzo mi się podoba historia, ale zupełnie nie podobał mi się styl rysowania w pierwszym zeszycie. Spróbuję znowu za jakiś czas, bo polubiłam Kamalę.

    Reply
    1. Oceansoul

      To zupełnie odwrotnie niż u mnie. Gdyby nie styl graficzny, pewnie nie rzuciłabym się tak od razu na tę serię, ale rysunki kupiły mnie od pierwszego kadru.
      Ale wydaje mi się, że warto się przemóc. Ewetnualnie poczekać na zmianę rysownika – od 12 zeszytu w górę jak na razie znowu rysują inne osoby.

    2. Anna Flasza-Szydlik

      Nie przepadam za takimi zabawami z perspektywą i zdeformowaną mimiką. Chociaż doceniam detale w tle i klimat.
      Przemogę się na pewno, ale jeszcze nie teraz :). Na razie przeczytałam Batgirl i czekam na kobiecego Thora (Thorę?).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *