W piwnicy mego domu — „Misery”, Stephen King oraz „Kolekcjoner”, John Fowles

By | 29 listopada 2015

Przed Wami wpis eksperymentalny, w którym postanowiłam spróbować zestawić ze sobą dwie książki o wspólnym motywie przewodnim. Tekst nie zawiera spoilerów, tak więc możecie go czytać znając obywa utwory, tylko jeden z nich, albo i nie znając żadnego. Nie są to jednak recenzje, raczej quasi-analizy.

***

Jest niedobrze. Próbowałem spać przez ostatnie pół godziny i nie mogłem. Pisanie tu działa jak jakiś narkotyk. To jedyne, czego oczekuję. Tego popołudnia czytałem to, co napisałem… I to wydawało mi się żywe. Wiem, że wydaje się żywe, bo moja wyobraźnia uzupełnia to drobiazgami, których inna osoba nie potrafiłaby zrozumieć. Chciałem powiedzieć, że to próżność. Ale to wygląda również jak jakieś czary… A ja po prostu nie mogę żyć w tej teraźniejszości. Oszalałbym, gdybym w niej żył.

Fragment „Kolekcjonera” Johna Fowlesa, a zarazem cytat poprzedzający trzecią część „Misery” Stephena Kinga

Jak opowiadać o porwaniach, przetrzymywaniu swojej ofiary i psychicznym terrorze? Jak wywołać w odbiorcy określone emocje? Usprawiedliwiać jakkolwiek porywacza i gnębiciela, zastanawiać się, co stoi za nieludzkim czynem, czy może skupić się wyłącznie na myślach i przeżyciach porwanego bądź porwanej? Smucić czy przerażać? Zostawiać czytelnika z nadzieją, że po takim doświadczeniu można się jeszcze otrząsnąć i wrócić do normalnego życia? John Folwes i Stephen King ukazali w swoich powieściach zbliżony motyw na dwa odmienne sposoby, zarówno jeśli chodzi o formę opowieści, jak i — przede wszystkim — ładunek emocjonalny.

Misery, Stephen KingDla współczesnego czytelnika pewnikiem tą bardziej znaną pozycją z obydwu wyżej wymienionych jest „Misery” Kinga. To historia bestsellerowego pisarza, Paula Sheldona, który po wypadku samochodowym na zaśnieżonej górskiej drodze budzi się w domu pielęgniarki Annie Wilkes ― jak się okazuje, wielkiej miłośniczki jego prozy. Początkowo kobieta zdaje się tylko troszczyć o jego zdrowie, ale z każdym upływającym dniem coraz wyraźniejsze widać, że coś tu nie gra, a wybawicielka jest w rzeczywistości osobą niestabilną i nieprzewidywalną, gotową posunąć się do największych potworności, byle tylko zmusić Paula do napisania kolejnej powieści z jej ulubionego cyklu romansów.

Nawet jeśli rys fabularny nie robi na Was kolosalnego wrażenia, uwierzcie mi na słowo ― „Misery” to najstraszniejsza książka, jaką miałam okazję do tej pory czytać. Możliwe, że zdobycie tego tytułu przyszło powieści o tyle prosto, że tak właściwie nie czytuję horrorów, a i po thrillery sięgam niezwykle rzadko. Okazuje się, że było to sporym niedopatrzeniem ― o ile bowiem tego typu lektury nie są może stylistyczną ucztą, to pod względem budzenia emocji radzą sobie świetnie. Do tej pory książki dostarczały mi głównie refleksji, smutku, rozbawienia lub złości. Teraz poznałam przerażenie w najczystszej postaci, ale nie tę jego odsłonę, która towarzyszy mi przy oglądaniu horroru, gdy nie wiem, skąd nagle wyskoczy zabójca albo gdy niepokojąca muzyka zaczyna uprzedzać widza o tym, że zaraz niechybnie wydarzy się coś złego. Nie, w przypadku „Misery” był to strach połączony z bezsilnością, poczuciem niegodziwości i niesprawiedliwości, doprawiony bezmiarem ludzkiego okrucieństwa i szaleństwa. Mieszanka, która mimowolnie wyciska łzy z oczu, i nie jest to szloch towarzyszący zwyczajnym wzruszeniom czy smutkom podczas obcowania z kulturą. To było zupełnie nowe doznanie.

„Misery” udaje się ta sztuka bez wpuszczania czytelnika do psychiki psychopaty. Powieść przekazuje jedynie perspektywę ofiary, w dodatku nie w ujęciu bezpośrednim, a wykorzystując wszechwiedzącego narratora trzecioosobowego. Taka decyzja pisarska nie umniejsza wcale możliwości współodczuwania z gnębionym i torturowanym Paulem, wręcz przeciwnie. King nie oszczędza czytelnika, doskonale wie, jaki efekt chce osiągnąć ― i czyni to w mistrzowski sposób. Mając porównanie między jego debiutem, „Carrie”, a opublikowaną trzynaście lat później „Misery”, nie mogę nie zauważyć, jak bardzo ewoluował warsztat pisarza, w tym umiejętność odciśnięcia emocjonalnego piętna na psychice odbiorcy. Są w tej książce sceny, które, zaręczam, będziecie wspominać do końca życia.

Na marginesie nadmienię, jak wielkim rozczarowaniem pod tym względem okazała się dla mnie ekranizacja z 1990 roku. Absolutnie nie przeszkadzałyby mi w niej fabularne rozbieżności czy odmienna kompozycja, dostosowana do innego medium. Gdyby tylko jeden aspekt nie zawiódł ― przekaz emocjonalny. Film Roba Reinera nie ma w sobie nawet połowy tego ładunku, którym w odbiorcę uderza książka; oczywiście, w kilku scenach pojawia się napięcie, ale ani terror psychiczny, jakiemu poddawany był protagonista, ani groza postaci Annie Wilkes, ani wreszcie sceny fizycznego znęcania ― nie zbliżają się nawet do tego, co na kartach powieści udało się osiągnąć Stephenowi Kingowi. Choć oscarowa rola Kathy Bates jest oczywiście dobra, to nie dorasta niestety do obrazu Annie wykreowanego w mojej głowie na podstawie tekstu Kinga.

King, tworząc „Misery”, zdawał sobie oczywiście sprawę z istnienia „Kolekcjonera” Folwesa i uraczył wtajemniczonych następującym smaczkiem — w jednej scenie Paul Sheldon, zastanawia się, czy w bogatej biblioteczce jego oprawczyni znalazłaby się książka brytyjskiego literata: „Paul kiedyś zastanawiał się sarkastycznie, czy miała na półce pierwszą powieść Johna Fowlesa, ale uznał, że lepiej o to nie pytać”. Słynny utwór, opublikowany w 1963 roku, to historia hobbystycznego zbieracza motyli Fredericka Clegga, owładniętego obsesją na punkcie rudowłosej Mirandy. Początkowo czytelnik może być skłonny współczuć nieśmiałemu, samotnemu mężczyźnie, który ma odwagę jedynie z daleka obserwować ukochaną i snuć na jej temat coraz bardziej niebezpieczne fantazje. Gdy jednak pewnego dnia wygrywa pieniądze na loterii, postanawia zainwestować sporą sumę w możliwość zrealizowania chorych pragnień.

Kolekcjoner, John Fowles„Kolekcjoner” Johna Fowlesa decyduje się na inną perspektywę i inaczej rozkłada akcenty, ale gdy pochylić się głębiej nad sylwetką antagonisty, to jego bezduszność i wyzbycie się emocji mogą okazać się równie przerażające, co napady furii pielęgniarki Wilkes. U Fowlesa mamy więc porywacza-socjopatę, u Kinga — porywaczkę-psychopatkę. Jedno i drugie jest oczywiście koszmarem dla ofiary, ale o ile w stosunku do postaci Wilkes czujemy wściekłość czy nienawiść, to Cleggowi potrafimy, przynajmniej w niektórych scenach, współczuć. To jeden z powodów, dla których nigdy nie przyszłoby mi na myśl, by opatrzeć debiut brytyjskiego pisarza etykietką horror; to raczej dramat, nie tylko przyglądający się porywaczowi i jego ofierze, lecz także podejmujący przy okazji kilka innych tematów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się sztuka — jej definiowanie i odbiór — oraz nierówność klasowa w Wielkiej Brytanii lat 60.

Ciekawa jest też kompozycja. Pierwsza część książki ukazuje wydarzenia oczyma Fredericka Clegga, pozwala czytelnikowi wniknąć w zakamarki jego umysłu, poznać motywacje i kręty sposób wyciągania wniosków. To fascynująca lektura, tak jak fascynująca jest osobowość porywacza. Nie krzywdzi on swojej ofiary w żaden oczywisty sposób ― nie torturuje, nie molestuje, nie rani fizycznie. W, jak na porwanie, przyzwoitych warunkach, po prostu więzi dziewczynę, która stanowi dla niego niedościgniony ideał. Jego miłość jest bardziej wyidealizowana niż rzeczywista, a jego pragnieniem jest tak naprawdę posiadanie osoby, która żyje tylko w jego wyobraźni. Prawdziwa Miranda szybko zaczyna od tych wyobrażeń odbiegać, do tego stopnia, że pod koniec powieści napawa porywacza przede wszystkim obrzydzeniem. Ten okaz ― upatrzony niczym rzadki motyl ― okazuje się w ostatecznym rozrachunku zbyt ludzki.

Druga część to z kolei pamiętnik autorstwa porwanej, Mirandy. Po dwukrotnej lekturze powieści utwierdzam się w przekonaniu, że dziennika Mirandy po prostu nie lubię ― jej dygresji, rozważań, charakteru. Nie podoba mi się także sama koncepcja kompozycyjna, wydarzenia opisane z perspektywy Mirandy wydają się redundantne, a sama bohaterka ― irytująca. Pozbawiona jej perspektywy książka nie tylko broniłaby się jako kompletny utwór, ale wzbudzałaby wręcz więcej emocji; zdecydowanie łatwiej współczuć Mirandzie, kiedy nie zna się jej zbyt dobrze, a jedynie spogląda na nią oczami zaślepionego Clegga.

Ekranizacja z kolei… Jest specyficzna. Na początku zdaje się dość zmanierowana i w trakcie seansu czułam się, jakbym znów oglądała „Frankensteina” z 1931 roku. Ta nadekspresyjna mimika, zbliżenia kamery, przeciągnięte pozy; ta przesadzona muzyka, momentami zupełnie niepasująca do tego, co widzimy na ekranie. Z każdą minutą film robi się jednak coraz lepszy, a wcielający się w główną rolę Terence Stamp bardzo dobrze zgrał się z moim wyobrażeniem Fredericka Clegga. Dobrze ukazano relację między porywaczem a ofiarą, jak i naturę obydwojga. Adaptacja o tyle też przypadła mi do gustu, że znacznie mniej eksponuje postać Mirandy i nie poświęca czasu jej przeszłości, co do głównej linii fabularnej i tak niewiele wnosi.

Choć motyw osoby uprowadzonej przetrzymywanej przez porywacza łączy utwory Kinga i Fowlesa, obaj pisarze wykorzystują trop do zupełnie innych celów, co innego pragną przekazać, inny efekt wywołać. King straszy i sieje emocjonalne spustoszenie, a Annie Wilkes to przerażająca figura na miarę Wielkiej Oddziałowej z „Lotu nad kukułczym gniazdem”. Z kolei u Fowlesa czytelnik z czasem zaczyna, podobnie jak ofiara, współczuć Cleggowi owładniętemu obsesją i nieprzystosowanemu społecznie. Brytyjski autor bierze pod lupę naturę ludzką, ukazując jej różne aspekty, w tym oczywiście te mroczne, które u większości jednostek pozostają zawsze jedynie w sferze skrywanych fantazji (tak samo zresztą zaczyna Frederick, wmawiając sobie podczas przygotowań do porwania, że nigdy nie wcieli swoich myśli w życie). To postać przede wszystkim tragiczna.

Z czym chcę Was pozostawić po tym tekście? Przede wszystkim z myślą, że zarówno psychopaci, jak i socjopaci są szalenie fascynujący jako figury literackie i można ukazywać ich w różnym świetle. Jeśli nie mieliście jeszcze okazji, polecam lekturę obydwu powieści, które zainspirowały mnie do tych piwnicznych rozważań. Filmy możecie potraktować jedynie jako uzupełnienie, czyjąś interpretację, wywierającą jednak w obydwu przypadkach znacznie mniejsze wrażenie niż ich pierwowzory (przy czym w przypadku „Misery” ten rozdźwięk jest wyraźniejszy). A zatem ― do książek, a piwnice omijajcie szerokim łukiem.

PS Jeśli wierzyć Wikipedii, powieść „Kolekcjoner” była inspiracją dla kilku seryjnych morderców i porywaczy. Dobra robota, panie Fowles. ;)

4 thoughts on “W piwnicy mego domu — „Misery”, Stephen King oraz „Kolekcjoner”, John Fowles

  1. Agnieszka Hofmann

    O tak! „Misery” jest przerażająca. Czytałam tę książkę dawno temu, ale wrażenie pozostało do dziś, świeże, niezatarte. I śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych książek Kinga w ogóle. Z kolei „Kolekcjonera” nie znam, więc z porównaniem nie mogę polemizować. Wielka Oddziałowa – rzeczywiście równie straszna postać.
    Zgadzam się też, że ekranizacja nie oddaje w pełni grozy, ale już sama aktorka dobrana została znakomicie…

    Reply
    1. Oceansoul

      Znam na razie tylko cztery książki Kinga – i z nich zdecydowanie „Misery” była najlepsza. Zobaczymy, jak będzie dalej, jeszcze kilka pozycji mnie ciekawi. :)

  2. Pingback: Karnawał Blogowy #24 - Bobrownia

  3. Mysza

    Książkowe „Misery” jest fantastyczne – pamiętam jak w pewnym momencie skonstatowałam, że równie mocno jak Annie chcę, by Paul „did right by his characters”; żeby wytłumaczył śmierć swej bohaterki w wiarygodny sposób (czerpałam z czytani fragmentów jego romansów zaskakującą przyjemność; kudosy dla Kinga za odnalezienie się także w tym podgatunku). I choć nie byłaby gotowa domagać się sprawiedliwości dla książkowych bohaterów tak drastycznie, dziwnie było nawet na moment poczuć tę więź z Annie. Sądzę, że abstrahując od obiektywnie wysokiej jakości „Misery” jako powieści, jest to książka którą powinni przeczytać ludzie uznający się za fanów; by zrozumieć, gdzie przebiega nieprzekraczalna granica.

    PS. Zgadzam się, że filmowe „Misery” się do książkowego nie umywa. Zresztą mam teorię, że King pisze średnie dramaty (Shawshank, Green Mile), które są ekranizacowane w dobre filmy, za to pisze świetne horrory (Shining, Misery, Carrie), które są ekranizowane w filmy raczej przeciętne (a przynajmniej nie dorównujące oryginałowi). Wyjątek dyskusyjnym byłoby tu „1408”, ale film dramatycznie odbiega od opowiadania, co wielu właśnie uważa za zaletę. Nie pamiętam, czy to właśnie o „1408” czy może o „Mgła” King powiedział kiedyś, że film ma lepsze zakończenie niż to, które King wymyślił na potrzeby książki i że w sumie woli filmowy finał :)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *