Mierzyć siły na zamiary ― czyli plany na rok 2015

By | 24 stycznia 2015

Czy wiecie, że bardzo wiele osób używa sformułowania z tytułu wpisu – „mierzyć siły na zamiary” – w znaczeniu zupełnie odwrotnym do zamierzonego? Traktują je jako synonim nieporywania się z motyką na słońce i radzą dostosowywać snute plany do realnych, w domyśle ograniczonych, możliwości. Tymczasem gdyby chwilę zastanowić się nad tymi słowami, dojdziemy do przeciwnego wniosku – to siły dopasowujemy do zamierzeń, czyli jeśli chcemy wiele osiągnąć, musimy włożyć w to odpowiednio duży wysiłek. Frazę do języka potocznego zaczerpnęliśmy zresztą z „Pieśni Filaretów” Adama Mickiewicza, wystarczy więc zajrzeć do źródła, by upewnić się w słusznej interpretacji:

Cyrkla, wagi i miary
Do martwych użyj brył;
Mierz siłę na zamiary,
Nie zamiar podług sił.

Bo gdzie się serca palą,
Cyrklem uniesień duch,
Dobro powszechne skalą,
Jedność większa od dwóch.

Hej, użyjmy żywota!
Wszak żyjem tylko raz;
Tu stoi czara złota,
A wnet przeminie czas.

Przyznaję, że chwalona w wierszu postawa mierzenia siły na zamiary jest mi zdecydowanie bliższa niż alternatywa, czyli mierzenie zamiaru podług sił – przynajmniej gdy mówimy o planach kulturalnych. Staram się zawieszać poprzeczkę dość wysoko, nawet jeśli realizacja moich limitów wymaga pod koniec roku panicznego nadrabiania niewyrobionych norm. Nie jest to wyłącznie kwestia wybujałej ambicji czy pogoni za okrągłymi cyferkami dla nich samych, bynajmniej! To raczej szczere chęci poznania jak największej liczby godnych uwagi dzieł, a nic nie motywuje mnie równie dobrze, co konkretne progi, statystyki i kolejne spisy. Tak już jakoś mam dziwnie w głowie poukładane, że dużo łatwiej mi zrobić listę „to do” i skreślać z niej kolejne pozycje, niż robić to samo – ale bez namacalnego dowodu, bez wyraźnie widocznego podziału na to, co już zrobione, a co jeszcze zostało, bez procentów i kolorowych wykresów. Myślę zadaniowo, nie tylko w pracy, ale i na co dzień. Lubię konkrety i lubię, gdy cele są S.M.A.R.T. Można by się pewnie z tym podejściem kłócić – i sama absolutnie nie uważam, że to najlepsza czy najskuteczniejsza metoda dla każdego – ale skoro u mnie się sprawdza, to skoncentruję się na jego doskonaleniu.

Popularne plany noworoczne. Tyle że zupełnie nie moje.

Popularne plany noworoczne. Tyle że zupełnie nie moje.

Gdy pisząc podsumowania roku 2014, przeglądałam podsumowania o rok wcześniejsze, w których kreśliłam też swoje plany na kolejne dwanaście miesięcy, uświadomiłam sobie, że to pierwszy raz – po roku! – kiedy do tychże postanowień zajrzałam. Bez sensu, prawda? Skoro już coś postanawiam, to wypadałoby trzymać się tego na bieżąco i monitorować swoje postępy częściej niż na sam koniec. Dlatego też moim pierwszym celem będzie wyznaczenie sobie celów w taki sposób, by mieć nad nimi kontrolę przez okrągły rok.

Co wiąże się z poprzednim punktem – cele całoroczne postanowiłam rozliczać nie na koniec roku, a stopniowo, co kilka miesięcy. Dzięki temu, jeśli jakieś postanowienie okaże się mocno przestrzelone – albo ja za mało zmobilizowana (czy wręcz pogrążona w sklerozie, że w ogóle sobie podobny cel wyznaczyłam, co też się zdarza) – pozostanie jeszcze trochę czasu na korektę i nadrobienie, ewentualnie zmodyfikowanie zamierzeń. Bo przecież nie chodzi w tym wszystkim o to, by powypisywać sobie losowe cele i się ich nie trzymać, a o konkretny postęp i późniejsze cieszenie się własnymi działaniami.


Co chciałabym osiągnąć w 2015 roku?

1. Ogólnie

Przeczytać co najmniej 70 książek. Czyli mniej więcej tyle samo, co w tym roku. Jeśli uda mi się utrzymać ten poziom, to będę zadowolona. A jeśli wśród przeczytanych znajdzie się choć kilka grubych tomów, to będę wręcz przeszczęśliwa.

Obejrzeć co najmniej 150 filmów. W zeszłym roku doszłam co prawda tylko do 140, ale hej, miały być siły na zamiary, prawda? A nuż się uda! Poza tym, przynajmniej na jednym polu muszę spróbować podnieść poprzeczkę.

Obejrzeć co najmniej 500 odcinków seriali. Tu czynię założenia kompletnie w ciemno, ponieważ jak do tej pory nie prowadziłam dokładnych serialowych statystyk. Od tego roku to zmieniam – i zobaczymy, jak wyjdzie.

Napisać co najmniej 40 wpisów na blogu. Może być trudno, ale przynajmniej będę się starała, by tak bardzo bloga nie zaniedbywać. Powinnam też powrócić do ciut częstszego recenzowania.

Grać w miarę regularnie. Tylko tyle – i aż tyle.

Uniwersalne porady brzmią dobrze. Punkt 4 to zawsze mój ulubiony.

Uniwersalne porady brzmią dobrze. Punkt 4 to zawsze mój ulubiony.

2. Szczegółowo

To właśnie ta kwestia domagała doprecyzowania i poprawy. Jak już się przekonałam, wyznaczanie sobie losowych tytułów na cały rok nie ma zbytnio sensu, ponieważ i tak do tej listy nie zaglądam (czy po prostu o niej zapominam). Albo stwierdzam, że mam ochotę na coś zupełnie innego, niż sądziłam, że będę mieć. Spróbujmy więc może podejść do tego koncepcyjnie? I sukcesywnie się z tego rozliczać. (Co pozwoli mi na pisanie mini-podsumowań, yay!).

Cele szczegółowe:

a) Co najmniej jedna pozycja z Uczty Wyobraźni na kwartał. Patrząc po tym, że w lutym ukażą się 4 nowe woluminy, a ja wciąż nie przeczytałam jeszcze wielu wcześniej wydanych tytułów, książek nie powinno mi braknąć przez wiele lat. Za prawdziwy skandal uważam zaś fakt, że w zeszłym roku sięgnęłam tylko po jeden tom z serii – w tym postaram się to zmienić.

b) Większa różnorodność. Co się kryje pod tym hasłem? Sięganie po książki czy filmy nie tylko z krajów anglojęzycznych czy Polski. Kino hiszpańskie czy francuskie, powieści z Ameryki Południowej czy Niemiec, europejskie komiksy… Mnóstwo jest pozycji, które warto poznać, a i ja cenię sobie wyprawy poza moją kulturalną strefę komfortu i poznawanie rejonów zupełnie mi obcych.

c) Więcej klasyki. Co prawda w pierwszych miesiącach zajmować się będę głównie oglądaniem najnowszych filmów, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by później skierować się w większym stopniu w stronę produkcjami minionych dekad. Podobnie jeśli chodzi o książki – może warto wreszcie nadrobić kilka tytułów spod znaku „wstyd nie znać”, które zapisały się już w historii literatury.

d) Może by tak wrócić do anime? Choć odrobinę? Żeby nie przesadzać z zamierzeniami, na początek chciałabym dokończyć powtarzanie sobie Code Geass – został mi jeszcze drugi sezon (po tym, jak trzykrotnie obejrzałam pierwszy; jestem niepoprawna). Potem chętnie wróciłabym do Fullmetal Alchemist (i może obejrzała wreszcie Brotherhood). Zobaczymy, jak wyjdzie!

e) Więcej zakończonych seriali, mniej nowszych. W końcu zaległości same się nie nadrobią, a premierowe tytuły to zawsze loteria – czy nie zdejmą go z anteny po kilku tygodniach, czy nie urwą po pierwszym sezonie kończącym się obowiązkowym cliffhangerem, czy nie będą go ciągnąć w nieskończoność, i tak dalej. Może więc zamiast kotów w worku lepiej częściej sięgać po sprawdzone produkcje.

f) Kończenie ponapoczynanych gier. Nie da się ukryć, że łatwiej mi zaczynać niż kończyć i coraz mniej tytułów przechodzę od A do Z. Częściej to jakieś… od A do S, nawet jeśli gra mi się podoba. Po prostu wystarczy dłuższa przerwa, bym kompletnie zapomniała, o co chodziło, gdzie byłam, co robiłam. Brakuje tu serialowego „previously” odpalanego na początku. Powinnam więc zmobilizować się do tego, by najpierw dokańczać jedną grę, a dopiero potem zabierać się za kolejną.

g) Rozsądniej kupować. Jestem bardzo dumna z zeszłego roku – po pierwsze, znacznie zmniejszyłam liczbę nabytków książkowych. Co prawda dalej więcej kupuję niż czytam, ale proporcje nie są już tak drastyczne, jak to drzewiej bywało. Co więcej, z każdym rokiem zmniejsza mi się baza tytułów spośród tych już napisanych, które chciałabym posiadać – a z nowościami z kolei warto czasem uważać i niekiedy lepiej najpierw poczekać na recenzje zaufanych osób niż kupować w ciemno, gdy kusi okładka czy opis wydawcy. Rok temu podjęłam też bardzo ważną decyzję dotyczącą zakupów filmowych – koniec z DVD. Gdy w zeszłym tygodniu kupowałam w jednym ze sklepów Blu-Raye po 12,99 za sztukę, cieszyłam się jak dziecko – toż to była świetna i perspektywiczna decyzja. Co więcej, moja filmoteka jak na razie nie pęka w szwach, więc tu nie muszę się jeszcze specjalnie powstrzymywać. Jeśli chcę jakiś film obejrzeć więcej niż raz – to znak, że warto go kupić. Najlepiej z dużą ilością dodatków.

Projekt główny na styczeń i luty 2015 roku: filmy oscarowe. To właściwie stały punkt rocznego planu, w dodatku taki, który przez ostatnie kilka lat udaje mi się realizować. W tym roku zaczęłam już swoją drogę do Oscarów – a wpisy na ten temat powinny pojawić się na blogu przed rozdaniem nagród zaplanowanym na 22 lutego (muszę jeszcze tylko przemyśleć, w jakiej formie chciałabym je widzieć). Spośród nominowanych w różnych kategoriach obejrzałam jak na razie 22 tytuły. Chciałabym zaś zobaczyć jeszcze 14, choć pewnie nie wszystkie uda mi się nadrobić do dnia gali, głównie z uwagi na opóźnienia premier i niedostępność niektórych produkcji (np. filmy studia Ghibli często pojawiają się na rynku, także anglojęzycznym, ze sporym poślizgiem). Chętnie nadrobiłabym też kilka innych tytułów z 2014 roku, by wiedzieć, czy kogoś w nominacjach moim zdaniem pominięto. Zobaczymy, jak mi to wyjdzie, ale jestem dobrej myśli.

Brzmi chyba dobrze, prawda?

Brzmi chyba dobrze, prawda?

No dobrze, dość. Nie chcę się zachłysnąć całym tym planowaniem jeszcze w styczniu. Tak naprawdę pierwsze dwa-trzy miesiące to okres testowy, dzięki któremu sprawdzę przede wszystkim to, czy jakkolwiek rośnie moja motywacja i mobilizacja do nietracenia czasu, lepszego zorganizowania się i sięgania po ciekawe tytuły. Możecie trzymać kciuki. :) A i konkretnymi tytułami czy pomysłami nie pogardzę, dodatkowe inspiracje zawsze mile widziane!

  • http://www.krimifantamania.blogspot.com/ Agnieszka Hofmann

    Plany ambitne i bardzo szczegółowe (aż takich nie robię, choć może powinnam…) :-)
    Co do filmów oskarowych, to mogłabym się podpisać. Choć właściwie może lekko zmodyfikowałabym je: nie muszą być to filmy nagrodzone, ale chciałabym ponadrabiać braki w klasyce filmowej. Jeśli jest gdzieś jakiś kanon filmów wybitnych, wartościowych, szczególnych, które trzeba obejrzeć, to chciałabym go poznać… i odhaczać po kolei.

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Jeśli chodzi o filmy, to mam własną listę (stale uzupełnianą; obecnie liczy 3242 pozycje, z czego 1099 obejrzanych), powstałą na podstawie licznych źródeł i rekomendacji. Ale warto zacząć od następujących:
      – 1001 movies you must see before you die (jedna z książek z cyklu ‚1001 [czegoś-tam]’) – http://www.listology.com/flogged/list/1001-movies-you-must-see-you-die
      – top 500 filmwebu – http://www.filmweb.pl/rankings/film/world
      – top 250 imdb – http://www.imdb.com/chart/top
      obydwa rankingi można też dodatkowo filtrować i podejrzeć np. top animacji albo top filmów z 1980 roku
      – listy American Film Institute – http://www.afi.com/100Years/ – taka typowa ‚klasyka nad klasykami’
      – top 100 filmów science fiction wg Esensji – http://esensja.stopklatka.pl/film/publicystyka/tekst.html?id=17282 – ogółem na Esensji jest sporo ciekawych zestawień top filmów/książek

    • http://www.krimifantamania.blogspot.com/ Agnieszka Hofmann

      Ło matulu… Aż mnie przygniotło ;-) I kiedy ja mam to wszystko obejrzeć?! Ale dzięki, wiem już, wedle czego się orientować.
      A Esensję lubię i zaglądam regularnie :-)

  • Agata

    Plany ambitne, ale do zrealizowania :) Też lubię planować i to bardzo, choć z realizacją bywa różnie. W tym roku chciałabym obejrzeć więcej filmów i chodzić do kina przynajmniej 2 razy w miesiącu. W styczniu plan zrealizowany (zarówno filmowy, jak i książkowy). W klasyce filmowej mam ogromne zaległości, ale na początku roku, tak jak Ty, mam zamiar oglądać filmy oscarowe Na razie 5/9 za mną jeśli chodzi o główną nagrodę. Niestety jakoś nic nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. Whiplash i Birdman – bardzo dobre, ale nie arcydzieła. Jestem ciekawa jakie będą Twoje wrażenia :)

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Z głównej kategorii zostały mi jeszcze dwa.
      Wrażenia na pewno będą, tylko zastanawiam się, czy w jednym wpisie, czy w kilku, i czy osobno o poszczególnych filmach, czy też od razu o swoich typach, kto wygra. :)

  • Moreni

    Bardzo ładne postanowienia. Ambitne takie i w ogóle. Ja to bym chciała po prostu czytać i rysować więcej. I pisać więcej notek. I przeczytać więcej ksiązek niż kupię (no dobra, przynajmniej połowę tego, co kupię, to już będzie jakiś postęp). Tak więc powodzenia, zwłaszcza z kończeniem seriali i powrotem do anime (ja już od roku próbuję wrócić do przerwanego w połowie sezonu „Tiger&Bunny”).

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Jako że coraz więcej seriali ostatnio porzucam, stwierdziłam, że to dobry moment na anime – zwłaszcza że odcinki są 20-minutowe, więc to często wygodniejsze. No i znam może z pięć anime na krzyż, więc aż głupio trochę. (A potem i tak oglądam te, które już znam, bo są tak dobre, że nie chcę ryzykować z innymi tytułami :D).

  • Łukasz Pilarski

    A teraz trochę matematyki i wyssanych z palca założeń, bo jest późno i dlaczego nie.
    70 książek. Załóżmy optymistycznie, że każda jest tak samo gruba i można ją przeczytać w ciągu ośmiu godzin. To daje na start 560 godzin
    150 filmów. Bywają takie po półtora godziny, bywają kobyły trzygodzinne, więc niech będą dwie godziny dwadzieścia minut. 21000 minut, bądź 350 godzin.
    500 odcinków seriali. Zakładam, że to będą dłuższe odcinki, takie po 45 minut, co daje nam 22500 minut, a ostatecznie 375 godzin.
    1285 godzin daje w przybliżeniu 55 dni. Wraz z wpisami na blogu i grami wyszłoby pewnie trzy razy tyle. Tak więc na wypełnienie swoich postanowień potrzebować będziesz pi razy oko pół roku. Albo pięć miesięcy, jak godzinne seriale zastąpisz Simpsonami i pokrewnymi.
    Ambitne plany, więc życzę powodzenia w realizacji. Przyda się.

    • http://oceansoul.waw.pl/ Oceansoul

      Wyliczenia to zawsze dobra rzecz. Zainspirowało mnie to, żeby przeprowadzić wstępne szacunki czasowe na podstawie danych ze stycznia (co prawda jeszcze parę dni do końca miesiąca zostało, ale że to był dobry miesiąc i miał sporo dni wolnych na początku, to przyjmijmy, że w inne miesiące będzie nieco gorzej z czasem):
      – 24 filmy – liczmy średnio 2 godziny na każdy, w sumie 48 godzin, w zaokrągleniu niech będzie 50;
      – 7 książek (8. w połowie, ale nie będę jej liczyć) – ok. 2400 stron – niech będą jakieś 42 godziny;
      – 53 odcinki seriali (z czego: 22 x 20 min; 1 x 30 min; 12 x 40 min; 10 x 50 min; 5 x 60 min; po jednym 70, 80 i 90 min) – w sumie daje to 1540 min – możemy przyjąć 26 godzin;
      – granie – jakieś 25 godzin;
      – pisanie – patrząc po tym, co pisałam, przyjmijmy jakieś 16 godzin;
      = 159 godzin, czyli 6 i pół dnia.
      Zwiększmy to nawet do 7 dni na miesiąc. W skali roku daje mi to 84 dni. Nawet jeśli trafią się dłuższe książki, będę więcej grać, etc. – dojdziemy może do jakichś 100 dni w roku. Tak więc ‚jedynie’ nieco ponad kwartał. Zauważmy też, że ilościowo w styczniu pochłonęłam więcej niż 1/12 z każdej kategorii.
      Na razie pozostaję więc przy optymistycznej wersji: dam radę! Ale bardzo dziękuję, powodzenie zawsze się przyda. :)

      (A teraz się zastanawiam, co mi w życiu umyka, skoro jestem w stanie 1/4 swojego czasu przeznaczać na kulturę…).