MacGyver na Czerwonej Planecie — „Marsjanin”, Andy Weir

By | 11 stycznia 2015

„Marsjanin”, Andy WeirDo żadnych publikacji literackich nie podchodzę z równym sceptycyzmem, co do tych opublikowanych własnym sumptem przez autora. Choć różne są drogi do self publishingu, jak i różne powody podążania tą właśnie ścieżką, pierwsze skojarzenia nie napawają optymizmem ― jaka jest bowiem szansa, że wszyscy wydawcy jak jeden mąż nie poznali się na talencie debiutującego autora? Na całe szczęście dla czytelnika, wciąż zdarzają się historie o szczęśliwym zakończeniu ― takie jak przypadek Andy’ego Weira, który kosztującym 99 centów ebookiem najpierw przebojem zdobył Amazon, a dopiero później sprzedał prawa za sześciocyfrową kwotę jednej z amerykańskich oficyn. W tej chwili w produkcji jest już filmowa adaptacja, za kamerą której stoi Ridley Scott, a po planie przechadzają się Matt Damon, Jessica Chastain i Chiwetel Ejiofor. Zanim jednak w listopadzie wybierzemy się do kina na „Marsjanina”, przyjrzyjmy się jednej z najgłośniejszych powieści sf ostatnich lat.

Mark Watney, botanik i inżynier, jest jednym z członków trzeciej już załogowej misji na Marsa. Mająca potrwać dwa miesiące ekspedycja kończy się w dniu szóstym, kiedy w wyniku nadspodziewanie silnej burzy piaskowej baza astronautów ulega uszkodzeniu. Pozostałym udaje się ewakuować i odlecieć w kierunku Ziemi, tymczasem Mark, uznany za zmarłego, budzi się sam na obcej planecie, ranny, z niewielką ilością zapasów żywności, zdewastowanym Habem i brakiem łączności z Houston. A to dopiero początek ciągu pechowych zdarzeń i wcale nie najgorszy dzień, jaki czeka go na Czerwonej Planecie. Zdany tylko na siebie, na swoją pomysłowość i determinację, musi znaleźć sposób, by za pomocą bardzo ograniczonych środków zapewnić sobie jakiekolwiek szanse na przetrwanie kolejnych czterech lat, kiedy zgodnie z harmonogramem powinien przylecieć Ares 4.

Większą część książki stanowi pisany przez Marka dziennik, utrzymany w potocznym, nieformalnym stylu. Opisując kolejne dni, Watney często żartuje, czasem przeklina, nie stroni od kolokwializmów. Weir umiejętnie utrzymuje napięcie, gdy wymaga tego fabuła, potrafi też nie zanudzić czytelnika naukowymi aspektami, od których roi się w „Marsjaninie”, każąc swojemu protagoniście tłumaczyć wszelkie zawiłości, tak jakby przemawiał do laików. Autor, zadeklarowany fan „Doctora Who”, od lat interesuje się fizyką, astronomią i historią podróży kosmicznych ― i to widać w powieści od pierwszej strony. Co więcej, swoim geekowskim zapałem potrafi zarazić odbiorcę, także tego o wiele mniej biegłego w tajnikach nauki. Oczywiście, jak to zwykle w przypadku fikcji bywa, licentia poetica pozwala miejscami także na daleko idące uproszczenia niezbędne do podtrzymania dramaturgii, poczynając choćby od punktu wyjścia, czyli całkowitej utraty łączności na skutek zmiecenia jednej anteny przez burzę. Niekiedy boleją nad tym specjaliści, ale nawet oni zwykli w swych opiniach chwalić Weira za możliwe do przełknięcia techniczne ustępstwa.

Dużo mniej prawdopodobnie wypada w mojej laickiej ocenie warstwa psychologiczna. Trudno mi uwierzyć w nieskalany żadnymi wypadkami hart ducha Watneya i wieczne dowcipkowanie, utrzymujące się nawet w najbardziej tragicznych sytuacjach. Nie zrozumcie mnie źle ― nie chodzi o niedostatek filozoficznych przemówień w obliczu nieuchronnej śmierci czy o utrzymanie powieści w poważnym tonie od pierwszej do ostatniej strony; nie kupuję jednak niczym niezmąconego humoru, braku obaw czy przemyśleń „a co by było, gdyby…”. Brak psychologicznej głębi nie dotyczy tylko protagonisty. Również po sylwetkach pojawiających się w dalszej części książki pracowników NASA oraz pozostałych członków marsjańskiej wyprawy Weir prześlizguje się z wyraźnym brakiem pisarskiej wprawy. Postacie są schematyczne, wpisane w filmowe stereotypy, jak gdyby autor chciał od razu sprzedać gotowy scenariusz Michaelowi Bayowi.

Pod względem stylistycznym najsłabiej wypadają fragmenty pisane z perspektywy trzeciej osoby. Sporo w nich dialogów z nachalną ekspozycją, często prowadzonych w wyraźnie nienaturalny sposób. Także z narracją przetykającą wypowiedzi bohaterów autor miejscami wyraźnie sobie nie radzi. Na całe szczęście spoiwem książki pozostaje dziennik Watneya ― i choć ze swoimi prostymi zdaniami w żadnym momencie nie stanowi literackiej uczty, to potrafi trzymać czytelnika przy lekturze do białego rana. Mimo że „Marsjanin” bywa hollywoodzko przewidywalny, czytelnik wciąż jest ciekaw, jakim problemom tym razem będzie musiał stawić czoło Mark i czy faktycznie taśma klejąca jest jedną z najprzydatniejszych rzeczy, jakie można mieć ze sobą na innej planecie. Jeśli więc przymknie się oko na niedoskonałości, w kategorii bezpretensjonalnego, stricte rozrywkowego science fiction debiutancka powieść amerykańskiego pisarza wypada co najmniej przyzwoicie. Czy to faktycznie „Robinson Crusoe” na Marsie? Raczej połączenie „Apollo 13” i „Cast Away” ze swadą „MacGyvera”.

  • Tytuł: Marsjanin (The Martian)
  • Autor: Andy Weir
  • Wydawnictwo: Akurat
  • Rok wydania: 2014
  • Liczba stron: 384
  • ISBN: 978-83-7758-817-8

5 thoughts on “MacGyver na Czerwonej Planecie — „Marsjanin”, Andy Weir

  1. Megapodius

    Ja caly czas zastaniawialem się, czy przeczytać, ale jescze się nie zdecydowałem. Jesli jest to ksiązka ktora dobrze się czyta pomimo schematycznosći, to może w najbliższym czasie do niej zajrzę.

    Reply
  2. Agnieszka Hofmann

    Bardzo trafna opinia, pokrywająca się w dużym stopniu z moimi własnymi wrażeniami z lektury. Dobrze mi się to czytało, choć nie będę ściemniać, że w pełni zrozumiałam wszystkie techniczne dywagacje ;-) Miejscami mnie irytował ten amerykański hurraoptymizm, ale, szczerze – na tle większości wydawanych w tej chwili fantastycznych tytułów to znakomita rozrywkowa książka!…

    Reply
  3. www.bykaja.pl

    Ja uważam, że warto, bardzo ciekawa książka. Nie jest naszpikowana fikcją w czystej postaci.. Być może za 10 lat stanie się ona faktem (oby nie), ale podróże marsjańskie może będą dla nas dostępne.

    Reply
  4. Agnes K.

    Dzięki za naświetlenie historii książki, nie miałam pojęcia o tym, że autor sam się przebijał na rynek. Książka kusi, mimo tych słabszych stron, które wymieniłaś. Takiej porządnej, rozrywkowej s-f wcale nie jest tak dużo.

    Reply
  5. Mysza

    Mi jakoś ta schematyczność postaci nie przeszkadzała, a „optymizm” Marka uznawałam za swoistą „grę pod publikę” – jego dziennik to prawdopodobnie zapis wideo, który (przynajmniej w przekonaniu Marka) zostanie po jego śmierci obejrzany przez tysiące ludzi. Mógł na potrzeby wideo „edytować” swoje wypowiedzi, by nie smęcić i nie przygnębiać przyszłych widzów swoimi rozterkami i obawami.
    A co do porównań do Cast Away i Apollo, wystosuję swoje – „Marsjanin” nie jest może wybitną literaturą, ale jako dobre czytadło, które nie obraża inteligencji i momentami bawi jest świetne. Taki Dan Brown w kosmosie, tylko bez spiskowych teorii dziejów ;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *