Loading...
Filmy

Maniakalnie zły – „Maniac”

Tegoroczny cykl Najgorszych Filmów Świata oficjalnie się rozpoczął i choć był to mój pierwszy bezpośredni kontakt z tym wydarzeniem – wcześniej znanym mi jedynie z barwnych i zachęcających opowieści – to wiem już, że ujęło mnie całkowicie.

Oglądać mieliśmy Maź (vel Bloba – zabójcę z kosmosu), ale z przyczyn technicznych przesunięto ją na przyszły miesiąc, a wczoraj urzeczono nas pokazem Maniaka (vel Seks maniaka) – jak zapewniano, filmem równie złym, a dodatkowo niezwykle ciekawym przykładem exploitation movie.
Sam film stworzony został w roku 1934 przez Dwaina Espera, prawdziwie fatalnego reżysera, uważanego za jednego z najgorszych twórców w historii kina. Jak dowiedzieliśmy się z fantastycznie poprowadzonego przez pana Jacka Rokosza (wykładowcę Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi) wstępu, film tworzono przez 10 dni, a ekipa liczyła garstkę osób – krewnych i znajomych reżysera.
Jako że zadaniem kina tej klasy było jedynie zarabianie pieniędzy za wszelką cenę, uciekano się do kilku typowych wówczas – a niezwykle interesujących dziś – zabiegów: na przykład, by wydłużyć film, wklejano do niego fragmenty innych produkcji, nie przejmując się tym, iż fabularnie nie łączyły się one z sąsiadującymi scenami. Co więcej, jeśli obraz nie zarobił zbyt wiele – a skoro był fatalny, to nie dziwota, że nie zarobił – po kilku miesiącach wypuszczano go do kin ponownie, w formie niezmienionej, ograniczając się do wymyślenia nowego plakatu i tytułu (stąd te ‘vel’ i podwójne nazewnictwo).

Wracając do Maniaka – gatunkowo był to ponoć horror, zaś sam film w latach 30. budził oburzenie, uznano go za zawierający sceny pornograficzne i pokazywano jedynie widowni męskiej powyżej 21. roku życia. Nie pomogły starania Espera, by zaklasyfikować obraz jako edukacyjny, poprzez wplecenie w akcję plansz opisujących schorzenia psychiczne, dzięki którym wszyliśmy z seansu bogatsi o wiedzę o schizofrenii czy psychozie maniakalno-depresyjnej.
Oczywiście, dzisiejszego odbiorcę film jedynie bawi do rozpuku, bo trudno gorszyć się fragmentem nagiego kobiecego biustu albo przerazić się szalonego naukowca, śmiejącego się niczym typowy czarny charakter z kreskówek. Co warto zaznaczyć, dzięki zupełnie niezamierzonym pokładom absurdu i groteski wyzierającym z każdej sceny film śmieszy dużo bardziej niż większość współczesnych komedii (a może to po prostu ja za nimi nie przepadam?), zaś aktorzy swoimi minami i spojrzeniami zrobiliby dziś z pewnością wielką karierę jako artyści kabaretowi. Radosny rechot widowni rozbrzmiewał więc przez cały seans.

Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na grudniowy pokaz Mazi – i mam nadzieję, że tym razem uda się ją obejrzeć, gdyż to ponoć najbardziej beznadziejny film science-fiction z lat 50. No i różowa galareta z kosmosu zabijająca ludzi – to musi być cudowne!

Zastanawiam się też, czy za około 50-70 lat podobnie będzie odbierane przez potomnych współczesne kino? Czy produkowane dziś krwawe horrory, emanujące wszechobecną krwią i bazujące na masakrowaniu ludzkich ciał w celu szokowania i obrzydzania widza, za kilkadziesiąt lat również będą budzić jedynie uśmiech politowania, nie wywierając jednak na odbiorach żadnego wrażenia? Czy dokonania na niwie efektów specjalnych w filmach science-fiction wywołają jedynie gromki śmiech widowni, podobny do tego, jaki u nas wywołują wszelkie gumowe monstra z leciwych produkcji? I czy kogoś wówczas cokolwiek będzie jeszcze szokować? Przecież widzieliśmy już wszystko.

Ale wszelkie spekulacje pewnie i tak się nie sprawdzą. W końcu Dwain Esper raczej nie podejrzewał, że 70 lat później premiera jego filmu zgromadzi tak liczną i tak zróżnicowaną widownię, jak wczoraj, w dodatku jakże żywo reagującą na to dzieło, a wreszcie – nagradzającą obraz oklaskami. Nie podejrzewał, czyż nie?

  • Tytuł: Maniac / Sex Maniac
  • Reżyseria: Dwain Esper
  • Scenariusz: Hildegarde Stadie
  • W rolach głównych: Horace B. Carpenter, Bill Woods, Thea Ramsey
  • Rok produkcji: 1934
  • Czas trwania: 51 min.
  • Pol

    Oglądanie filmów to strata czasu. Znasz ten pogląd. Ale oglądanie wyjątkowo marnych filmów to już nie wiem jak nazwać :P

    A za PS dziękuję, miło ^^

  • Oceansoul

    Oglądanie filmów niewiele różni się dla mnie od grania w gry, podobna ‘strata’ czasu ^^. A marne filmy… coś jak Neverend? :D Chyba przyznasz, że był zabawny? ^^

  • Pol

    Grałaś w końcu? ^^ Był zabawny przez 5 minut, a filmu raczej po pięciu minutach nie wyłączasz :P

    A co różni gry i filmy? Gry są w jakimś tam stopniu interaktywne i masz wpływ na to, co się dzieje. A film to tylko bierne oglądanie. To tak, jakbyś usiadła obok kogoś, kto gra i gapiła się w monitor, średnia zabawa :P

  • Rey

    Z interaktywnością gier bym się nie zgodził. Przygodówki mają rzesze fanów, a to w zasadzie film, w którym musisz klikać co kilka sekund losowy przycisk na pilocie.

    Ale ogólnie się zgadzam. Co do kina – mam w nim większe zaległości niż w cRPG i kilku innych rzeczach. Za 5 lat może nadrobię, ale wtedy te „klasyki” mogą być ww. tandetą, rozbawiającą do łez.

  • Pol

    To jeszcze raz proponuję przeczytanie mojego komentarza. A wyboru przygodówek mogę tylko pogratulować.

  • Oceansoul

    Ja tam lubię przygodówki. Co prawda są to gry na jeden raz, bo potem zna się już całą fabułę, no i jest tylko jedna droga postępowania, ale taki Longest Journey, Dreamfall czy Syberia to naprawdę pierwsza klasa, jeśli ogólnie o gry chodzi. Ale to trochę inny temat ^^.

  • Rubenos

    W sumie doczekaliśmy się już jednego „klasyka”. Parafrazując Mickiewicza: A imię jego… Boll!

    PS. Fajny blog. :)

  • Oceansoul

    Dziękuję, miło mi ^^. A co do Bolla, to przyznaję, że znam tylko ze słyszenia, bo żadnego jego ‘dzieła’ nie miałam okazji widzieć póki co.
    PS. Przypominam o District 9, bo niedługo to go grać przestaną, jak się tak wszyscy jak te sójki za morze zbierać będziemy :D.