The Winner Takes It All ― „Mamma Mia!” w Teatrze Muzycznym Roma

By | 30 czerwca 2015

Zacznijmy od kilku szczerych wyznań. Uwielbiam musicale, ale nigdy nie byłam fanką „Mamma Mia!”. Nie słucham Abby, choć nie przeszkadza mi to znać wszystkie największe przeboje grupy — bo któż ich nie zna! Nie lubię ekranizacji z Meryl Streep w roli głównej i uważam ją za jedną z najsłabszych filmowych realizacji dowolnego scenicznego tytułu. Od kilku lat nie opuszczam jednak nowych przedstawień w Teatrze Muzycznym Roma — i tym sposobem obowiązkowo musiałam zaliczyć także „Mamma Mia!”. Całe szczęście, że to zrobiłam. Wyszłam zachwycona.

mammamia1

Mój problem z tym konkretnym musicalem, a jednocześnie jego ekranizacją, zasadzał się w głównej mierze na fabularnych absurdach, przekraczających w mojej ocenie normy dopuszczalne dla gatunku. Mówiąc w skrócie: niezwykle durna to historia, w której dwudziestoletnia Sophie zaprasza na ślub trzech mężczyzn ― swoich potencjalnych ojców. Oni zaś jadą, przekonani, że zaproszenia pochodzą od matki panny młodej, Donny, z którą dwie dekady temu każdego z nich łączył krótki romans. Oczywiście wszyscy przed wszystkimi mają tu tajemnice, choć trudno powiedzieć, dlaczego. Jednocześnie, co jeszcze gorsze, bohaterowie wykazują zdolności logicznego rozumowania na poziomie pierwotniaka, w związku z czym nie potrafią wpaść na to, co mają przed nosem, lub zajmuje im to nienaturalnie dużo czasu. Rzecz jasna zdaję sobie sprawę, że zarówno wymagające silnego zawieszenia niewiary scenariusze, jak i nie najbystrzejsze zachowania bohaterów, to często musicalowy standard, do którego przywykł już dawno każdy miłośnik gatunku. W przypadku „Mamma Mia!” daje się to jednak we znaki mocniej niż zazwyczaj. Dodajmy do tego odpowiednio przesadzoną grę aktorów, zmuszonych nadmiernie się dziwić, cieszyć i smucić. To, co zupełnie nie sprawdziło się na wielkim ekranie, wypada jednak zupełnie inaczej na deskach teatru.

Może się ze mną nie zgodzicie, ale pewna maniera czy przesada w grze aktorskiej, niektóre wyjątkowo ekspresyjne zachowania postaci, wreszcie sama konstrukcja bohaterów czy fabuły, luki logiczne, grubymi nićmi szyte uproszczenia ― te wszystkie elementy, niestrawne na szklanym ekranie, zupełnie inne wrażenie robią wtedy, gdy ogląda się je na scenie, siedząc raptem kilka metrów od aktorów i w pewien sposób wchodząc z nimi w interakcje. Od pierwszych scen bohaterowie mówią „do widza”, a publika żywo reaguje na wydarzenia, których jest świadkiem, choćby poprzez zbiorowe salwy śmiechu czy oklaski. To właśnie atmosfera teatru i specyfika wydarzenia scenicznego sprawiają, że tak bardzo różni się mój odbiór „Mamma Mia!” made in Hollywood od „Mamma Mia!” made in Roma.

mammamia2

To, co działa na korzyść wystawienia Romy, to nie tylko sam fakt, że oto mamy deski teatru, muzykę na żywo i aktorów na wyciągnięcie ręki. Niemniej ważna jest jakość samej inscenizacji. Odkąd mam przyjemność bywać w Teatrze Muzycznym Roma ― a robię to niestety dopiero od kilku lat, od czasów „Upiora w operze” ― za każdym razem na nowo zachwycam się dbałością o szczegóły, technicznym przygotowaniem, dopracowaną do perfekcji choreografią i, rzecz jasna, popisami aktorsko-wokalnymi. Tym, czym stałych bywalców na dzień dobry zaskakuje wystawienie „Mamma Mia!”, jest zmodernizowana scena, która przez wiele miesięcy poprzedzających lutową premierę musicalu przechodziła prace remontowe. Pozwoliło to pokazać widzom coś zupełnie nowego, czego jeszcze w żadnym teatrze nie widziałam ― dekorację cyfrową, tworzoną za pomocą ogromnych ekranów, rozsuwających się i zsuwających, gdy tego potrzeba. Uzyskane w ten sposób tło pozwoliło na wygenerowanie głębi i optyczne poszerzenie sceny, rewelacyjnie wykorzystane w kilku fragmentach przedstawienia. Do tego oczywiście wciąż mamy klasyczną, namacalną dekorację, na którą przez większość czasu składa się wyobrażenie na temat typowej zabudowy greckiej wysepki. Skromne, ale w zupełności wystarczające.

Zatrzymajmy się może jednak przy tym, co w musicalu najważniejsze ― jak oni śpiewają! Show kradnie przede wszystkim Anna Sroka-Hryń jako Donna. Na podstawie krótkich próbek dostępnych w internecie bez wahania stwierdzam, że to właśnie jej wcielenie bohaterki jest tym, które najbardziej mi odpowiada, a wykonanie „The Winner Takes It All” to w mojej opinii najlepszy numer wieczoru (na drugim miejscu umieściłabym zaś żywiołowe „Money, Money, Money”, śpiewane wraz z resztą obsady). Na scenie nie zabrakło rzecz jasna aktorów znanych z wcześniejszych spektakli Romy, jest więc jak zawsze świetny Jan Bzdawka jako Harry Bright (wcześniej m.in w „Les Miserables”, „Upiorze w operze”, „Tańcu wampirów”) czy Dariusz Kordek jako Sam Carmichael (w poprzednim sezonie Don Lockwood w „Deszczowej piosence”). Jeśli mam jakiś żal do twórców spektaklu, to tylko taki całkowicie absurdalny i wyjęty z kapelusza —mianowicie, jako że w każdą z ważniejszych ról wcielają się naprzemiennie dwie czy trzy osoby, to idąc na jedno przedstawienie, nie zobaczy się nigdy wszystkich, których zobaczyć by się chciało. I tak przepadła mi okazja, aby usłyszeć Janusza Krucińskiego czy Ewę Lachowicz. Najlepiej byłoby więc wybrać się na spektakl jeszcze raz!

mammamia3

Jeśli czegoś obawiałam się przed wizytą w teatrze, to tylko jednego aspektu ― tłumaczenia tekstów. W przypadku tak znanych utworów, jak piosenki Abby, było to podwójnie ryzykowne, w końcu wszyscy kojarzymy te słowa, więc wszelkie zaburzenia melodyjności frazy byłyby od razu wychwytywane nawet przez widzów nieoglądających i niesłuchających nagrań z West Endu czy Broadwayu. Tłumacz, Daniel Wyszogrodzki, od lat przekładający libretta spektakli w Romie, poradził sobie jednak bardzo dobrze, tekstów słucha się z przyjemnością, pasują zarówno do muzyki, jak i do fabuły. Jeśli cokolwiek mi zgrzytało, to jedynie zostawiane z rzadka słowa angielskie, które tworzyły przedziwne zlepki z wersami polskimi, jak choćby „ty jesteś dancing queen”. Na całe szczęście, tego typu sytuacje miały miejsce bardzo rzadko.

Jak niedawno można było przeczytać w prasie, „Mamma Mia!” świętowało już jubileusz setnego wystawienia w Romie. Mimo to nie milkną napływające zewsząd ciepłe opinie, a bilety wciąż wyprzedają się na pniu; teraz, choć mamy koniec czerwca, macie szansę kupić dobre miejsca na przedstawienia grudniowe. Do czego gorąco zachęcam, jeśli choć trochę lubicie musicale; na jeden spektakl raz na dwa czy trzy lata naprawdę warto się wybrać, nawet gdy wymaga to planowania z półrocznym wyprzedzeniem (ale powoli zaczyna to być standardem i koniecznością w coraz to większej liczbie teatrów). Ja tymczasem szykuję się do wizyt w innych teatrach muzycznych w Polsce ― już w listopadzie „Jekyll & Hyde” w Poznaniu! Oczekujcie relacji!

mammamia4
Wykorzystane zdjęcia promocyjne pochodzą ze strony: http://teatrroma.pl/

  • Agata

    Uwielbiam musicale i Romę, do filmu Mamma mia też żywię ciepłe uczucia. Nie znoszę jednak planowania na kilka miesięcy wstecz i dlatego nie kupiłam jeszcze biletów…ale chyba już czas :)