Literackie podsumowanie 2014

By | 31 grudnia 2014

Podsumowania! Jeśli jest jakikolwiek powód, który sprawia, że cieszę się z końca roku (a generalnie się nie cieszę ― wiecie, czas ucieka, lata lecą, no z czego tu się cieszyć), to są to właśnie podsumowania! Mogę spędzić jeszcze więcej czasu niż zwykle na analizowaniu liczb, wykresów i tabelek, tworzeniu spisów, snuciu planów, wyłanianiu najlepszych, najsłabszych i innych naj, a potem mogę oczywiście przelać to na papier, choćby ku własnej uciesze. (Choć oczywiście mam nadzieję, że i Wy lubicie podsumowania i spędzicie kilka miłych chwil razem z moim). Nie bez powodu zresztą podsumowania roku mają na tym blogu swój własny tag ― bym mogła łatwo do nich wrócić. Dziś prezentuję część pierwszą ― czyli książki.

LITERACKIE PODSUMOWANIE ROKU 2014

1. Rozliczenie z planów poczynionych na koniec roku 2013.

W zeszłorocznym podsumowaniu literackim wspomniałam o tym, iż w roku kolejnym chciałabym przede wszystkim mniej recenzować. Plan powiódł się w stu procentach ― recenzji książek powstało bardzo mało, ja zaś odpoczęłam nieco od czytania pod dyktando i na czas, a także utwierdziłam się w tym, iż bardziej pasują mi inne formy wyrazu. Rok temu chciałam także poznawać więcej pozycji niebędących nowościami wydawniczymi. W tym przypadku sukces raczej umiarkowany; siedemnaście moich lektur wydano w 2014 roku, a wiele innych niewiele wcześniej; niecałą jedną trzecią tytułów mogę uznać za nie-nowości. Kolejnym pobożnym życzeniem było ograniczenie zakupów. Czy muszę dodawać, że raczej nie w pełni sprostałam zadaniu? I wreszcie dziesięć tytułów wybranych do przeczytania w ciągu dobiegającego właśnie końca roku ― przeczytałam z nich cztery. Chyba jednak muszę inaczej podejść do wyznaczania sobie celów w tym roku…

2. Garść statystyk.

Przeczytałam 71 tytułów, czyli o 14 mniej niż rok temu. Ogółem to dość słaby wynik ― w ciągu ostatnich lat, odkąd prowadzę dokładne spisy, gorzej wypadł jedynie rok 2010, a wtedy zaczęłam czytać książki dopiero w lipcu. Ale nie powinnam być dla siebie zbyt surowa ― to wciąż niezły wynik i wyrobienie normy bodaj 71 statystycznych Polaków. Średnio daje to niecałe sześć książek na miesiąc.

2014ksiazki1

Rozkład miesięczny prezentuje się bardziej regularnie niż w roku ubiegłym. Rekordowy okazał się kwiecień z dziesięcioma lekturami, niezły był też wrzesień z ośmioma. Najsłabiej wypadł styczeń ― początek roku to raptem trzy przeczytane książki. To pewnie dlatego, że w styczniu i lutym przede wszystkim oddawałam się oglądaniu filmów z sezonu oscarowego (i tak będzie pewnie i w tym roku). Także w czerwcu i lipcu nie mam się czym pochwalić; w tym przypadku winny jest sport, ponieważ gdy tylko robi się ciepło, porzucam domowe zacisze, by biegać, pływać i ćwiczyć. Myślę, że to akurat całkiem dobra wymówka.

2014ksiazki2

W tym roku postanowiłam także przyjrzeć się formie wydania czytanych pozycji ― i sprawdzić, jak wygląda w moim przypadku stosunek książek i komiksów papierowych do ebooków czy audiobooków. Najmniej mamy tych ostatnich ― dwie sztuki, czyli niecałe 3%. Zmiany tego wyniku raczej nie przewiduję, ponieważ przy moim obecnym trybie życia i czytania raczej nie ma na nie miejsca. Zupełnie inaczej wygląda sprawa ebooków, które stanowiły 35% moich tegorocznych lektur. Możliwe, że ten odsetek będzie wzrastał, ponieważ najwięcej czasu na czytanie mam ostatnio w autobusach i tramwajach. Z kolei w domu łatwiej mi usiąść do filmu czy serialu.

Cóż znalazło się wśród przeczytanych lektur? Pełen ich spis wraz z linkami do recenzji znajdziecie tutaj. Podobnie jak w zeszłym roku, przyjęłam nieco dziwny podział rodzajowy ― i podobnie jak w zeszłym roku, największy udział przypadł fantastyce. Warta odnotowania jest zwiększona przyswajalność komiksów (gdyby ktoś pytał ― zliczam całe tomy, nie pojedyncze zeszyty). Mam nadzieję, że utrzymam ten poziom także w kolejnych latach, gdyż coraz mocniej wciągam się w świat powieści graficznych. Kosztem fantastyki chciałabym zwiększyć za to liczbę czytanych powieści współczesnych i klasycznych oraz literatury non-fiction.

2014ksiazki3

Przyjrzałam się także pochodzeniu autorów przeze mnie czytanych. Zaskoczenia nie było ― prowadzą Stany Zjednoczone. Cieszy spora liczba polskich tytułów (wśród nich i fantastyka, i klasyka), mamy też kilku Brytyjczyków. Martwi szalenie niski odsetek literatury nieanglojęzycznej. W 2014 przeczytałam po jednej powieści niemieckiej, austriackiej, belgijskiej, irlandzkiej, rosyjskiej i hiszpańskiej, a do tego kilka komiksów francuskojęzycznych (w tym jeden autora pochodzenia serbskiego). Na listę planów na 2015 muszę wpisać popracowanie nad tymi proporcjami.

2014ksiazki4

Nim przejdziemy do omawiania konkretnych tytułów, spójrzmy też ogólnie na jakość tegorocznych lektur. Średnia ocena w skali dziesięciostopniowej wyniosła 7,06, a mediana ― 7. Z doboru jestem więc całkiem kontent. Żadna książka nie otrzymała najwyższych laurów, ale już na solidną dziewiątkę zasłużyło dziewięć pozycji. Nie trafiłam na szczęście na zbyt wiele słabych książek: nie postawiłam żadnej pały ani dwói, a na trójczynę załapał się tylko jeden tytuł.

Pora na ostatnie dane liczbowe. Zakupy. Rozbiłam swoje katalogowanie na książki i komiksy, gdyż tych ostatnich zaczęło w 2014 lawinowo przybywać. W roku 2014 do mojej biblioteczki doszło 95 książek i 36 komiksów. Pozycji zakupionych cyfrowo nie wliczam. Wyników zaś nie komentuję, przecież o moim zakupoholizmie dobrze wiecie już od dawna. Chociaż nie, właściwie to powinnam być z siebie dumna ― w końcu rok temu do moich zbiorów dołączyło 308 (!) pozycji, tak więc poczyniłam mimo wszystko zauważalne postępy. Prawda? Prawda?

2014ksiazki5

3. Naj, naj, naj.

Ci z Was, którzy nie lubią matematyki, mogą już otworzyć oczy ― więcej wykresów i procentów w tym wpisie nie będzie. Pora na kilka zestawień i wyliczanek! Zdecydowałam się na trzy, utrzymane w duchu cyklu TOP 5: największe zaskoczenia, największe rozczarowania oraz najlepsze z najlepszych. Kolejność poszczególnych pozycji alfabetyczna.

TOP 5: Największe zaskoczenia

2014ksiazki6

„1000 lat wkurzania Francuzów”, Stephen Clarke

Są takie książki, w przypadku których wystarczy spojrzeć na tytuł, opis i okładkę, by poczuć chęć natychmiastowego ich kupienia i przeczytania. Tak też było z tym tytułem. Pamiętacie może z młodych lat serię „Strrraszna historia”? „1000 lat wkurzania Francuzów” to oczywiście pozycja pisana dla starszego czytelnika, ale z wyczuwalnym duchem wspomnianego cyklu, opowiadająca o wydarzeniach minionych czasów ze swadą, lekkością i humorem. Książkę Stephana Clarke’a pożerałam łapczywie, ciesząc się z każdej strony opisującej arcyciekawe ― i jakże napięte ― stosunki Anglików i Francuzów. Polecam nie tylko maniakalnym fanom historii.

„Jedwabnik”, Robert Galbraith

Nie jestem koneserką kryminałów. Widać zresztą ze statystyk, że sięgam po nie rzadko. Swego czasu zaczytywałam się co prawda w powieściach Agathy Christie, ale to jeden z nielicznych typów kryminałów, jaki faktycznie lubię. Tym większe zaskoczenie przeżyłam w tym roku, sięgając po powieści J.K. Rowling wydane pod pseudonimem. „Wołanie kukułki” było bardzo sympatyczne, ale to „Jedwabnik” podbił moje serce osadzeniem fabuły w światku literackim i zapadł w pamięć jedną z najbardziej obrazowych scen morderstwa. Nie mogę się też oprzeć wrażeniu, że Rowling pisze z książki na książkę coraz lepiej. Czekam z utęsknieniem na kolejny tom przygód Cormorana Strike’a.

„Niezwykła historia Marvel Comics”, Sean Howe

Większość recenzji, które czytałam przed zakupem tej pozycji, podkreślała, że nie jest to tytuł dla laików. Śmiem się jednak nie zgodzić. A może to tylko ja jestem tym dziwnym wyjątkiem, który z prawdziwą pasją i zainteresowaniem siedział z nosem w książce, ciesząc się z poznawania kolejnych nazwisk i faktów? Dodam też, że nic nie zachęciło mnie do lektury komiksów Marvela równie mocno, co książka Howe’a. Kiedyś, gdy będę już lepiej zaznajomiona z materiałem właściwym, z całą pewnością wrócę do „Niezwykłej historii…”.

„Wśród obcych”, Jo Walton

Może wydać się podejrzane, że właśnie ta pozycja znajduje się na liście zaskoczeń. W końcu „Wśród obcych” zgarnęło jedne z najważniejszych wyróżnień przyznawanych literaturze fantastycznej ― Nebulę, Hugo i British Fantasy Award, a także nominację do World Fantasy Award. Patrząc przez pryzmat mojej wrażliwości, powieść zajmuje w moim sercu tę samą przegródkę, co filmowy „Big Fish” czy Gaimanowski „Gwiezdny pył” ― jest ciepła, choć niepozbawiona momentów gorzkich. Podnosząca na duchu, ale nie cukierkowa. Inne zalety? Na wskroś brytyjska, poświęcona literaturze, w szczególności tej fantastycznej, i jej roli w życiu czytelnika. Czytajcie w ciemno.

„Ziemia obiecana”, Władysław Reymont

Och, jaka to rewelacyjna i wciągająca powieść! Do mnie przemawiająca o wiele silniej niż „Chłopi”, których również doceniam, ale jedynie rozumem. Tymczasem „Ziemię obiecaną” odbieram także emocjami, i to nie tylko z uwagi na umiejscowienie akcji w Łodzi. Niejednoznaczni bohaterowie, zwroty akcji, przeplatające się wątki, gorzkie wnioski i przygnębiająca, życiowa mądrość, która pozostaje dziś równie aktualna, co przeszło sto lat temu. Nawet jeśli nigdy nie lubiliście autorów kojarzonych z lekcjami języka polskiego w szkole, Reymontowi zdecydowanie warto dać szansę.

TOP 5: Największe rozczarowania

2014ksiazki7

„Dzieci Umysłu”, Orson Scott Card

Rozczarowanie ogromne, które doprowadziło do porzucenia lektury przed końcem. A że należę do osób porzucających średnio mniej niż jedną książkę rocznie ― tak, musiało być aż tak źle. Co jest o tyle smutne, że bardzo lubię pierwszą i drugą część cyklu o Enderze. Niestety, wraz z kolejnymi tomami bohaterowie stali się parodiami samych siebie, a autor tak dalece odszedł od tego, co było dobre w jego wcześniejszych książkach, by dać się porwać ideologicznym głupstwom, że „Dziećmi Umysłu” można już tylko napalić w kominku.

„Jeden dzień z panem Julesem”, Diane Broeckhoven

Miało być emocjonalnie i przejmująco, wyszło raczej pretensjonalnie i banalnie. Króciutka opowieść o kobiecie, której mąż niespodziewanie umiera, a ona nie jest gotowa pozwolić mu odejść, miała w założeniu chwytać za serce. Myślę, że dość łatwo mnie wzruszyć i złapać nawet na ograne chwyty, ale przy tej lekturze nie odczułam niczego poza znudzeniem i irytacją. Jedyne pocieszenie? Książkę dodawano do biletu wstępu na jedne z targów książki. Jeśli miała zachęcać do częstszego czytania… chyba nie był to jednak najlepszy wybór.

„Metro 2033”, Dmitry Glukhovsky

Nie ukrywam, że po tylu zachwytach innych czytelników spodziewałam się co najmniej przyzwoitej lektury. Tymczasem dostałam twór przypominający swoją jakością książki pisane na podstawie gier komputerowych, w których ktoś po kolei spisuje, którędy idzie bohater i z kim rozmawia. Nie znalazłam w powieści także żadnej oryginalnej, nowatorskiej myśli, będącej w stanie zatrzymać mnie przy sobie na dłużej. Klimat? Może byłby zaletą, gdyby nie okropny styl autora (ponownie przywodzący na myśl książki z Zapomnianych Krain czy podobny szrot). Dalszych części nie tykam.

„Neuromancer”, William Gibson

Gibson. Cyberpunk. Klasyka. Przez chwilę zdążyłam ubzdurać sobie, że może ja po prostu nie lubię cyberpunku? Potem jednak zagrywałam się w Deus Ex: Human Revolution, więc to jednak nie to. To problem z samym Gibsonem, który pisze w sposób wyjątkowo dla mnie niestrawny. Staram się doceniać to, co uczynił dla literatury czy fantastyki, chylę czoła przed pomysłami i wizjonerstwem. Ale czytać nie mogę, po prostu nie mogę. Jeśli kiedykolwiek dam Gibsonowi drugą szansę, to tylko z uwagi na Wydawnictwo MAG i zapowiadaną serię Artefakty, w której ma się pojawić cała Trylogia Ciągu.

„Niewidzialna korona”, Elżbieta Cherezińska

Nie wiem, czy nie największe zaskoczenie w tym zestawieniu. Przecież pierwsza część, „Korona śniegu i krwi”, otrzymała ode mnie bardzo pozytywną recenzję. Drugi tom kupiłam zaraz po premierze… i od razu po lekturze sprzedałam wraz z jego poprzednikiem. Główna wada? Wtórność, ale to wtórność do sześcianu. Przy każdym rozdziale miałam ochotę walić się grubym woluminem w głowę i krzyczeć: „Przecież ja już to czytałam!”. Może autorka nie miała weny, może to zabieg celowy ― mniejsza z tym. Druga odsłona cyklu o Piastach to kropka w kropkę jeszcze raz te same zagrania stylistyczne i fabularne, ciągnące się przez kolejne osiemset stron. Historię na szczęście znam, wiem, jak cała sprawa się rozwija i kończy, dzięki czemu dalsze pozycje w serii bez żalu mogę odpuścić.

TOP 5: Najlepsze z najlepszych

2014ksiazki8

„451° Fahrenheita”, Ray Bradbury

Klasyka nad klasykami i jedna z najlepszych dystopii, w dodatku podkreślająca siłę i znaczenie literatury. Jeśli podobali się Wam Orwell i Huxley, pokochacie też Bradbury’ego. Tego właśnie oczekuję od dystopii ― uderzenia w czułą nutę, skierowania mnie na drogę pesymistycznych przemyśleń. Wraz z kolejnymi lekturami utwierdzam się także w tym, że spośród licznych podgatunków fantastyki najbliższa moim upodobaniom jest zdecydowanie fantastyka socjologiczna, zwłaszcza ta przygnębiająco prawdziwa.

„Kwiaty dla Algernona”, Daniel Keyes

Językowy majstersztyk i emocjonalna bomba. Pamiętnik poddanego ryzykownemu eksperymentowi Charliego Gordona, który doświadcza stopniowego wzrostu inteligencji, a następnie jej spadku. Niewiele równie przejmujących historii znalazłam w tym roku na kartach literatury. Prawdziwym skandalem jest brak wznowień powieści, która w Stanach Zjednoczonych doczekała się ponad stu wydań, a u nas raptem jednego, w 1996 roku, jest więc właściwie nie do dostania poza bibliotekami czy horrendalnie drogim rynkiem wtórnym. Jeśli jednak macie możliwość, by się z nią zapoznać ― koniecznie to zróbcie.

„Solaris”, Stanisław Lem

Przyznam się Wam do czegoś. Czasami, jeśli zbyt często ktoś mi coś poleca, odwlekam lekturę, zamiast ją przyspieszyć. Za duża presja? Wewnętrzna przekora? Może jedno i drugie. W przypadku „Solaris” szczerze jednak żałuję, że spotkaliśmy się tak późno. To powieść kompletna, powieść o wszystkim. Kołacząca się w głowie długo po zakończeniu lektury. Książka, do której z pewnością jeszcze wrócę. Książka, która tak naprawdę nie potrzebuje żadnych dodatkowych rekomendacji.

„Tonąca dziewczyna”, Caitlin R. Kiernan

Ten rok nie był pomyślny dla serii Uczta Wyobraźni ― przeczytałam z niej raptem tylko tę jedną pozycję. Ale za to jak ją czytałam! Z kolorowym notatnikiem w ręce, dzięki czemu wyklejony moimi przemyśleniami brzeg książki wygląda niczym tęcza. To wspaniała, wciągająca lektura ― pamiętnik cierpiącej na schizofrenię Imp, w głowie której istnieją dwie różne wersje tej samej opowieści. Elementy fantastyki już dawno nie wydawały mi się tak bliskie i prawdziwe, jak w tej właśnie powieści. Powieści, która, choć nie jest horrorem, równie przeraża co zachwyca ― niewiele jest bowiem równie przerażających dla mnie rzeczy, co niezbadany ludzki umysł.

„Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, David Mitchell

Jedna z pierwszych książek, jakie przeczytałam w tym roku. I jedna z najlepszych. Żadne zaskoczenie jednak, to w końcu David Mitchell, który na stałe trafił już na listę moich ulubionych pisarzy. Historia holenderskiego kancelisty żyjącego przez lata na XIX-wiecznej japońskiej wyspie zupełnie odizolowanej od reszty świata to jednocześnie opowieść o zderzeniu kultury Wschodu i Zachodu, o porozumieniu i zrozumieniu. Nie mogę się doczekać lektury kolejnej powieści Brytyjczyka; wznowienie „Widmopisu” to jedna z moich lektur obowiązkowych w przyszłym roku.

***

Uff. Książki mamy za sobą. To był z pewnością ciekawy rok, obfity w tytuły warte zapamiętania na dłużej. Jeśli chodzi o plany na rok przyszły, muszę potrzymać Was jeszcze przez moment w niepewności. Ten wpis i tak ma już długość czterech przeciętnych notek. ;) Widzimy się za to niebawem na podsumowaniu filmowym! Jeśli zaś czytacie te słowa jeszcze dziś, ostatniego dnia 2014 roku, to przyjmijcie ode mnie życzenia pomyślności i spełnionych marzeń, nie tylko tych kulturalnych, w roku 2015! :)

15 thoughts on “Literackie podsumowanie 2014

  1. Moreni

    Hm, wszyscy chwalą Mitchella, chyba powinnam się za niego wziąć.

    Też uwielbiam podsumowania – pisać i czytać. I chyba ukradnę Ci pomysł z wykresami. Zwykle ich nie robię, ale fajnie wyglądają.:)

    Reply
    1. Oceansoul

      Mitchella oczywiście polecam gorąco, w szczególności „Atlas chmur”.
      A wykresy rób śmiało – sporo dłubaniny, ale zarazem mnóstwo zabawy. No, przynajmniej ja się zawsze dobrze bawię, a i wnioski można sobie jakieś wyciągnąć. :)

    2. Moreni

      Z „Atlasem” to czekam na ładne wydanie, żeby sobie nabyć. To filmowe jest ohydne a na UW się nie załapałam. Więc chyba zacznę od „Tysiąca jesieni”.:)

    3. Oceansoul

      Jak ładne wydanie, to „Widmopis” – jest śliczny i w twardej oprawie. :) Liczę na to, że „Tysiąc jesieni…” też kiedyś wyjdzie na twardo i sobie wymienię, bo to dość gruba książka i w miękkiej oprawie jakoś tak średnio mi się podoba. „Atlas…” mogliby jakoś tak wypaśniej wydać, jak ostatnio Wattsa. Chociaż może nie, bo znów mnie będzie kusiło, by sobie zdublować. :D

  2. Agata

    Ależ się napracowałaś z tymi tabelkami! Uwielbiam czytać i robić podsumowania, właściwie połowę grudnia i kawałek tycznia podsumowuję wszystko co się da. Gratuluję ograniczania zakupów książkowych – spadek o 1/3 to całkiem nieźle :D Czytałam „Wołanie kukułki” i bardzo mi się podobało, „Jedwabnika” mam, na razie trochę zniechęciła mnie koleżanka, która strasznie się wymęczyła i wynudziła. Walton chcę przeczytać od dawna, a do listy zakupów dołączyłam „1000 lat wkurzania Francuzów”. Jeśli chodzi o Orsona Scotta Carda to zostałam przy „Grze Endera” bo inne książki z cyklu są dla mnie niestrawne. Może Cię zdziwię, ale „Niewidzialna korona” bardzo mi się podobała…

    Reply
    1. Oceansoul

      Szkoda, że rok kończy się tylko raz w roku. :D Chociaż chodzi mi po głowie pomysł na mini-podsumowania kwartalne, nie tylko z uwagi na tabelki, co na moją sklerotyczną pamięć. ;)
      No właśnie w przypadku „… Korony” to bardziej sama siebie zadziwiam – w końcu pierwsza część mi się podobała, a druga to właściwie te same elementy składowe. Nie mam pojęcia, co między nami nie zagrało.

    2. Agata

      Chętnie przeczytam i kwartalne podsumowanie :D
      Mi ten schemat ponownie się podobał, zobaczymy, jak będzie z kolejną częścią.
      Czekam na następną część podsumowania :D

  3. Agnieszka Hofmann

    Chylę czoła przed profesjonalnym opracowaniem – to się nazywa analiza! ;-) Patrząc na te statystyki poczułam ukłucie, przypominające mi, że chciałam czytać więcej komiksów (czy tam powieści graficznych, jak zwał, tak zwał), kilka naprawdę mocno polecanych czeka na półce od jakiegoś czasu…
    Twoja piątka najlepszych wygląda nieźle – „Kwiaty dla Algernona” polecało w tym roku mnóstwo osób, ciekawe, dlaczego właśnie teraz, po tylu latach. Odkopałam tę książkę ze starej kolekcji Nowej Fantastyki i wezmę się za nią, bo intryguje mnie coraz bardziej. Bradbury i Lem – wiadomo, klasyka, i to w najlepszym gatunku. „Tonącą dziewczynę” mam w planach, zaś Mitchella zaczęłam i… nie zaiskrzyło. Przerwałam lekturę z zamiarem powrotu do niej po jakimś czasie, może po prostu nie wpadłam w odpowiednią fazę. Niedawno czytałam „Widmopis” i podobał mi się, ale odniosłam wrażeniem, że to kompletnie inna bajka niż „Tysiąc jesieni”…
    Z rozczarowań dopisuję się do „Metra”. Słuchałam audiobooka, do sprzątania było akurat, ale jakoś mnie nie porwało…
    Trylogię Gibsona mam po niemiecku, ale tę nową z MAGa sobie kupię. I przeczytam, jeśli się da ;-)
    Wspaniałych lektur i samej pomyślności w Nowym Roku życzę!

    Reply
    1. Oceansoul

      Jakby nie patrzeć, od marca pracuję jako analityk i siedzę cały dzień z otwartym Excelem – to z pewnością pogłębiło manię bawienia się wykresami i tabelkami. :D

      W przypadku „Kwiatów…” – od paru lat chciałam je przeczytać, znałam też wcześniej opowiadanie, na podstawie którego powstała powieść. Ale dość długi czas zajęło mi znalezienie kogoś, kto ma książkę i mi pożyczy. Na szczęście wreszcie się udało.

      „Metro” też poznawałam jako audiobook, czytany akurat przez mojego najulubieńszego lektora, Rocha Siemianowskiego. W formie papierowej pewnie poddałabym się po kilkudziesięciu stronach, a tak zatrzymał mnie przy książce głos.

      Dziękuję serdecznie, i wzajemnie :)

  4. Joly_fh

    Imponujące podsumowanie. Po raz kolejny w najlepszych pojawia się Tysiąc jesieni, więc pora, bym się zabrała za tę książkę…

    Reply
  5. m_giffin

    Dzięki za przypomnienie o „1000 lat wkurzania Francuzów” – tak bardzo chciałam przeczytać tę książkę, ale wyleciała mi z głowy – będzie co nadrabiać w 2015tym ;))

    Reply
    1. Oceansoul

      Do usług. :) Jeśli jeszcze nie kupowałaś, to powinna leżeć w taniej książce (np. w Dedalusie) za mniej niż połowę ceny. :)

  6. Megapodius

    Zgadzam się co do Tonącej Dziewczyny. To jedna z najlepszych rzeczy zeszłym roku. Tysiac jesieni podobało mi się, ale nie aż tak brdzo jak myslałem, przy czym po przeczytaniu Widmopisu myślę, ze zawsze mam tak z Mitchellem W przypadku Cherzińskiej rozczarowniem była dla mnie w tym roku Saga Sigrun, bo to byla pierwsza jej książka jaką poznalem i to jest wtorne w stosunku do lepszych ksiązek. I Zgdzam sie też co do kwiatów i solaris. To klasyka absolutna.

    Reply
  7. Mysza

    „Kwiaty dla Algernona” <3
    Im więcej osób zapoznaje się z tą książką, tym bardziej się cieszę. To moim zdaniem jedna z najlepszych pozycji nie tyle sci-fi, co w ogóle literatury światowej. Majstersztyk!
    Sama muszę z kolei wziąć się za Mitchella. "Tysiąc jesieni" od roku stoi na półce i patrzy na mnie oskarżycielskim wzrokiem ;)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *