Loading...
Literatura

I wojna światowa w odcieniu steampunku – „Lewiatan”

Sarajewo, rok 1914. Austro-węgierski arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg i jego małżonka Zofia zostają zamordowani. Austria wypowiada wojnę Serbii, Rosja – Austrii, a Niemcy – Rosji. Zawarte niegdyś sojusze wciągają kolejne państwa w sam środek politycznej zawieruchy. Tak rodzi się jeden z największych konfliktów militarnych w historii, którego przebieg i zakończenie są wszystkim dobrze znane. Scott Westerfeld udowadnia jednak, iż o pierwszej wojnie światowej nie napisano jeszcze wszystkiego. W trylogii łączącej elementy powieści przygodowej z fantastyką w odcieniu steampunku kreśli obraz Europy odległej technologicznie, ale przy tym borykającej się z tymi samymi problemami natury politycznej czy etycznej.

Zgodnie z wizją amerykańskiego pisarza wyścig zbrojeń między stronami nie kończy się na coraz to nowszych modelach samolotów czy karabinów, zaś nad prototypem czołgu nikt nie pracuje. W Europie wykreowanej przez Westerfelda Ententa, określana mianem darwinistów, powołuje do życia zmodyfikowane genetycznie organizmy, łączące w sobie DNA różnych gatunków, by tworzyć żyjące, a nawet rozwijające własny ekosystem zeppeliny czy balony. W oczach sił Centrum – tak zwanych chrzęstów – są to praktyki odrażające i godzące w naturalnych ład. Niemcy i Austro-Węgry preferują technologię stali i pary, wspomagają swoje armie kroczącymi machinami bojowymi o niezwykłej szybkości, wytrzymałości i sile ognia. Wynalazki jednej i drugiej strony mają mocne i słabe punkty, trudno więc przewidzieć, kto wyjdzie zwycięsko ze starcia potęg.

Losy narodów i państw pozostają odległym tłem powieści. Akcja „Lewiatana” skupia się na poczynaniach dwójki nastoletnich bohaterów – Alka i Deryn. Książę Aleksander jest fikcyjnym synem zamordowanego Franciszka Ferdynanda, zmuszonym do ucieczki przed zamachowcami jedynie z garstką najbliższych służących i nauczycieli. Rozpieszczony i dumny arystokrata, w jednej chwili tracący rodziców, pozycję i luksusy, będzie musiał nauczyć się, jak przetrwać w nieprzyjaznym świecie i kiedy należy pozwolić podejmować decyzje osobom bardziej kompetentnym. Deryn Sharp, przybrawszy imię Dylan i przywdziawszy chłopięcy strój, zostaje kadetem w brytyjskich Siłach Powietrznych na pokładzie największego powietrznego okrętu, tytułowego Lewiatana. Niełatwo będzie dziarskiej i pyskatej dziewczynie utrzymać swój sekret w tajemnicy, a siebie zachować w jednym kawałku, kiedy niespokojna natura wciąż popycha ją do realizacji kolejnych szalonych pomysłów. Wiele zamieszania wyniknie więc z nieuchronnego spotkania tej dwójki, znajdującej się po przeciwnych stronach barykady.

„Lewiatan”, Scott Westerfeld „Lewiatan”, Scott Westerfeld

Konstrukcja postaci spełnia normy stawiane młodzieżowym powieściom przygodowym – zarówno Alek, jak i Deryn, to bohaterowie w gorącej wodzie kąpani, podążający częściej za głosem serca niż rozsądku. Uczą się na własnych błędach, nierzadko pakują się w tarapaty, ale ostatecznie zawsze spadają na cztery łapy. Szczególnie ciekawą postacią jest charakterna Deryn, której sposobu wyrażania myśli, specyficznego języka i radosnego entuzjazmu nie sposób nie polubić. Nieco bezbarwny na początku powieści książę z czasem także zyskuje w oczach czytelnika i staje się godnym kompanem panny Sharp. Bohaterom drugoplanowym Westerfeld nie poświęcił zbyt dużej uwagi. Wśród nich wyróżniają się szczególnie dwie osoby: zamknięty w sobie, tajemniczy i nad wyraz krytyczny hrabia Volger – nauczyciel fechtunku Alka, oraz Nora Barlow – nieco despotyczna i pełna werwy pani naukowiec.

Westerfeld prowadzi narrację w sposób tak płynny i zajmujący, że trudno choć na chwilę oderwać się od lektury. Autorowi udało się utrzymać odpowiedni balans między akcją a wprowadzaniem czytelnika w konstrukcję świata; nie epatuje przy tym niezrozumiałym żargonem, nie zagłębia się w szczegóły natury biologicznej czy technicznej, by z aptekarską precyzją opisywać zasady działania wynalazków darwinistów czy chrzęstów. Nie traktuje ich też po macoszemu – nikt nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie niezwykłego okrętu-wieloryba, mechanicznego cyklopa i pozostałych technologicznych dobrodziejstw, odgrywających niemałą rolę w napędzaniu fabuły.

Podczas lektury zaboleć może jedynie pewna naiwność, którą Westerfeld raczy czytelnika od pierwszej do ostatniej strony – na niektóre uproszczenia, wynikające zapewne z docelowej grupy odbiorców, trzeba więc przymknąć oko albo z góry zrezygnować z lektury „Lewiatana”. Nie ma sensu się dziwić, iż chłopięcy kamuflaż Deryn jest w stanie kogokolwiek nabrać; nie można irytować się faktem, że bohaterowie cało wychodzą z wszelkich opresji, a pozostałe postacie – nierzadko mądrzejsze i bardziej doświadczone – w ostatecznym rozrachunku wcale nie mają racji. Wreszcie, przełknąć trzeba ogromną rolę, jaką dwójka nastolatków odgrywa w trakcie radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi czasów wojny.

Pochwalić należy niezwykle staranną techniczną i językową stronę powieści, za którą odpowiedzialne jest wydawnictwo Rebis. Próżno szukać w „Lewiatanie” literówek, zabłąkanych przecinków czy edytorskich wpadek – powieść Westerfelda to wzorowy przykład sztuki wydawniczej. Oko cieszy także oprawa graficzna; kolejne rozdziały zdobią ilustracje Keitha Thompsona – i choć szkice trudno określić mianem dzieł sztuki, to idealnie oddają klimat opowieści.

Pierwszą część trylogii Scotta Westerfelda polecić można każdemu młodemu duchem fanowi steampunku i historii alternatywnej. Wystarczy dać się porwać losom Alka i Deryn, a kolejne strony będą przewracać się same. Należy jednak pamiętać o tym, iż większość wątków została dopiero zapoczątkowana i choć w ostatnich rozdziałach tempo akcji nieco zwalnia, to faktycznego zakończenia zabrakło – najlepiej więc mieć pod ręką także tom drugi, nim zacznie się śledzić poczynania darwinistów i chrzęstów.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

  • Muszę przyznać, że po recenzji tylko prześliznęłam wzrokiem. Kilka innych już czytałam, do książki się przekonałam, więc dalsze czytanie opinii mogłoby zaszkodzić mojej własnej, którą kiedyś wyprodukuję.;) W sumie bardzo szkoda, że nie mam jej pod ręką – męczy mnie chęć porysowania w klimacie steampunku, a brak mi inspiracji (może nawet zrobiłabym własne wersje ilustracji – to akurat novum, w innych recenzjach nikt słówkiem nie pisnął, że jakiekolwiek są). Dobra opowieść dla młodzieży daje świetne inspiracje.;)

  • W gruncie rzeczy, nie ma się co spieszyć z zakupem, gdyż – jak się dowiedziałam po zapytaniu wydawnictwa – ostatni tom trylogii wyjdzie dopiero w połowie 2012. A po zakończeniu pierwszego tomu mam taką straszną ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej! Po drugim pewnie będzie tak samo. Tak więc, jeśli też jesteś niecierpliwym czytelnikiem, radzę czekać na całość. ^^
    Ilustracyjnie może być to całkiem niezła inspiracja, tak myślę. Dla smaku, jeden tylko przykład: http://www.keiththompsonart.com/images/full/alekandstormwalker.jpg

  • Link niestety nie działa, więc nie wiem, o którą konkretnie ilustrację CI chodzi.:( Ale i tak dzięki, właśnie sobie przeglądam całą galerię – bardzo fajne ten pan robi ilustracje, jest się czym natychać.;) Nie to, co niektóre rodzime produkcje… A teraz jeszcze bardziej chcę przeczytać.;)

  • Hmm, u mnie działało… Trzeba chyba pacnąć enter w pasku adresu, i wtedy się pokazuje. ^^
    Ale jak wejdziesz na główną stronę, to w dziale Gallery – Illustration – Black&White są galerie Leviathan, Behemoth i Goliath. I tam powinny być ilustracje z tych książek. :)

    A z rodzimych produkcji, które miałyby ilustracje w środku, w pamięć zapadła mi tylko „Kamienna Ćma” (która wbrew ilustracjom nie jest wcale dla młodzieży; taka bardziej filozoficzno-fantastyczna pozycja). Też polecam. ^^

  • Ja ostatnio zachwycam się ilustracjami z „Wód głębokich jak niebo”.^^ A „Kamiennej Ćmy” troszkę się boję. W sumie nawet nie bardzo wiem dlaczego, chyba podskórnie czuję, że mnie przerośnie. I też nie wiedziałam, że ma ilustracje.;) Za to pomstuję hurtowo na ilustracje Fabryki Słów.

  • @Moreni – nie tylko ty na Fabryczne ilustracje pomstujesz… Są tak kiepskie, że mogłoby ich w ogóle nie być.

    @Oceansoul – steampunk to dla mnie coś kompletnie obcego, i szczerze – sama nie wiem jak się ustosunkować do tej książki. Niby brzmi ciekawie, zapowiada przyjemną przygodę, ale coś mnie w niej odrzuca. I za cholerę nie wiem co. Czyli znając mnie gdy tylko „Lewiatan” gdzieś mi mignie to go przeczytam. Chociażby po to, by zobaczyć co w tej książce takiego jest :D

  • Z ilustracjami Fabryki jeszcze nie miałam okazji (na szczęście?) się zetknąć. Ale będę na nie uważać, skoro są takie słabe.

    @Moreni – myślę, że warto dać „Ćmie” szansę, to bardzo nietypowa i oryginalna książka. Choć faktycznie wymagająca skupienia, taka „nie-do-autobusu”. :)

    @Silaqui – myślę, że „Lewiatan” jest całkiem niezłą pozycją, by się przekonać, czy Ci steampunk w ogóle leży, czy też absolutnie nie. Tak więc jak akurat wpadnie Ci w ręce, to zachęcam. :)

  • Już sobie dodałam do listy :) Od czegoś trzeba przecież zacząć :)

  • @silaqui – coś w tym jest. Mniej mnie irytują te „fabryczne” książki, w których nie ma ilustracji.;)

    @Oceansoul – w takim razie rozejrzę się za tym tytułem.;) Ale raczej nieprędko, bo obecnie tak soję czasowo, że tylko książki „do-autobusu” wchodzą w grę.

  • moi znajomi bardzo polecają mi tą książkę. mówią, że to jedna z lepszych pozycji jaką ostatnio czytali a dodam, że nie mają oni podobnych gustów :) coś więc w niej musi być ;-)

  • W takim razie chyba warto sięgnąć i przekonać się, czy mieli rację. :)