I wojna światowa w odcieniu steampunku — „Lewiatan”, Scott Westerfeld

By | 13 listopada 2011

Sarajewo, rok 1914. Austro-węgierski arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg i jego małżonka Zofia zostają zamordowani. Austria wypowiada wojnę Serbii, Rosja – Austrii, a Niemcy – Rosji. Zawarte niegdyś sojusze wciągają kolejne państwa w sam środek politycznej zawieruchy. Tak rodzi się jeden z największych konfliktów militarnych w historii, którego przebieg i zakończenie są wszystkim dobrze znane. Scott Westerfeld udowadnia jednak, iż o pierwszej wojnie światowej nie napisano jeszcze wszystkiego. W trylogii łączącej elementy powieści przygodowej z fantastyką w odcieniu steampunku kreśli obraz Europy odległej technologicznie, ale przy tym borykającej się z tymi samymi problemami natury politycznej czy etycznej.

Zgodnie z wizją amerykańskiego pisarza wyścig zbrojeń między stronami nie kończy się na coraz to nowszych modelach samolotów czy karabinów, zaś nad prototypem czołgu nikt nie pracuje. W Europie wykreowanej przez Westerfelda Ententa, określana mianem darwinistów, powołuje do życia zmodyfikowane genetycznie organizmy, łączące w sobie DNA różnych gatunków, by tworzyć żyjące, a nawet rozwijające własny ekosystem zeppeliny czy balony. W oczach sił Centrum – tak zwanych chrzęstów – są to praktyki odrażające i godzące w naturalnych ład. Niemcy i Austro-Węgry preferują technologię stali i pary, wspomagają swoje armie kroczącymi machinami bojowymi o niezwykłej szybkości, wytrzymałości i sile ognia. Wynalazki jednej i drugiej strony mają mocne i słabe punkty, trudno więc przewidzieć, kto wyjdzie zwycięsko ze starcia potęg.

Losy narodów i państw pozostają odległym tłem powieści. Akcja „Lewiatana” skupia się na poczynaniach dwójki nastoletnich bohaterów – Alka i Deryn. Książę Aleksander jest fikcyjnym synem zamordowanego Franciszka Ferdynanda, zmuszonym do ucieczki przed zamachowcami jedynie z garstką najbliższych służących i nauczycieli. Rozpieszczony i dumny arystokrata, w jednej chwili tracący rodziców, pozycję i luksusy, będzie musiał nauczyć się, jak przetrwać w nieprzyjaznym świecie i kiedy należy pozwolić podejmować decyzje osobom bardziej kompetentnym. Deryn Sharp, przybrawszy imię Dylan i przywdziawszy chłopięcy strój, zostaje kadetem w brytyjskich Siłach Powietrznych na pokładzie największego powietrznego okrętu, tytułowego Lewiatana. Niełatwo będzie dziarskiej i pyskatej dziewczynie utrzymać swój sekret w tajemnicy, a siebie zachować w jednym kawałku, kiedy niespokojna natura wciąż popycha ją do realizacji kolejnych szalonych pomysłów. Wiele zamieszania wyniknie więc z nieuchronnego spotkania tej dwójki, znajdującej się po przeciwnych stronach barykady.

„Lewiatan”, Scott Westerfeld „Lewiatan”, Scott Westerfeld

Konstrukcja postaci spełnia normy stawiane młodzieżowym powieściom przygodowym – zarówno Alek, jak i Deryn, to bohaterowie w gorącej wodzie kąpani, podążający częściej za głosem serca niż rozsądku. Uczą się na własnych błędach, nierzadko pakują się w tarapaty, ale ostatecznie zawsze spadają na cztery łapy. Szczególnie ciekawą postacią jest charakterna Deryn, której sposobu wyrażania myśli, specyficznego języka i radosnego entuzjazmu nie sposób nie polubić. Nieco bezbarwny na początku powieści książę z czasem także zyskuje w oczach czytelnika i staje się godnym kompanem panny Sharp. Bohaterom drugoplanowym Westerfeld nie poświęcił zbyt dużej uwagi. Wśród nich wyróżniają się szczególnie dwie osoby: zamknięty w sobie, tajemniczy i nad wyraz krytyczny hrabia Volger – nauczyciel fechtunku Alka, oraz Nora Barlow – nieco despotyczna i pełna werwy pani naukowiec.

Westerfeld prowadzi narrację w sposób tak płynny i zajmujący, że trudno choć na chwilę oderwać się od lektury. Autorowi udało się utrzymać odpowiedni balans między akcją a wprowadzaniem czytelnika w konstrukcję świata; nie epatuje przy tym niezrozumiałym żargonem, nie zagłębia się w szczegóły natury biologicznej czy technicznej, by z aptekarską precyzją opisywać zasady działania wynalazków darwinistów czy chrzęstów. Nie traktuje ich też po macoszemu – nikt nie powinien mieć problemów z wyobrażeniem sobie niezwykłego okrętu-wieloryba, mechanicznego cyklopa i pozostałych technologicznych dobrodziejstw, odgrywających niemałą rolę w napędzaniu fabuły.

Podczas lektury zaboleć może jedynie pewna naiwność, którą Westerfeld raczy czytelnika od pierwszej do ostatniej strony – na niektóre uproszczenia, wynikające zapewne z docelowej grupy odbiorców, trzeba więc przymknąć oko albo z góry zrezygnować z lektury „Lewiatana”. Nie ma sensu się dziwić, iż chłopięcy kamuflaż Deryn jest w stanie kogokolwiek nabrać; nie można irytować się faktem, że bohaterowie cało wychodzą z wszelkich opresji, a pozostałe postacie – nierzadko mądrzejsze i bardziej doświadczone – w ostatecznym rozrachunku wcale nie mają racji. Wreszcie, przełknąć trzeba ogromną rolę, jaką dwójka nastolatków odgrywa w trakcie radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi czasów wojny.

Pochwalić należy niezwykle staranną techniczną i językową stronę powieści, za którą odpowiedzialne jest wydawnictwo Rebis. Próżno szukać w „Lewiatanie” literówek, zabłąkanych przecinków czy edytorskich wpadek – powieść Westerfelda to wzorowy przykład sztuki wydawniczej. Oko cieszy także oprawa graficzna; kolejne rozdziały zdobią ilustracje Keitha Thompsona – i choć szkice trudno określić mianem dzieł sztuki, to idealnie oddają klimat opowieści.

Pierwszą część trylogii Scotta Westerfelda polecić można każdemu młodemu duchem fanowi steampunku i historii alternatywnej. Wystarczy dać się porwać losom Alka i Deryn, a kolejne strony będą przewracać się same. Należy jednak pamiętać o tym, iż większość wątków została dopiero zapoczątkowana i choć w ostatnich rozdziałach tempo akcji nieco zwalnia, to faktycznego zakończenia zabrakło – najlepiej więc mieć pod ręką także tom drugi, nim zacznie się śledzić poczynania darwinistów i chrzęstów.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu REBIS oraz Portalowi LubimyCzytać.

11 thoughts on “I wojna światowa w odcieniu steampunku — „Lewiatan”, Scott Westerfeld

  1. Moreni

    Muszę przyznać, że po recenzji tylko prześliznęłam wzrokiem. Kilka innych już czytałam, do książki się przekonałam, więc dalsze czytanie opinii mogłoby zaszkodzić mojej własnej, którą kiedyś wyprodukuję.;) W sumie bardzo szkoda, że nie mam jej pod ręką – męczy mnie chęć porysowania w klimacie steampunku, a brak mi inspiracji (może nawet zrobiłabym własne wersje ilustracji – to akurat novum, w innych recenzjach nikt słówkiem nie pisnął, że jakiekolwiek są). Dobra opowieść dla młodzieży daje świetne inspiracje.;)

    Reply
  2. Oceansoul Post author

    W gruncie rzeczy, nie ma się co spieszyć z zakupem, gdyż – jak się dowiedziałam po zapytaniu wydawnictwa – ostatni tom trylogii wyjdzie dopiero w połowie 2012. A po zakończeniu pierwszego tomu mam taką straszną ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej! Po drugim pewnie będzie tak samo. Tak więc, jeśli też jesteś niecierpliwym czytelnikiem, radzę czekać na całość. ^^
    Ilustracyjnie może być to całkiem niezła inspiracja, tak myślę. Dla smaku, jeden tylko przykład: http://www.keiththompsonart.com/images/full/alekandstormwalker.jpg

    Reply
  3. Moreni

    Link niestety nie działa, więc nie wiem, o którą konkretnie ilustrację CI chodzi.:( Ale i tak dzięki, właśnie sobie przeglądam całą galerię – bardzo fajne ten pan robi ilustracje, jest się czym natychać.;) Nie to, co niektóre rodzime produkcje… A teraz jeszcze bardziej chcę przeczytać.;)

    Reply
  4. Oceansoul Post author

    Hmm, u mnie działało… Trzeba chyba pacnąć enter w pasku adresu, i wtedy się pokazuje. ^^
    Ale jak wejdziesz na główną stronę, to w dziale Gallery – Illustration – Black&White są galerie Leviathan, Behemoth i Goliath. I tam powinny być ilustracje z tych książek. :)

    A z rodzimych produkcji, które miałyby ilustracje w środku, w pamięć zapadła mi tylko „Kamienna Ćma” (która wbrew ilustracjom nie jest wcale dla młodzieży; taka bardziej filozoficzno-fantastyczna pozycja). Też polecam. ^^

    Reply
  5. Moreni

    Ja ostatnio zachwycam się ilustracjami z „Wód głębokich jak niebo”.^^ A „Kamiennej Ćmy” troszkę się boję. W sumie nawet nie bardzo wiem dlaczego, chyba podskórnie czuję, że mnie przerośnie. I też nie wiedziałam, że ma ilustracje.;) Za to pomstuję hurtowo na ilustracje Fabryki Słów.

    Reply
  6. silaqui

    @Moreni – nie tylko ty na Fabryczne ilustracje pomstujesz… Są tak kiepskie, że mogłoby ich w ogóle nie być.

    @Oceansoul – steampunk to dla mnie coś kompletnie obcego, i szczerze – sama nie wiem jak się ustosunkować do tej książki. Niby brzmi ciekawie, zapowiada przyjemną przygodę, ale coś mnie w niej odrzuca. I za cholerę nie wiem co. Czyli znając mnie gdy tylko „Lewiatan” gdzieś mi mignie to go przeczytam. Chociażby po to, by zobaczyć co w tej książce takiego jest :D

    Reply
  7. Oceansoul Post author

    Z ilustracjami Fabryki jeszcze nie miałam okazji (na szczęście?) się zetknąć. Ale będę na nie uważać, skoro są takie słabe.

    @Moreni – myślę, że warto dać „Ćmie” szansę, to bardzo nietypowa i oryginalna książka. Choć faktycznie wymagająca skupienia, taka „nie-do-autobusu”. :)

    @Silaqui – myślę, że „Lewiatan” jest całkiem niezłą pozycją, by się przekonać, czy Ci steampunk w ogóle leży, czy też absolutnie nie. Tak więc jak akurat wpadnie Ci w ręce, to zachęcam. :)

    Reply
  8. Moreni

    @silaqui – coś w tym jest. Mniej mnie irytują te „fabryczne” książki, w których nie ma ilustracji.;)

    @Oceansoul – w takim razie rozejrzę się za tym tytułem.;) Ale raczej nieprędko, bo obecnie tak soję czasowo, że tylko książki „do-autobusu” wchodzą w grę.

    Reply
  9. anita

    moi znajomi bardzo polecają mi tą książkę. mówią, że to jedna z lepszych pozycji jaką ostatnio czytali a dodam, że nie mają oni podobnych gustów :) coś więc w niej musi być ;-)

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *