Kulturalna prokrastynacja

By | 19 sierpnia 2014

Porozmawiajmy dziś o zwyczajach związanych z konsumowaniem kultury — czy może raczej o jednym z nich, z tej prostej przyczyny, że jestem w stanie wyodrębnić i opisać u siebie zbyt wiele dziwnych zachowań, by dało się im przyglądać jednocześnie bez popadania w zbytni chaos. Wszystko w swoim czasie. Na początek postanowiłam więc zgłębić coś, co określam mianem kulturalnej prokrastynacji.

O co w ogóle chodzi? O ten dziwny stan odwlekania czy to czytania, czy to oglądania (czy to grania) z przyczyn wszelakich, niezwiązanych jednak z jakością samego dzieła. To byłoby zresztą całkiem logiczne wytłumaczenie zwłoki, a mnie tymczasem chodzi o powody nie tak oczywiste czy proste do wyjaśnienia. Albo i wręcz niewyjaśnialne.

Tak dobre, że musi poczekać

Znacie to? Dotyczy szczególnie seriali czy też cykli filmowych, growych bądź książkowych. W najprostszej swej postaci sprowadza się do sytuacji, kiedy zaczynamy się z czymś zapoznawać, po czym doświadczamy efektu WOW. Jakie to świetne! Genialne wręcz! Dawno (a może nawet nigdy?) nie widziałam niczego równie wciągającego/oryginalnego/wyśmienitego. Tymczasem wszystko ma swój koniec. Nieważne, że książka składa się z dziesięciu tomów, serial z ośmiu sezonów, a gra ma pięć kolejnych sequeli. Nieważne, że kolejne odsłony wciąż tworzone są na bieżąco — kiedyś jednak przyjdzie taki moment, że ich nie będzie! Skończą się, czy to definitywnie, czy choćby na pewien czas, by powrócić dopiero po dłuższej przerwie.

Zaczynam więc zwalniać tempo konsumpcji, mniej lub bardziej świadomie. Nie rzucam się od razu na kolejne części czy odcinki. Idealnym przykładem tej mojej absurdalnej prokrastynacji jest oglądanie Doctora Who — serialu zdawałoby się tak długiego i nieskończonego, że nijak nie powinnam obawiać się, że zaraz mi go zabraknie. Tymczasem od ponad pół roku tkwię niemalże w tym samym punkcie, czyli pierwszej połowie trzeciego sezonu. I to nie jest tak, że w ogóle się na jakiś czas od serialu odcinam. O nie, wręcz krążę wokół niego, wypełniając ten czas odwlekania materiałami powiązanymi. Zaczęło się od oglądania dodatków z blu-rayowego wydania, a że jest ich tam mnóstwo, to wciąż zostało mi jeszcze kilka epizodów DW: Confidential dotyczących drugiego sezonu do nadrobienia (to taki cykl odcinków specjalnych towarzyszących odcinkom zwykłym, składający się z różnorakich making of, materiałów zza kulis czy wypowiedzi twórców). Potem stwierdziłam, że nie uchodzi nie oglądać równolegle także spin-offów – tym sposobem rozgrzebałam dodatkowo pierwszy sezon Torchwood (nie mam pojęcia, czemu kilka osób mnie przed tym serialem ostrzegało; to oczywiście nie to samo co DW, ale frajdę z oglądania jak najbardziej odczuwam). Jeśli zaś dany serial, który pragniemy sobie odwlec w czasie, akurat nie ma spin-offów ani dodatków, zawsze zostaje opcja powtarzania fragmentów, które już znamy. Tym sposobem dwukrotnie widziałam już dwugodzinny finał drugiego sezonu, a i do niektórych innych epizodów z pewnością powrócę. Nie ma w tym zbyt wiele sensu, prawda? Chyba lepiej — a przynajmniej logiczniej — byłoby obejrzeć wreszcie dostępną całość, a dopiero potem zabrać się za ewentualne powtórki.

Innym przykładem takiej prokrastynacji, uprawianej przeze mnie już dobre trzy lata, jak nie dłużej, jest seria gier Uncharted. Chwilowo istnieją jedynie trzy części, ja przeszłam całą pierwszą i ponad pół drugiej. Tymczasem już wiadomo, że część czwarta jako jeden z flagowych tytułów Sony trafi jedynie na PS4, którego w najbliższym czasie raczej nie planuję kupować. Siłą rzeczy muszę więc dawkować sobie to, co mam, w czym pomaga mi też fakt, że mimo dość długich przerw w graniu nie mam nigdy problemów, by do Uncharted wrócić. W przypadku innych gier często to tak nie działa, bo albo nie pamiętam, co się działo, albo nie mogę przyzwyczaić się do sterowania, albo mam ochotę zacząć od początku, zamiast iść dalej. A tu po prostu odpalam ostatniego save’a i zaczynam grać, bez problemu odtwarzając sobie w głowie to, co działo się wcześniej. Gdyby nie ten dziwny zbieg okoliczności, pewnie skończyłabym drugą część już dawno temu, z obawy przed własną sklerozą.

Oczywiście można by na to wszystko odpowiedzieć — no tak, ale jest tyle świetnych dzieł do poznania, że nie ma potrzeby martwić się na zapasem faktem, iż skończy nam się gra X, a serial Y nie otrzyma zamówienia na kolejny sezon, ponieważ na ich miejsce wskoczą bez problemu dziesiątki innych tytułów, w tym, kto wie, może i jakiś równie dobry (albo lepszy)? Pełna zgoda. Ba, sama to często powtarzam innym i najczęściej również przyjmuję ten sposób rozumowania. W kilku wyjątkowych przypadkach racjonalność mnie jednak zawodzi i nie umiem się z tego wytłumaczyć nawet przed sobą, a co dopiero przed innymi.

W oczekiwaniu na całość

Nie wiem, czy to nie moja największa zmora – o tyle inna od pierwszej, że dotyczy pozycji, których nie zaczęłam jeszcze poznawać, ale jak najbardziej spotkanie z nimi planuję. Kiedyś, w dalekiej przyszłości. Często są to dzieła mające spore szanse, by mi się spodobać, i to na tyle, że czekanie na ciąg dalszy nie byłoby dla mnie niczym prostym i przyjemnym. Dobrze pamiętam, jaką udręką stanowiło oglądanie niektórych seriali na bieżąco, by ostatecznie skończyły się sześć lat później, niż zaczynałam z nimi przygodę. O książkowych cyklach ciągnących się przez dekady nie wspominając. To oczywiście wina mojego braku cierpliwości i niechęci do czekania — jak kiedyś wspominałam, należę do tych niecierpliwców, którym trudno wysiedzieć przez godzinę, jeśli muszą czekać na coś, czego wyjątkowo pragną. Lepiej nie wspominać więc o miesiącach czy latach!

Idealnym przykładem takiej prokrastynacji jest dla mnie powieściowy cykl George’a R.R. Martina (a przy okazji także serial HBO). Nie zliczę, ile już osób polecało mi Grę o tron albo dopytywało, czemu jeszcze jej nie czytałam, przecież „to czytają wszyscy”. Wytłumaczenie jest proste – perspektywa czekania kilku (albo i kilkunastu) lat na zakończenie wciągającej historii skutecznie mnie odstrasza. Chcę mieć pod ręką całość, bym to ja mogła decydować o tym, w jakim tempie będę się z dziełem zapoznawać, biorąc pod uwagę przeróżne czynniki. A jeśli wtedy to ja postanowię zwlekać — trudno, moje prawo.

Zresztą, kultura nie zając, nie ucieknie. Książki nie znikną z półek (może wręcz doczekają się kolejnych, ładniejszych wydań?), a serial z nośników. Wraz z latami nie staną się też gorsze czy mniej warte uwagi – a jeśli jednak jakimś trafem to nastąpi (historia zna już wiele przypadków, gdy części końcowe nie dorastały do początkowych), to może i lepiej w ogóle jakiejś serii nie zaczynać, niż potem się z nią rozstawać albo przeżyć rozczarowanie? Ale istnieje też gorsza strona zwlekania, szczególnie w przypadkach pozycji niezwykle popularnych w danej chwili. Omija mnie wtedy bieżący dyskurs, który zawsze jest czymś ciekawym; nie spekuluję nad dalszymi losami bohaterów, nie emocjonuję się odcinkami serialu na bieżąco, a często wręcz muszę unikać niektórych dyskusji czy zakątków sieci, by nie nadziać się na nisko latające spoilery. To cena, którą trzeba zapłacić. Czy warto? Jeszcze nie wiem, ale jeśli dojdę już do jakichś wniosków, nie omieszkam się nimi podzielić.

Tak znane, że może jeszcze poczekać

Jako że o swoich listach wstydu cały czas planuję napisać osobny wpis, dziś tylko napomknę o ich związku z kulturalną prokrastynacją, co będzie zarazem wytłumaczeniem faktu ich dość powolnego zmniejszania się. Konsumpcja kultury to rzecz jasna wieczne wybory – czasu jest niewiele, trzeba więc nieustannie podejmować trudne decyzje. Jeśli nie mam ochoty na żaden konkretny tytuł, staję często przed wyborem: coś bieżącego, dopiero co wydanego, czy może godny nadrobienia klasyk. I zadziwiająco często wygrywa coś nowego, zwłaszcza gdy mowa o pojedynczych tytułach, zamkniętych całościach. Powód jest prosty – skoro i tak to kultowe, uznane dzieło czeka już na mnie kilka lat czy dekad, może poczekać jeszcze trochę. A tak przynajmniej będę na bieżąco z tym, o czym teraz najwięcej się mówi czy pisze. Oczywiście w świecie idealnym dawałbym radę zachowywać zdrową równowagę między jednymi a drugimi przypadkami – i przyznaję, że staram się jak mogę, ale ostatecznie pokonuje mnie deficyt czasu.

Dlatego też mam ogromną kinematograficzną lukę obejmującą lata 80. czy 90. Dlatego nie czytałam klasyki fantastyki. Dlatego większość oglądanych przeze mnie seriali to produkcje z ostatnich dziesięciu lat. Kultury jest po prostu tak dużo, że pogodzenie starego i nowego nie należy do zadań łatwych. Ale z tych trzech różnych prokrastynacji to ta ostatnia jest tą, z którą planuję najaktywniej walczyć.

A jak to jest u Was?

Wyspowiadałam się, teraz pora na Was – czy to, co napisałam, ma dla Was jakikolwiek sens? Możecie się pod czymkolwiek podpisać? A może moje konsumpcyjne dylematy są Wam zupełnie obce? Sama nie wiem, która opcja zdziwiłaby mnie bardziej. ;)

  • Megapodius

    U mnie też wiele rzeczy leży niezaczetych.Zwłascza niedokończone cykle. Na przykład do niedawna Niecni Dźentelmeni. Z rzeczy az za znanych najbardziej przychodzi mi na myśl wlaściwie cala tworcość Granta Morrissona zwłascza Azyl Arkham. Sandmana zaliczam już do rzczy tak znanych, że znam je bez czytania. Nie obejrzalem też supernatural czy Glee jak jescze byly dobre,. Długo czasu odladalem też Doctora Who Z klasyki mam też wiele pozycji tak klasycznych, ze boję sie po nie sięgnąć tak jak Księga Nowego Słońca czy Hyperion. Z gier do tej pory nie zagrałem jescze w Skyrima czy we wlaściwie wszystkie nowośći zotatnich kilku lat. Jest jescze tego znacznie wiecej, ale to tylko te najważniejsze rzeczy.

    • Supernatural nigdy nawet nie zaczęłam oglądać – i na 95% nigdy nie zacznę. Glee z kolei zaczęłam dość szybko i to była zła decyzja, gdyż teraz próbuję dotrwać do końca i już żal porzucać.
      O, Hyperion to taki top mojej listy wstydu, zwłaszcza że naprawdę uwielbiam Simmonsa. Ale to tylko odraczanie przyjemności, mam nadzieję.

    • Megapodius

      U mnie własnie jest tak z Simmonsem ( i ostatnio też Wolfem), że ciągle jakoś odkładam te najwazniejsze ksiazki (czyli wlaśnie Hyperion) i czytam te mniej znane. Parę razy przez rózne zbiegi okolicznosci musiałem też odkładać Hyperiona. Co do seriali to jescze zapominalem dodać, że przed obejrzeniem Pierwszych dwóch sezonów Thorchowood przez odkłdanie obejrzalem (wtedy najnowszy) czyli Children of Earth, przez co te pierwsze dwa sezony teraz trochę gorzej mi się ogląda z wiedzą jak to się skończy.

  • Bacha85

    O ile nigdy nie rozumiałam, choć może bardziej: nie doświadczyłam, pierwszego powodu zwlekania, o tyle pozostałe, a już zwłaszcza drugi znam aż za dobrze :) I tak czekają na mnie niektóre książki, pół biedy, jak wystarczy dokupić tomów :) Nienawidzę czekać na kolejne części! Najgorzej, gdy coś na co się czaimy, od czego mamy wielkie oczekiwania okazuje się nijakie! Pół biedy jak nie zdążyliśmy zaopatrzyć się we wszystkie tomy, gorzej, jak już zdążyło się wydać fortunę w księgarni :)

    A na klasykę, cóż, zawsze znajdzie się czas :D Na przykład dawkuję sobie zawsze Henry’ego Jamesa, bo wiem, że nie jest to „szybka” lektura. I to chyba też jest jeden z powodów odwlekania :)
    W sumie staram się dość mocno mieszać w konsumowanej przeze mnie kulturze, ale często zamiast przeczytać, coś, z czym planuję się zapoznać już od kilku lat, impulsywnie sięgam po coś innego.

    • Poruszasz jeden z innych problemów kulturalnych, który jest moją zmorą – kupowanie na zapas w ciemno. Kiedyś chętniej się do tego szerzej odniosę, ale na razie wspomnę tylko, że też czasami nabywam na zapas ileś tam tomów cyklu, trzymając kciuki, by nie okazał się rozczarowujący. Wiele takich niewiadomych czeka jeszcze na lekturę.

  • Mam wszystkie te same problemy. Porzucam seriale w pół sezonu, stwierdzając że straciłam chwilowo do niego serce, więc wrócę później, jak się zbierze parę sezonów. Nie chcę oglądać serialu, bo boję się, że się zawiodę, choć wszyscy go chwalą (Halt & Catch Fire). Nie chcę oglądać ostatniego sezonu, bo podobno jest fatalny (Dexter), a nie po to oglądałam ileś sezonów by teraz się rozczarować… opcji jest trylion :)
    A tak zupełnie prywatnie: mam u siebie na blogu serię notek o kultowych filmach lat 80-tych. Polecam do przejrzenia, może wpadnie Ci w oko parę pozycji, które postanowisz pochłonąć. W razie czego, służę radą :)

    • Myślałam, że Halt & Catch Fire będzie jednosezonowy i zaraz sobie w spokoju obejrzę całość. A tu bęc, jednak zapowiedzieli drugi sezon. I co teraz?! Pewnie się jednak chwilowo wstrzymam z oglądaniem.
      Dextera nawet nie zaczęłam, ale to akurat jeden z przypadków, kiedy trochę żałuję – aktualnie leży w szufladzie ‚kiedyś go polecali, ale potem ponoć się zepsuł’, tak więc koniec końców nie mam pojęcia, czy/kiedy zacznę oglądać.
      O, filmy na pewno przejrzę! W tym tygodniu postawiłam na lata 90., ale 80. są chyba następne w kolejce. :)

    • Mnie nawet nie przeszkadza, że będzie go więcej – dobrych seriali nigdy dość. Frustrujący jest brak czasu, właściwie w każdym wypadku :D
      Z Dexterem… cóż, jest różnie. Pierwsze dwa sezony powinnaś obejrzeć tak czy tak – są świetnie i dają dobre pojęcie o serialu. Potem… to już według widzimisię. Osobiście polecałabym sezony 4 i 6, bo moim zdaniem też są dobre (4ty wręcz rewelacyjny). 5-ty można, ale nie trzeba. Ale jeśli zależy Ci tylko na zapoznaniu się z materiałem, dwa pierwsze wystarczą :)
      Lata 90-te to też mój konik. Będę musiała przysiąść nad serią notek o kinie tamtych lat :D

  • Agata

    Mam tak jak Mysza. Zdarza mi się porzucać seriale, choć uważam je za świetne. Nie lubię czekać na kolejne sezony, boję się rozczarowań, dziwnych rozwiązań fabularnych i że serial, który uwielbiałam totalnie zejdzie na psy (HYMYM, House np.) Z filmami mam inaczej. Odwlekam klasyki w nieskończoność i potem żałuję. Do tej pory nie oglądałam np. Ojca chrzestnego. Sama nie wiem czemu. Z książek boję się, że będę długo czekać na kontynuację, pozapominam fabułę itp. Czy żałuję, że czytałam GoT? Tak i nie. Saga jest świetna, ale czekanie wykańcza. Pewnie w ten sposób wiele mnie omija, ale i tak nie sposób wszystkiego przeczytać czy obejrzeć ;)

    • Hej, też nie widziałam Ojca chrzestnego. ;) Ale to akurat dlatego, że przeczytałam książkę i mam to poczucie, że nie muszę się spieszyć, bo samą świetną historię już znam. Co nie zmienia faktu, że film na pewno prędzej czy później nadrobię.
      Co do GoT, to ciągle jakoś tak się łudzę, że może chociaż serial skończy się szybciej niż wydadzą książki i wtedy sobie obejrzę. :D

    • Agata

      Czyli nie jestem sama! :) Tyle, że mnie jeszcze dużo więcej takich hitów ominęło… A książkę też czytałam i swojego czasu byłam zachwycona. Nie wierze by George się wyrobił z pisaniem, nie wierzę…

  • Bestia Czterokopytna

    Mi się zdarza przerywać coś w jakimś momencie, pod pretekstem czekania na całość. Kiedy faktycznie nagle staje się to całość, to zazwyczaj już nie pamiętam, co było na początku, więc zaczynam od nowa, hurtem. Sporo seriali podzieliło ten los (HIMYM, Chuck, TWD) i parę książek (ostatnio Przybyłek i Pomnik cesarzowej Achai – no czeka na półce i czeka :D). Bardzo mi się podoba Twoja definicja – kulturalna prokastrynacja, utrafiłaś w sedno. No i chyba doszedł mi kolejny blog do śledzenia ;)

    • O, to przerywania raczej nie praktykuję. Jak już zacznę oglądać, to potem szybciej lub wolniej, ale idę do przodu. Głównie właśnie z powodu własnej sklerozy, która zmusiłaby mnie potem do oglądania od początku. :)

  • Z Martinem mam dokładnie tak samo. Z serialami bywa różnie – najczęściej czekam na koniec pierwszego sezonu i oglądam całość (tak było np. w zeszłym roku z Masters of sex). Jeśli mi się spodoba, drugi sezon leci już na bieżąco.

    • Z Masters of Sex zrobiłam identycznie – i w konsekwencji cały pierwszy sezon obejrzałam w jakieś trzy dni. Teraz drugi oglądam falami tak po dwa odcinki, przede mną aktualnie piąty i szósty. :)

  • Agnes K.

    Nie odwlekam, czytam niedokończone cykle i potem palce obgryzam z niecierpliwości, czytam zachłannie, czytam zaczynając od środka serii, czytam nieporządnie.
    Ale za to z przyjemnością :)