Loading...
Literatura

Fiasko kontynuacji – „Księżniczka”

Andrzej Pilipiuk potrafi wykreować bohaterów, których łatwo polubić. Dla tęskniących za dalszymi przygodami Stanisławy, Katarzyny i Moniki, bohaterek powieści „Kuzynki”, mam dwie wiadomości; dobra jest taka, że nieśmiertelna alchemiczka, wampirzyca błękitnej krwi i była agentka Centralnego Biura Śledczego powracają w kolejnej odsłonie cyklu, „Księżniczce”. A zła? Cóż, nie da się ukryć, że drugi tom prezentuje niestety dużo gorszą jakość od swojego poprzednika.

Główną osią fabularną jest polowanie młodego Węgra na krakowskiego wampira — nikogo nie zaskoczy fakt, że chodzi o dobrze nam znaną Monikę Stiepankovic. Łowca nie działa sam, wkrótce przyłącza się do niego bardziej doświadczony konfrater, księżniczce nie będzie więc łatwo się wymknąć. Problemy ma także alchemik Michał Sędziwój, bowiem ściga go Bractwo Drugiej Drogi, pragnące wyłudzić sekret tworzenia kamienia filozoficznego. W perypetie postaci wmiesza się także kilka drugo- i trzecioplanowych osobistości, w tym policyjny duet, nachalni urzędnicy czy nawet pewna wiekowa mumia.

Niestety, główna linia fabularna rozwija się wolno i żmudnie, bohaterki wykonują codzienne czynności, a autor rozwodzi się nad opisem kolejnych godzin lekcyjnych w szkole Moniki. Trudno powiedzieć, co ma na celu kilkukrotne powtarzanie czytelnikowi, iż księżniczka tak bardzo różni się od swoich rówieśniczek i stawianie przeciętnych uczennic liceum w wyraźnie negatywnym świetle — jakby największą ludzką przywarą była nieznajomość greki, łaciny i jazdy konnej. O ile w przypadku wampirzycy wątek z czasem rozwija się i zmierza ku dynamicznemu zwieńczeniu, trudno powiedzieć to samo o losach Stanisławy i Katarzyny. Rolą tej pierwszej jest w powieści pędzenie bimbru, tej drugiej zaś — okazyjne wymachiwanie nieważną już legitymacją CBŚ. Brak pomysłu na poprowadzenie tych dwóch interesujących postaci to największa bolączka książki.

Trudno także nie odnieść wrażenia, iż wiele fragmentów powieści napisanych zostało wyłącznie po to, by autor mógł coś wyśmiać bądź skrytykować. Nie są to wstawki istotne dla fabuły, nie ujawniają nowego oblicza postaci — brzmią raczej jak fragmenty satyrycznych felietonów pastwiących się nad biurokracją, szkolnictwem czy niemożnością produkcji alkoholu w domowym zaciszu. A gdy w kolejnych rozdziałach pojawia się ich po prostu zbyt wiele, a liczne tyrady wydają się wciśnięte na siłę, zaczyna to męczyć i denerwować.

Styl autora jest dokładnie taki, jak zawsze — lekki, czasem dowcipny, prosty i łatwo przyswajalny nawet w niesprzyjających warunkach czytelniczych. Od czasu do czasu pisarz wplata fragmenty naszpikowane ciekawostkami, czy to dotyczącymi historii, czy biologii, czy metalurgii. Jeśli chcecie wiedzieć, jak wykuć bułat, jak zmajstrować wyrzutnię kołków osikowych, jak uwarzyć nalewkę z pigwy albo jak przebudzić mumię egipską, docenicie wiedzę, którą Pilipiuk dzieli się na kartach powieści.

Szkoda, że „Księżniczka” okazała się mniej udana od „Kuzynek”; jak na książkę stawiającą wyłącznie na prostą rozrywkę za dużo w niej nudy i taniego moralizatorstwa, a za mało dynamiki, niespodziewanych zwrotów akcji i ciekawych poczynań bohaterów. Czy warto po nią sięgnąć? Tylko z jednego powodu — by zachować ciągłość serii i zabrać się za lekturę „Dziedziczek”, które sprawiają wrażenie pozycji lepszej i bardziej dopracowanej.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Fabryka Słów oraz Portalowi Insimilion.

  • Mamy uderzająco podobne wrażenia z lektury. Na szczęście trzeci tom jest lepszy.

    Co do tego psioczenia na dzisiejszą młodzież, to mam dość nieprzyjemne wrażenie, że to ostatnio ulubiony sport Pilipiuka. Nie wiem tylko, czy chodzi o wylanie jadu autora (że kiedyś to niby było lepiej i gdzie te niegdysiejsze śniegi), czy raczej o to, żeby czytelnik mógł sobie podnieść samoocenę twierdzeniem, że on na szczęście taki nie jest…

    • Właśnie skończyłam trzeci – i faktycznie, lepszy. Całe szczęście.

      Cóż, ja sobie samooceny niestety nie podniosłam, bo ani greki, ani łaciny, ani nawet węgierskiego nie znam, ale ciekawi mnie, iloma językami władał biegle w liceum pan autor, ile dyscyplin sportowych uprawiał, ile szabli wykuł i ile antyków kupił. Pewnie niebotyczne ilości, dlatego teraz z taką surowością pisze o uczennicach, które i tak są powyżej poziomu przeciętnego licealisty czy gimnazjalisty i przynajmniej chętnie uczą się tego, co się na lekcjach pojawia, nawet jeśli nie wykraczają ponad program.

  • Ale okładka… By nie rzec na jej widok: „O boshe!”

    • Przynajmniej oprawa twarda… :D Ale i tak mi FS jakieś jedno z pierwszych, paskudnych wydań, podesłała.

  • Jak dla mnie to jest jedna z poważniejszych wad „polskiej prawicowej fantastyki” – że autorzy nie mogą się powstrzymać przed zamienianiem książki w felieton. Strasznie wadzi mi ta ich maniera, szczególnie że czasem naprawdę przekraczają granice. A historii najwybitniejszych to oni też nie piszą, więc fabuła jeszcze nigdy nie zdołała mi tego przykryć w dostatecznym stopniu. Natomiast wątpię, by Pilipiuk przebił na tym polu Grzędowicza – „Wypychacza zwierząt” uznaję za mistrzostwo.

    • Grzędowicza nie miałam jeszcze okazji czytać, ale w planach mam obecnie tylko „Pana Lodowego Ogrodu”; mam nadzieję, że tam takich wtrętów nie będzie, bo liczę na coś innego niż narzekanie na edukację czy biurokrację…

  • Zadawanie pytań to rzeczywiście przyjemna rzecz, jeśli nie popjmując tego zupełnie
    masz taką możliwość. Oprócz tego ten kawałek jest popełniony wystarczająco czytelnie.
    Gratuluję! Przy okazji jak się z Tobą kontaktować?

    • Nie bardzo rozumiem, o co chodzi i z jakiej okazji te gratulacje.
      A kontaktować się najlepiej na maila: oceansoul001(at)gmail.com.