Fabularna klęska w interesującym świecie — „Kościotrzep”, Cherie Priest

By | 30 kwietnia 2012

Problem z powieściami steampunkowymi na polskim rynku jest zasadniczy – wciąż ukazuje się ich na tyle niewiele, że spragniony miłośnik konwencji sięga po wszystkie tytuły, jakimi wydawcy byli łaskawi czytelników uraczyć. Sprowadza się to niestety do tego, że obok genialnego MacLeoda, bardzo dobrego Piskorskiego czy Westerfelda i przyzwoitego Woodinga trafiamy na średniego Rankina lub rozczarowującą Honisch. Jak na tym tle wypada uhonorowany Locusem oraz nominowany do Hugo i Nebuli „Kościotrzep” autorstwa Cherie Priest? Zaskakująco słabo, zwłaszcza gdy weźmie się pod rozwagę wspomniane wyżej nagrody.

Akcja „Kościotrzepa” umiejscowiona została w Seattle, około 1880 roku. Autorka zdecydowała się przyspieszyć wybuch gorączki złota i tchnąć więcej życia w nie tak ludne wedle historycznych zapisów miasto – a następnie sprowadzić na nie katastrofę w postaci plagi zombie i wydobywających się z ziemi zabójczych oparów zwanych Zgubą, które zmusiły mieszkańców do otoczenia centrum metropolii murem i walki o przetrwanie po jego zewnętrznej stronie. Trudno wyobrazić sobie miejsce bardziej nieprzyjazne od Seattle wykreowanego przez Priest, gdzie każdą kroplę wody pitnej trzeba oczyścić z trującego gazu, a ludzie skazani są na życie w skrajnej nędzy. W takich warunkach przyszło wychowywać się piętnastoletniemu Ezekielowi – synowi mężczyzny, którego wszyscy obwiniają o klęskę, jaka dotknęła miasto.

Wizja świata nakreślona przez Cherie Priest ma ogromny potencjał. Podupadłe Seattle, rozsypujące się budynki mające lata świetności za sobą, zgniłobrunatny krajobraz przysłonięty trującymi oparami Zguby, hordy nieumarłych, a do tego pomysłowe wynalazki wybijające się z roli typowych steampunkowych gadżetów do rangi przedmiotów, których istnienie ma w tym uniwersum faktyczny sens. Gogle, maski i długie, skórzane rękawice to nie wymysły wiktoriańskich modnisi, ale osłony konieczne do przeżycia. Sterowce nie mają malowniczo wyglądać wśród chmur – są jedynym środkiem do transportowania zapasów czy maszyn za wysoki mur. Noszona przy pasie nowoczesna broń to nie rzeźbione cacka pełniące funkcje rekwizytów, ale skuteczne narzędzia eksterminacji zgnilasów.

Scenografia jest w pełni satysfakcjonująca, niestety – zabrakło porywającej fabuły i wiarygodnych postaci. Powieść koncentruje się na wyprawie Ezekiela do ogrodzonej części miasta i próbie dotarcia do prawdy na temat wydarzeń sprzed szesnastu lat. Śladem niepokornego nastolatka podąża jego matka, Briar. I – na tym koniec. Choć książka napisana została całkiem sprawnie, to nie trzyma w napięciu, a kolejne przeszkody, jakie uniemożliwiają bohaterom dotarcie do celu, czytelnik traktuje z całkowitą obojętnością. Od potyczek z hordami zombie, przez wędrówki podziemnymi tunelami, po próbę rozszyfrowania tożsamości tajemniczego doktora Minnerichta i kierujących nim motywów – wszystko jest nudne i nijakie.

Postacie nie prezentują się wiele lepiej. Dwoje głównych bohaterów to osoby, o których po blisko czterystu stronach powieści niewiele można powiedzieć. Ezekiel jest typowym nastolatkiem, ciekawym świata i nieufającym autorytetom. O indywidualnym rysie i charakterystycznych cechach można jednak zapomnieć. Jeszcze gorzej wypada bezbarwna, pozbawiona ikry Briar, której zachowanie często cechuje się przypadkowością i brakiem logiki – a o ile szesnastolatkowi można ten fakt wybaczyć, to szukającej go matce już niekoniecznie. Dużo ciekawsza jest galeria postaci drugoplanowych, z jednoręką barmanką Lucy na czele, ale nie są oni w stanie uratować utworu, kiedy zawodzi główna obsada.

„Kościotrzep” to powieść dla czytelników spragnionych dobrej i klimatycznej steampunkowej aranżacji, będących w stanie przymknąć oko na pretekstową fabułę i skoncentrować się na interesującym tle. Pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych częściach cyklu Stulecie machin – łączy je uniwersum i powracające postaci drugoplanowe, główni bohaterowie są jednakże w każdym tomie inni – Cherie Priest udało się poprawić te aspekty, które kulały w „Kościotrzepie”.


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica oraz Portalowi LubimyCzytać.

8 thoughts on “Fabularna klęska w interesującym świecie — „Kościotrzep”, Cherie Priest

  1. kenaz

    Zanotowane: nie czytać.

    A w ramach ostatnich zakupów kupiłem trzy książki MacLeoda (pod Twoim wpływem!): Wieki światła, Dom burz i Pieśń czasu. Podróże. Ostatnią pozycje zacząłem, pierwsze pare opowiadań – jest dobrze, ale jakież to przygnębiające! Chyba dokończe jak pogoda się popsuje. W takie ciepłe dni jak teraz dużo lepiej wchodzą rzeczy bardzo lekkie jak np. Karaibska krucjata :D
    I Alkaloid kupiłem, ale coś recenzje mnie zniechęcają…
    I Zadre (Twoja zasługa, ale tego się nie boje, bo Piskorskiego lubie).

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      Jej, to jestem z siebie dumna, że mam swój udział w doborze lektur! Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. ^^ A do MacLeoda faktycznie przydaje się nastrojowość; „Pieśń czasu. Podróże” zaczynałam czytać, kiedy pogoda za oknem przypominała tę na okładce, taki koniec złotej jesieni z chłodnymi i deszczowymi wieczorami, pasowało idealnie. Z obecnymi upałami faktycznie trochę się gryzie. :)
      „Alkaloid” mam w kolejce do recenzji, ale będzie za niecały miesiąc dopiero, więc może mnie ubiegniesz. ;) Recenzje jak na razie omijałam szerokim łukiem, a nastawienie mam pozytywne – za sam pomysł wykorzystania „Lalki”, którą wspominam rewelacyjnie, ma kilka plusów na starcie.

    2. kenaz

      Tak, lektura musi pasować do aury na zewnątrz, z tym że zauważyłem u siebie taką zależność:
      w lato literatury lekkie, „letnie”, najlepiej kiedy akcja ma miejsce w lato („To” Kinga jest znakomite na lato, większość fantasy „pustynnych” – „Pustynna włócznia”, „Wygnaniec” Piskorskiego),
      w zime obojętnie co :) bo zimowa aura panująca na Murze w Grze o tron pasuje doskonale i się nie gryzie z pogodą, a wspomniana „Karaibska krucjata” przywołuje troche karaibskiego słońca w te ciemne, zimne dni.

    3. Oceansoul Post author

      Na zimę świetna jest „Zima Muminków”, polecam. ^^
      Też zauważyłam taką prawidłowość, że na lato wolę lektury ‚lżejsze’, a na jesień/zimę bardziej przygnębiające. Choć to chyba nie tylko kwestia pogody, ale tego, że latem więcej mam lektury ‚do podróży’ czy też ‚na plażę’, więc trudno by mi było się wtedy skoncentrować na czymś ambitniejszym.

  2. Agnieszka

    Nadal nie mogę się przekonać do steampunku, a po Twojej recenzji, jeśli będę próbować się nawracać, to zacznę na pewno nie od „Kościotrzepa”.

    Reply
    1. Oceansoul Post author

      A jakie tytuły nie zdołały Cię do tej pory przekonać?
      A do nawracania polecam „Wieki światła” MacLeoda; zresztą, jego to polecam zawsze i wszędzie. :)

  3. Agnieszka

    Zakonotuję sobie…
    A swoją drogą, uświadomiłaś mi, że za dużo to tego stemapunku rzeczywiście nie przeczytałam. „Dworzec Perdido” przychodzi mi na myśl, który bardzo mnie zmęczył. Chyba podświadomie unikam epoki wiktoriańskiej i w ogóle połączeń wątków historycznych z fantastycznymi, bo mi to jakoś wyjątkowo nie leży. I pewnie tracę sporo niezłych kawałków…

    Reply
  4. Szpieg

    Lubię ten gatunek. Ostatnio katuję kolejną część Fallouta. Dzięki za recenzję. Zastanawiałem się nad ta pozycją, ale chyba poszukam jeszcze dalej. Może połknę coś w oryginale.

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *