Loading...
Filmy

Kiedy komedia romantyczna jest dobra?

Komedie romantyczne mają w kulturze bardzo pod górę. Wielu kinomanów traktuje je pobłażliwie, jako produkty pośledniego sortu, od których nawet nie warto szczególnie wiele wymagać. Jako te filmy, które mają się po prostu sprzedawać, przyciągać masowo widzów do kin, szczególnie w okresach wzmożonej sprzedaży biletów, jak Walentynki, Dzień Kobiet czy inne święto, zwłaszcza to tradycyjnie związane z kobietami. Gdyż, stereotypowo oraz w oczach marketingowców, to oczywiście panie są docelowymi odbiorcami romansów, co generuje tylko kolejne problemy w dyskursie krytycznym, na czele z tym, by to, co kobiece, uważać za gorsze, choćby i podświadomie. I zanim ktoś się oburzy, że przecież tu nie chodzi o uprzedzenia, że wystarczy obejrzeć kilkanaście losowych filmów z tego gatunku, a większość będzie zwyczajnie kiepska – jasne, zgoda[1]. Mam jednak na to dobre wytłumaczenie – komedia romantyczna to w gruncie rzeczy niełatwy gatunek do dobrego i świeżego zrealizowania.

Co jest bowiem najważniejsze w komedii romantycznej? „Miłość!”, chciałoby się idealistycznie zakrzyknąć. I byłby to błąd. Miłość jest w gruncie rzeczy zawsze taka sama. Tak, prowadzą do niej różne drogi; czasem bohaterowie od razu przypadną sobie do gustu, czasem musi ich połączyć jakieś wspólne przeżycie, czasem to kwestia przełamania pewnych uprzedzeń czy początkowej niechęci do tej drugiej strony. Ale już później, już od tej chwili, gdy spojrzą na siebie pierwszy raz w TEN sposób, jest zawsze tak samo. Romantycy pewnie teraz prychają i przewracają oczami, przecież ICH miłość była/jest wyjątkowa, wcale nie taka sama, jak tych wszystkich innych ludzi mijanych codziennie na ulicach! Z perspektywy osób w to zaangażowanych – tak, tak pewnie jest, nie zamierzam odzierać niczyich porywów serca z wyjątkowości. Ale gdy patrzymy na to z perspektywy postronnego obserwatora? Każda miłość jest taka sama. A jako widzowie komedii romantycznych jesteśmy tym właśnie postronnym obserwatorem, a nie stroną zaangażowaną.

No dobrze, to skoro nie miłość, co gra pierwsze skrzypce w filmach romantycznych, co odróżnia te dobre od tych kiepskich? Otóż: Konflikt. Problem. Przeszkoda. Przecież zawsze jest jakaś. Różnego kalibru, różnej wagi. Może być to konflikt charakterów, niedopasowanie, uprzedzenia. Może być to konflikt wewnętrzny, trauma, brak zaufania, niechęć do wchodzenia w związek. Może konflikt z rodziną wybranka czy wybranki. Może konflikt pokoleń, gdy bohaterów dzieli różnica wieku. Może różni ich wykształcenie, pochodzenie, odległość, religia, przynależność kulturowa, status społeczny. Może wreszcie rozdziela ich jakieś tragiczne wydarzenie, kataklizm, wojna, choroba. Długo by tak wymieniać, ale wniosek jest jeden – nie ma opowieści romantycznej, czy to komediowej, czy melodramatycznej, bez konfliktu bądź przeszkody. I to właśnie to, jak skonstruowany, złożony i wiarygodny jest ten problem będący kulą u nogi bohaterów, przesądza w głównej mierze o tym, jak dobry będzie finalnie sam film.

Dlaczego więc piszę, że to komedie romantyczne są tak trudne w realizacji, a nie szeroko pojęte romanse? Ponieważ w mojej ocenie dużo łatwiej napisać wątek prawdziwie dramatyczny tak, by chwytał za gardło i grał na emocjach, zwłaszcza gdy można zakończyć go jakąś rozdzierającą serce sceną. Łatwiej opowiadać o postaciach przeżywających coś iście traumatycznego, o bohaterach, którym naprawdę można współczuć. A komedia? Komedia jednak wymaga, by ten konflikt czy problem nie był jednak wyjątkowo tragiczny, by dało się go pomyślnie rozwiązać w stosunkowo krótkim czasie, a do tego by komponował się z elementami, no właśnie, komediowymi. Przecież nie będziemy żartować, gdy z nieba spadają bomby albo gdy bohater umiera na gruźlicę. No, najczęściej. Zostają więc znacznie bardziej prozaiczne powody. Dobrze rozegrany konflikt w komedii romantycznej mamy więc wtedy, kiedy jest to faktyczna przeszkoda stojąca na drodze ku szczęściu, jednocześnie nie nazbyt tragiczna czy smutna; coś, co da się rozwiązać w obrębie dwugodzinnego filmu, a jednocześnie nie jest to trywialną sprawą w życiu naszych bohaterów. Coś, co wymaga od postaci przemyśleń, jakiejś zmiany, jakiegoś pójścia na kompromis czy redefiniowania priorytetów. I tu zaczynają się schody. Bo ile takich filmów potraficie z głowy wymienić?

Jeśli żaden nie przyszedł wam natychmiast na myśl (zwłaszcza gdy mowa o nowych produkcjach, a nie o uznanych klasykach), spieszę z pomocą. Do stworzenia powyższego wywodu zainspirował mnie tak naprawdę jeden film – The Big Sick, w polskich kinach wyświetlany jako I tak cię kocham. Och, jaki tam jest świetny konflikt! Nie jest błahy. Nie jest wydumany. Nie jest głupim nieporozumieniem ani kwestią, którą wiarygodnie dałoby się rozwiązać w pięć minut. Jest za to totalnie realistyczny i osadzony w rzeczywistości, nawet jeśli widz nigdy przed podobnym dylematem nie stanął i nie stanie. Otóż, główni bohaterowie to idealny przykład osób pochodzących z dwóch bardzo różnych światów, co jest istotną przeszkodą w kontynuowaniu rodzącego się związku. On – pochodzi z tradycyjnej pakistańskiej rodziny, która oczekuje od niego poślubienia rodaczki i życia zgodnie z wytycznymi islamu. Ona – biała Amerykanka z klasy średniej, jakże daleka od wyobrażeń jego rodziców o idealnej małżonce. Jeśli więc bohaterowie nie okażą sobie maksimum zaufania, jeśli nie stwierdzą, że to właśnie ta relacja jest dla nich w życiu ważniejsza od wszelkich innych więzi czy potrzeb – nie ma szans, by mogli być razem. Jeżeli on nie postawi się rodzinie, nie wybierze jednoznacznie życia po swojemu – co w konsekwencji zdaje się skazywać go na całkowite odcięcie od korzeni i izolację od pakistańskiej społeczności – nie ma szans, by mogli być razem. I to jest właśnie dobry konflikt.

Widz wcale nie musi znać takiej sytuacji z autopsji, by zrozumieć emocje targające protagonistami. Nawet jeśli pewne aspekty konfliktu, jak bariera etniczna czy religijna są czymś, z czym nigdy nie zetknął się ktoś żyjący w znacznie bardziej monokulturowym środowisku, to już kwestia spełniania bądź nie oczekiwań rodziny wydaje się całkowicie uniwersalna niezależnie od długości i szerokości geograficznej. I tak, można powiedzieć, że pod pewnymi względami twórcy scenariusza mieli tu ułatwione zadanie, opierając go na swoich autentycznych przeżyciach, ale to jest właśnie klucz do sukcesu – opisanie historii, która mogłaby się wydarzyć, która nie każe nam zawieszać niewiary na szczególnie wysokim kołku.

Tymczasem twórcy komedii romantycznych bardzo często piętrzą między protagonistami przeszkody, które prawdziwymi problemami w ogóle nie są, ale twórcom najłatwiej będzie je odkręcić czy przeskoczyć, zmierzając ku błyskawicznemu finiszowi, przy ogólnej frustracji widza. O czym mówię? O nieporozumieniach. Nieporozumienia są najgorsze. Ktoś coś podsłuchał, nie znając kontekstu. Ktoś coś zobaczył, co przez zupełny przypadek wyglądało na coś innego, niż wyglądać powinno. Ktoś przeczytał wiadomość przeznaczoną dla innej osoby. Ktoś na kogoś wpadł albo nie wpadł, ktoś się z kimś minął albo nie minął. I wreszcie – ktoś głupio skłamał na początku znajomości, a potem w to brnął.

Nienawidzę serdecznie wątków i konfliktów opartych na głupich nieporozumieniach.

Śmiem twierdzić, że wręcz nie ma niczego bardziej frustrującego, niż obserwowanie perypetii bohaterów, którym dosłownie wystarczyłaby jedna rozmowa do naprostowania relacji, tymczasem scenarzysta uparcie im tej rozmowy odmawia. A przecież zupełnie nie o to chodzi w angażującym konflikcie! Problem, który można załatwić jedną szczerą gadką czy wyjaśnieniem banalnej pomyłki – to żaden problem. Poza tym, no naprawdę, ile razy zdarzyło się Wam znaleźć w sytuacji, w której omyłkowo mylicie osoby, przez przypadek wpadacie na partnera w dwuznacznej sytuacji, która tak naprawdę była zupełnie niewinna, albo zaczynacie związek akurat w chwili, kiedy udawaliście kogoś innego i potem musicie się z tego kłamstewka wyplątać? Czyżby… ani razu?

I nie, nie postuluję tu wcale, że komedia romantyczna musi być jakimś idealnym odbiciem realnego świata. Oczywiście, że nie. Komedie romantyczne wciąż są tak naprawdę opowieściami będącymi odbiciem klasycznych tekstów kultury (do wyboru: baśnie, mity, Szekspir), wciąż mogą wykorzystywać ograne motywy, przerabiając je nieco na własną modłę i aktualne realia. Ale proszę, bardzo proszę. Niechże lenistwo scenariuszowe nie dotyczy punktu zapalnego. Niechże tylko ten konflikt daje radę!

[1] Anegdotyczny dowód statystyczny, który pozwolił mi stwierdzić, że komedie romantyczne są słabiej oceniane niż filmy innych gatunków: średnia ocen wszystkich obejrzanych przeze mnie filmów wynosi 6,79/10,00; średnia ocen wszystkich obejrzanych przeze mnie komedii romantycznych wynosi 5,37/10,00. A ja z liczbami nie zamierzam się kłócić.