Wojna Dwu Róż okiem niewieścim — „Kobiety wojny Dwu Róż”, Philippa Gregory, David Baldwin, Michael Jones

By | 9 maja 2013

„Kobiety wojny Dwu Róż”, Philippa Gregory, David Baldwin, Michael JonesPhilippa Gregory zdobyła sławę i uznanie czytelników jako autorka powieści historycznych osadzonych w czasach Tudorów. Pisząc o Henryku VIII i jego małżonkach, a potem także o Marii Tudor i Elżbiecie I, mogła popuścić wodze fantazji i uzupełnić kronikarskie luki wedle własnego uznania. Jak jednak przystało na doktor historii, przygotowując się do pisania każdej ze swoich książek, Gregory wnikliwie badała źródła, starając się dojść wersji najbliższej prawdzie i w logiczny sposób umotywować poczynania i odczucia swoich bohaterów i bohaterek. Dzięki tej dociekliwości natrafiła na zapomnianą przez historię postać Jakobiny Luksemburskiej, matki królowej Elżbiety Woodville, a zarazem prababki Henryka VIII Tudora. Wysuwając osobę Jakobiny na pierwszy plan, Philipa Gregory stworzyła esej historyczny poświęcony wojnie Dwu Róż. Jej myśl kontynuowali zaś inni brytyjscy historycy, David Baldwin i Michael Jones, opisujący przebieg waśni kuzynów z perspektywy dwóch innych niezwykłych kobiet — Elżbiety Woodville i Małgorzaty Beaufort.

Księżna, królowa i królowa matka — oto bohaterki kolejnych esejów, a zarazem kobiety, których działania i wpływy niesłusznie umniejszali średniowieczni kronikarze. W obszernym wstępie Philippa Gregory wyjaśnia, dlaczego tak często na kartach dziejów pomijano rolę niewiast, a jeśli już o nich wspominano, to z reguły przypisując im jeden z kulturowych stereotypów wywodzących się z Biblii. Mamy więc Ewę kusicielkę — do tej roli sprowadzono zarówno wizerunek Jakobiny, jak i jej córki Elżbiety, które oskarżano o czary, krytykowano za małżeństwa z miłości i pożądliwość — oraz wzorzec Maryi Dziewicy, kobiety bardzo pobożnej i wyzbytej wszelkich pragnień doczesnych, a tak zwykło się przedstawiać Małgorzatę Beaufort. Mało kto pamięta o tym, iż dwie pierwsze panie zadbały o pozycję swoich rodzin i umiejętnie lawirowały wśród zmieniających się stronnictw politycznych, a trzecia z nich dzięki niezłomności i determinacji pomogła zdobyć koronę swemu synowi, Henrykowi VII, protoplaście dynastii Tudorów. Poprzez prace Gregory, Baldwina i Jonesa czytelnik ma jednak szansę, by zyskać pełniejszy obraz tych bohaterek, nieskażony szablonowym myśleniem im współczesnych. A przecież każda z nich była kobietą z krwi i kości, o wadach i zaletach, marzeniach i planach. Każda z nich kochała i nienawidziła; sympatyzowała z jedną z wrażych frakcji, by po paru latach zacząć knuć z inną — nierzadko po to, by ocalić siebie i najbliższych. A co znamienne, żadna nie skończyła na stosie czy szafocie, co wydaje się nie lada sztuką zważywszy na czasy i okoliczności.

Książka „Kobiety wojny Dwu Róż” w jasny sposób kreśli genezę i przebieg bratobójczego konfliktu, który przez trzy dekady rozdzierał angielskie ziemie. Choć losy rodów Lancasterów i Yorków poznajemy z perspektywy trzech kobiet, w żadnej mierze nie oznacza to, że eseje koncentrują się na sekretach alkowy czy sprawach obyczajów. Polityka, większe i mniejsze potyczki, wpływy obcych mocarstw, uwięzienia w Tower i bezkompromisowe pozbawianie głów rywali do tronu — żadnego z tych elementów nie zabrakło w esejach Gregory, Baldwina i Jonesa. Suche fakty i męską perspektywę pola walki wzbogacano jednakże o odczucia i troski teściowej, żony i matki koronowanych głów; ich dylematy nierzadko poruszają, a sytuacje, w jakich przyszło im się znaleźć, mogłyby okazać się bez wyjścia dla wielu osób o mniejszej odwadze i harcie ducha. Jakobina przeżyła męża i syna, ściętych bez oskarżenia przez ambitnego hrabiego Warwick, zazdrosnego o wpływy Woodville’ów na dworze Edwarda IV; Elżbieta patrzyła bezsilnie, jak szwagier Ryszard III wtrąca jej synów do Tower, skąd chłopcy nie mieli już powrócić; Małgorzata urodziła jedynaka jako czternastoletnia wdowa i od tamtej pory wszystkie swe wysiłki koncentrowała na samotnej próbie osadzenia Henryka na tronie. Wszystkie poradziły sobie w czasach, kiedy kobieta nie miała prawa do decydowania o sobie, a wszelkie ambicje polityczne powinny być jej obce.

Największy zarzut, jaki mogę wysunąć względem tej pozycji, to zrezygnowanie z przypisów i zbiorcze podawanie na końcu wykorzystanych źródeł, w których brakuje powiązania z konkretną stroną tekstu. Jest to rozwiązanie szalenie niewygodne, a w dodatku pozbawione z mojego punktu widzenia wszelkich znamion logiki — autorzy tłumaczą taki zabieg faktem, iż „książka jest przeznaczona dla szerokiego kręgu odbiorców”. Czy naprawdę owym odbiorcom łatwiej będzie zaglądać na koniec tomu, a potem mozolnie szukać źródła nieprzyporządkowanego do cytatu? Śmiem twierdzić, że dużo prostsze byłoby pominięcie lektury przepisów przez osoby niezainteresowane, a na kształt czy przystępność tekstu głównego ich zamieszczenie nie miałoby przecież wpływu. Warto też zaznaczyć, że nie każda osoba znajdzie przyjemność w czytaniu esejów. Rozmiłowanie w historii jest konieczne, podstawowa znajomość dziejów Anglii takoż — czytelnikowi przyda się choć elementarna wiedza dotycząca XV i XVI wieku na Wyspach, by nie pogubić się w koligacjach Plantagenetów, ich zawiłym drzewie genealogicznym i formujących się wciąż na nowo stronnictwach politycznych.

Nie wolno zapomnieć o tym, że mimo starań badaczy w życiorysach opisywanych kobiet wciąż pozostaje wiele białych plam, które wypełnić można jedynie domysłami i spekulacjami. To też czynią autorzy „Kobiet wojny Dwu Róż”, a z ich słów wynika, że w wielu przypadkach najprawdopodobniej nigdy nie poznamy prawdy, ponieważ twórcy ówczesnych źródeł wiele faktów czy osób pomijali lub marginalizowali. Warto także zwrócić uwagę na słowa Philippy Gregory ze wstępu i podczas kontaktu z innymi pozycjami dotyczącymi historii, niekoniecznie Anglii, przyjrzeć się stereotypowym przedstawieniom kobiet — to bolączka nie tylko czasów Wojny Kuzynów, lecz także epok późniejszych; krzywdząco i jednostronnie zwykło się oceniać między innymi żony Henryka VIII, choćby Annę Kliwijską i Katarzynę Howard, jak i późniejsze władczynie dynastii Tudorów — Marię i Elżbietę. Równie jednowymiarowo często ukazywane są też królowa Wiktoria czy Margaret Thatcher. Dotyczy to tak dawniejszych źródeł, jak i współczesnych prac historycznych. Tymczasem Gregory, Baldwin i Jones udowadniają, że można pisać inaczej — próbując zrozumieć bohaterki, ale nie przesiąkając ani nadmierną sympatią, ani antypatią do tych postaci. Warto więc wypatrywać podobnych pozycji na rynku, także pod względem jakości i bogactwa wydania.

  • Tytuł: Kobiety wojny Dwu Róż: księżna, królowa i królowa matka (The Women of the Cousins’ War: The Duchess, the Queen, and the King’s Mother)
  • Autor: Philippa Gregory, David Baldwin, Michael Jones
  • Wydawnictwo: Książnica
  • Rok wydania: 2013
  • Liczba stron: 308
  • ISBN: 978-83-245-8088-0


Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Książnica oraz Portalowi LubimyCzytać.

  • viv

    Najpierw mnie zaciekawiłaś, a potem przestraszyłaś :) O ile z wymogiem ogólnej wiedzy o historii Anglii nie będzie dużego problemu, orientacja w koligacjach mnie przerasta, Nie ma tam jakiś pomocy w postaci np. drzew genealogicznych? :)

    • Są drzewka, są, ale genealogia tego okresu jest naprawdę mocno pokręcona – sama na początku lektury co kilka stron wracałam do tych drzewek, potem już było łatwiej. :) No i problem w tym, że drzewka obejmują jedynie monarchów (i ich matki/ojców/żony/dzieci), a pozostałych ludzi, nawet skoligaconych jakoś z panującymi, już nie (pewnie wyszłoby z tego jakieś ogromniaste, pokręcone drzewo, zwłaszcza że wiele osób miewało po kilka żon/mężów), więc przydaje się też pod ręką Wikipedia na wszelki wypadek.
      Dodatkowo w dziejach Anglii przyjęła się tendencja, by używać tytułów zamiennie z nazwiskami dla określania pewnych osób, więc jeszcze to trzeba śledzić – przykładowo, Richard Neville, zwany także Twórcą Królów, był 16. hrabią Warwick, więc czasem po prostu pisze się o nim „Warwick” i czytelnik musi pamiętać, że to nie nazwisko, tylko tytuł, i do kogo należał w chwili, o której mowa. I jeszcze co chwila ludzie mają tak samo na imię i nazwisko, bo przecież nie ma to jak nazywać dzieci imieniem swoim lub małżonka. Ehh. :D

  • viv

    Czy Ty mnie chcesz kompletnie zniechęcić? ;)

    • Nie, nie! ^^
      Ale dobrze się mentalnie przygotować, że nie jest to typ lektury ‚do autobusu’, tylko raczej coś do skupionego studiowania z internetem pod ręką. Sądzę jednak, że to pozycja warta intelektualnego wysiłku włożonego w lekturę. :)